Maryja: "Otrzymacie wszystko, o co poprosicie przez odmawianie Różańca."

Różaniec Intencje Tajemnice Kółka Rodziny Kapłani

  • Różaniec
  • Historia
  • Wypowiedzi
  • Czytelnia

Różaniec jest źródłem świętości

Wielkim czcicielem Matki Najświętszej i propagatorem Różańca Świętego był św. Ludwik Maria Grignion de Montfort. Zył we Francji w latach 1673-1716. Mając 27 lat przyjął sakrament kapłaństwa. Prowadząc ascetyczny tryb życia, wędrował po północno-zachodniej Francji, głosząc bardzo skutecznie Ewangelię. Św. Ludwik odznaczał się płynącym z serca, czułym nabożeństwem do Matki Najświętszej - zachęcał szczególnie do odmawiania Różańca. Św. Ludwik zawsze czule otaczał miłosiernym spojrzeniem wszystkie dzieci i wszystkich chorych. Pisma św. Ludwika po okresie zapomnienia zostały odkryte w XIX w.

Na "Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny" modlił się papież Jan Paweł II. Jeszcze jako Karol Wojtyła pracując w czasie okupacji w fabryce sody oddawał się lekturom de Montforta. Tamten czas tak m. in. wspominał: "Z tej książeczki nauczyłem się, co to właściwie jest nabożeństwo do Matki Bożej. Miałem to nabożeństwo i jako dziecko, i jako student gimnazjum, czy na uniwersytecie, ale jaka jest treść i głębia tego nabożeństwa - tego nauczyła mnie właśnie ta książeczka."

Oto zaczerpnięte z niej pouczenia św. Ludwika dotyczące Różańca:

Rozmyślając tajemnice Różańca prawdziwie pokrzepiamy ducha i zdobywamy serdeczne zjednoczenie z Bogiem i Jego Matką. Odmawiając Różaniec wypowiadamy dwie najpiękniejsze i najwspanialsze modlitwy: "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Maryjo". Pozdrowienie Anielskie jest po Modlitwie Pańskiej najpiękniejszą ze wszystkich modlitw. "Zdrowaś Maryjo" odmawiane dobrze, czyli uważnie, nabożnie i pokornie, jest - zgodnie ze świadectwem świętych - wrogiem szatana, którego zmusza do ucieczki, młotem, który go miażdży, jest drogocenną perłą, jest uświęceniem duszy, radością aniołów, radością Maryi i chwałą Trójcy Przenajświętszej.

Różaniec powinniśmy odmawiać głośno, albo szeptem. Chociaż modlitwa wewnętrzna jest doskonalsza od ustnej, ale modląc się wewnętrznie można być oszukanym przez szatana. Człowiek sam nie spostrzega, kiedy zamyka oczy na pozdrowienia i modlitwy anioła, a nawet na modlitwę Pańską i myśli zupełnie o czym innym.

Odmawiaj, jeśli możesz, każdego dnia cały Różaniec lub przynajmniej jego część. Jeżeli już odmawiasz, wytrwaj w odmawianiu Różańca świętego; nigdy bowiem dusza gorliwa w codziennym odmawianiu Różańca nie będzie formalnie heretycką lub oszukaną przez szatana - to jest twierdzenie, które podpisał bym własną krwią. (św. Ludwik) Przez Różaniec nie cofniesz się w modlitwie i cnocie; On będzie ci potężną pomocą, prawdziwą drabiną Jakuba: po piętnastu stopniach tej drabiny zdołasz postąpić z cnoty w cnotę, ze światłości w światłość i dojdziesz z łatwością, bez złudzeń, aż do pełni wieku Jezusa Chrystusa.

Uzupełnienie Różańca

13 lipca 1917 roku w Cova da Iria (niedaleko Fatimy, Portugalia) Matka Boża Różańcowa podczas trzeciego objawienia powiedziała:

Kiedy odmawiacie Różaniec, mówcie po każdej tajemnicy:

O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

do góry

Odmawiajcie codziennie Różaniec

Spis treści

1. Obietnice za odmawianie Różańca.
2. Z różańcem pod Twoją obronę.
3. Z historii modlitwy różańcowej.
4. W skrócie o Różańcu.

Obietnice za odmawianie Różańca

Obietnice różańcowe zostały przekazane bł. Alanowi de Rupe (1428-1475). Był on bretońskim dominikaninem. Założył liczne Bractwa Różańcowe i przyczynił się do upowszechnienia nowego Psałterza Maryjnego. Według tradycji dominikańskiej błogosławionemu Alanowi szereg razy objawiała się Matka Najświętsza, która zachęcała do rozszerzania Różańca przyrzekając udzielać niezliczonych łask tym wszystkim, którzy wiernie będą odmawiać tę modlitwę. Przyrzeczenia te, zanotowane przez bł. Alana w jego pismach, znane są jako piętnaście obietnic Najświętszej Maryi Panny dla czcicieli Różańca Świętego. Oto one:

1. Ktokolwiek będzie mi służył przez odmawianie Różańca świętego, otrzyma wyjątkowe łaski.

2. Obiecuję moją specjalną obronę i największe łaski wszystkim tym, którzy będą odmawiać Różaniec.

3. Różaniec stanie się groźną bronią przeciw piekłu, zniszczy, pomniejszy grzechy, zwycięży heretyków.

4. Różaniec spowoduje, że cnoty i dobre dzieła zakwitną; otrzyma on od Boga obfite przebaczenie dla dusz; odciągnie serca ludu od umiłowania świata i jego marności; podniesie je do pożądania rzeczy wiecznych.

5. Dusza, która poleci mi się przez odmawianie Różańca, nie zginie.

6. Ktokolwiek będzie odmawiał Różaniec i odda się rozmyślaniu nad jego świętymi tajemnicami, nigdy nie będzie pokonany przez niepowodzenia. Bóg nie będzie go karał w swojej sprawiedliwości, nie zginie śmiercią niespodziewaną; jeżeli będzie sprawiedliwym, wytrwałym w łasce Bożej i będzie godnym życia wiecznego.

7. Ktokolwiek będzie miał prawdziwe nabożeństwo do Różańca - nie umrze bez sakramentów Kościoła.

8. Wierni w odmawianiu Różańca będą mieli w życiu i przy śmierci światło Boże i pełnię Jego łaski.

9. Uwolnię z czyśćca tych, którzy mieli nabożeństwo do Różańca świętego.

10. Wierne dzieci Różańca zasłużą na wysoki stopień chwały w niebie.

11. Otrzymacie wszystko, o co poprosicie przez odmawianie Różańca.

12. Wszystkich, którzy rozpowszechniają Różaniec, będę wspomagała w ich potrzebach.

13. Otrzymałam od Mojego Boskiego Syna obietnicę, że wszyscy obrońcy Różańca będą mieli za wstawienników cały Dwór Niebieski w czasie życia i w godzinę śmierci.

14. Wszyscy, którzy odmawiają Różaniec są moimi synami i braćmi mojego Jedynego Syna Jezusa Chrystusa.

15. Nabożeństwo do mojego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

Obietnica za odprawienie pierwszych sobót

16. Przybędę w godzinę śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym wszystkim, którzy w pierwsze soboty następujących po sobie pięciu miesięcy wyspowiadają się, przyjmą Komunię Świętą, odmówią Różaniec i będą mi towarzyszyć przez 15 minut w rozważaniu tajemnic Różańca Świętego w intencji wynagrodzenia.

Słowa Matki Bożej do s. Łucji w czasie objawienia w dniu
10 grudnia 1925 roku w klasztorze w Pontevedra.

do góry

Z różańcem pod Twoją obronę

W historię naszej Ojczyzny jest wpisane trwanie przy Bogurodzicy Dziewicy, Bogiem sławienej Maryi, naszej Królowej, która na miejsce swego łaskawego panowania wybrała Jasną Górę i która pozostaje obecna w każdym poświęconym Jej miejscu i w każdym oddanym Jej sercu. To do Niej uciekaliśmy się w potrzebach naszych, a Ona nigdy nie pogardziła naszymi prośbami. Nigdy w naszym Narodzie nie słyszano, aby opuściła Ona tego, kto się do Niej ucieka, Jej pomocy przyzywa, o Jej przyczynę prosi.

Pomagała Ona Ojczyźnie naszej, która od wieków do Niej na własność należy. Wspierała łaską polskie rodziny, które co wieczór śpiewały Jej pieśni chwały. Prowadziła dzieci, młodych i dorosłych, wskazując im Boże drogi. A kiedy trzeba było cudu, bo tylko on mógł uratować nas przed klęską, dawała nam go w darze. Tak było pod Chocimiem, gdy wojska sułtana przekroczyły nasze granice, tak było pod Wiedniem, gdy król Sobieski szedł z pomocą chrześcijańskiej Europie. Tak było w czasie obrony Jasnej Góry, gdy szwedzki potop zalał całą Ojczyznę. Tak było podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r., gdy Cud na Wisłą zmusił do odwrotu Armię Czerwoną stojącą już u wrót Warszawy. Tak było po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy Kościół w Polsce jako jedyny wśród wszystkich ludów ogarniętych wpływami Moskwy zdołał zachować wolność i swobodę wyznawania swej wiary.

Można by pisać dalej wielostronicową litanię chwały Matki Bożej objawionej w naszej polskiej historii. A każdy z nas mógłby dopisać do niej niejedno wspaniałe wyznanie, utajnione w głębi swego serca. Te wszystkie cuda były owocem naszego uciekania się do Maryi. Dwie modlitwy najskuteczniej otwierały Jej Niepokalane Serce, gotowe nam zawsze pomagać. To święty różaniec i ufne zawierzenie.

To przez Różaniec było zwycięskie Lepanto, był zwycięski Chocim, była Krucjata Różańca Rodzinnego ojca Peytona, obdarzająca duchową wiosną miliony rodzin na całym świecie. Była krucjata pokuty i pojednania ojca Pawliczka, która doprowadziła do opuszczenia Austrii przez wojska radzieckie w 1954 r. - i to bez jednego wystrzału! Była krucjata portugalska i brazylijska - wszystkie one potrafiły wyjednać u Boga za przyczyną Maryi upragniony cud.

Ten, kto trzyma różaniec w dłoni, zawsze zwycięża! O mocy i skuteczności różańca zapewniała wielokrotnie Matka Boża Fatimska. Prosiła o coś jeszcze. O coś, co my, Polacy, pierwsi po Portugalii wprowadziliśmy w życie. Maryja prosiła w Fatimie o poświęcenie się Jej Niepokalanemu Sercu. Kiedy uczyniła to Portugalia, została ocalona od hiszpańskiej wojny domowej, a potem od koszmaru drugiej wojny światowej. Gdy za przykładem narodu Łucji, Franciszka i Hiacynty poświęciliśmy w 1946 r. na Jasnej Górze nasz Naród Niepokalanemu Sercu Maryi - a wokół tronu Częstochowskiej Pani stawiło się wówczas milion ludzi! - Polska w niewytłumaczalny sposób zachowała swe prawa do wyznawania wiary w Boga. To był prawdziwy cud zawierzenia, którego skuteczność potwierdziły nasze kolejne akty oddania się Matce Bożej, przede wszystkim Milenijny Akt Oddania się Matce Bożej z 1966 r.

Obietnice związane z zawierzeniem Niepokalanemu Sercu Maryi pozostają jeszcze bardziej aktualne niż w minionych latach.

Różaniec i zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi to dziś najlepsze narzędzia do osiągnięcia Bożego pokoju i bezpieczeństwa dla nas i dla naszych rodzin.

do góry

Z historii modlitwy różańcowej

Wielką moc zawarł Bóg w modlitwie różańcowej!

Już samo rozważanie tajemnic zbawczych z życia Jezusa i Maryi jest dla nas wielką szkołą życia chrześcijańskiego i wskazówką jak mamy postępować w różnych okolicznościach naszego życia osobistego i społecznego. W tej modlitwie nasze życie łączymy z życiem Zbawiciela i Jego Matki, a także z życiem całego Kościoła i świata.

Matka Najświętsza sama wzywała do tej modlitwy objawiając się w Lourdes (1858), w Fatimie (1917), w Montichiari-Fontanelle (1946) i w Medjugorje (od 1981 roku).

Obecny sposób odmawiania Różańca pochodzi od św. Dominika (+ 1221). Do rozpowszechnienia tej modlitwy w świecie przyczynili się: dominikanie, franciszkanie i jezuici.

Wielką rolę w rozpowszechnianiu Różańca mieli także papieże, biskupi, kapłani, królowie, magnaci i prości ludzie. Wśród 35 papieży promujących Różaniec najbardziej znani są: Pius IX (+ 1878), Leon XIII (+ 1903), Jan XXIII (+ 1963) i Paweł VI (+ 1978).

Jednak największym propagatorem Różańca był papież - św. Jan Paweł II (+ 2005). Ileż osób na całym świecie otrzymało od niego ten charakterystyczny papieski biały różaniec. To Jan Paweł II ogłaszając Rok Różańca (październik 2002 - początek Roku Różańca) przekazał wiernym przepiękny List Apostolski o Różańcu – "Rosarium Virginis Mariae", w którym ogłosił wprowadzenie nowych tajemnic Różańca Świętego – "Tajemnice Światła".

do góry

W skrócie o Różańcu

1221 - Śmierć św. Dominika, założyciela dominikanów. Matka Najświętsza ukazała się św. Dominikowi, ucząc go odmawiania Różańca i nakazała mu rozpowszechniać tę modlitwę.

1350 - Św. Brygida żyjąca ok. 1303-1373 uczy swoje siostry odmawiania pierwszej części "Pozdrowienia Anielskiego", ku czci legendarnych 63 lat życia Maryi. Ówczesna konstrukcja sznura modlitewnego nie jest znana.

1409 - Założenie Bractwa Różańcowego w Dusseldorfie. W drugiej połowie XV w. kolońskiemu kartuzowi Heinrichowi von Kalkar przypisuje się oddzielenie 10 "Zdrowaś Maryjo" modlitwą "Ojcze nasz".

1470 - Dominikanin Alanus de Rupe (1428-1475) posłuszny nadprzyrodzonej interwencji, zakłada pierwsze Bractwo Różańcowe w Douai (Francja).

1475 - Założenie w Kolonii pierwszego zreformowanego Bractwa Różańcowego wspomaganego uprawnieniami i zobowiązaniami przez dominikańskiego przeora o. Jakuba Sprengera OP.

1495 - Papież Aleksander obdarowuje wszystkich członków Bractwa Różańcowego przywilejem udziału w dobrach duchowych całego Kościoła.

1571 - Kiedy w drugiej połowie XVI wieku Turcy zaczęli zagrażać Europie i chrześcijaństwu, zorganizowano przeciw nim obronę. Przygotowano wojsko i broń. Papież, św. Pius V, nakazał wszystkim Bractwom Różańcowym i całemu Kościołowi specjalne nabożeństwo różańcowe, posty i procesje, w których w Rzymie osobiście brał udział. Do decydującej bitwy morskiej doszło pod Lepanto w dniu 7 października 1571 roku. Turcy mimo liczebnej przewagi, zostali pokonani. Papież Pius V przypisuje zwycięstwo nad Turkami orędownictwu Matki Bożej Różańcowej i modlitwie różańcowej. Wszystkim, którzy nawiedzą kościół poświęcony Matce Bożej Różańcowej, udziela odpustu zupełnego.

1575 - Papież Grzegorz XIII obdarza przywilejem obchodzenia święta różańcowego wszystkie kościoły, które posiadają ołtarz różańcowy.

1575 - Najstarszy pisany zabytek różańcowy w Polsce "Księga Bractwa Różańcowego ze Lwowa".

1604 - Abraham Brzowski zakłada Bractwo Różańcowe przy klasztorze św. Jacka w Warszawie.

1656 - Papież Aleksander VII potwierdza swoim autorytetem założenie Różańca Wieczystego za Konających i Zmarłych.

1826 - Paulina Maria Jaricot zakłada we Francji Stowarzyszenie Żywego Różańca w celu obrony i odrodzenia wiary w społeczeństwie.

1876 - Założenie Bractwa Różańca świętego w Valle di Pompei, które staje się jednym z największych sanktuariów Matki Bożej Różańcowej w Europie. Papież Leon XIII zachęca katolików do wstąpienia w szeregi tego bractwa.

1883 - Papież Leon XIII ustanawia październik miesiącem szczególnej modlitwy różańcowej. Wprowadza także do Litanii Loretańskiej wezwanie "Królowo różańca świętego".

1917 - Objawienia Matki Bożej Różańcowej w Fatimie, które spowodowały bardzo silne ożywienie tej formy modlitwy.

1922-1963 - Papieże tych pontyfikatów bardzo dokładnie określają wartość i znaczenie modlitwy różańcowej w swoich dokumentach. Pius XI i Pius XII w swoich encyklikach podkreślają wagę modlitwy różańcowej. Jan XXIII ogłasza dwie encykliki obejmujące sprawy różańca, sam również pisze rozważania różańcowe.

1939 - Dominikanie zakładają Krucjatę Różańca.

1947 - Założenie wspólnoty modlitewnej "Różaniec Drogi Pokuty i Modlitwy o Pokój na Świecie" przez franciszkanina o. Piotra Pavliczka w Wiedniu. Wspólnota ta liczy obecnie ponad 2 mln członków w 105 krajach.

1963-1975 - Papież Paweł VI w rozmaitych przemówieniach i dokumentach zachęca do odmawiania i pielęgnowania modlitwy różańcowej. Zaleca szczególnie odmawianie Różańca w rodzinach.

1997 - Magdalena Buczek zakłada Podwórkowe Kółka Różańcowe Dzieci.

2002 - 16 października. W obecności kilkudziesięciu tysięcy pielgrzymów ze wszystkich stron świata, którzy przybyli na plac św. Piotra, Jan Paweł II podpisał List Apostolski "Rosarium Virginis Mariae" i ogłosił od października 2002 do października 2003 r. Rokiem Różańca. Również w tym dniu opublikowanym Liście Apostolskim, papież wezwał Kościół do rozważania nowej części Różańca Świętego - "Tajemnice światła".

do góry

Wypowiedzi o Różańcu

Spis treści

Matka Boża, Leon XIII, Pius XI, Pius XII, Jan XXIII, Paweł VI, Jan Paweł I, Jan Paweł II, August Hlond, Stefan Wyszyński, Józef Glemp, II Polski Synod Plenarny, Listy Pasterskie EP, Radio Watykańskie, Ceremoniał Żywego Różańca, Ludwik Maria Grignion de Montfort, Ojciec Pio, Josemaría Escrivá de Balaguer, Alfons Maria de Liguori, Bartłomiej Longo, Honorat Koźmiński, Ignacy Kłopotowski, Siostra Łucja, Joachim Meisner, Andrzej Maria Deskur, Edward Samsel, Kazimierz Majdański, Stanisław Nowak, Kazimierz Romaniuk, Antoni Dydycz, Franciszek Blachnicki, Tadeusz Dajczer, Teofil Siady, Jan Mazur, Jan Twardowski, Johan Lilly, André Frossard, Jan Budziaszek, Inne.

Matka Boża

1. Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta. Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec.

(Gietrzwałd, koniec czerwca 1877)

2. Nie smućcie się, bo Ja będę zawsze przy was. Odmawiajcie gorliwie Różaniec.

(Dwa ostatnie zdania Maryi na zakończenie objawień w Gietrzwałdzie, 16.09.1877)

3. Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać Różaniec."

(Fatima, 13.10.1917)

4 Odmawiajcie codziennie Różaniec.

(Fatima, 13.05.1917)

5. Niech różaniec w waszych rękach przypomina wam o Jezusie.

(Medjugorje, 01.06.1984)

6. Odmawiajcie Różaniec w gronie rodzinnym, proszę o to.

(Medjugorje, 27.09.1984)

7. Wszystkie modlitwy, jakie odmawiacie wieczorem w domu, odmawiajcie w intencji nawrócenia grzeszników, gdyż świat jest zanurzony w wielkim grzechu. Co wieczór odmawiajcie Różaniec.

(Medjugorje, 08.10.1984)

8. Różaniec nie jest ozdobą domu, a często ludzie go traktują tylko jako ozdobę. Powiedz wszystkim, aby się na nim modlili.

(Medjugorje, 18.03.1985)

9. Wzywam was, byście wszystkich zachęcali do odmawiania Różańca. Różańcem pokonacie wszelkie zło, jakim szatan ma teraz zamiar prześladować Kościół katolicki. Wszyscy księża odmawiajcie Różaniec! Poświęćcie czas na modlitwę różańcową.

(Medjugorje, 25.06.1985)

10. Uzbrójcie się przeciwko szatanowi i triumfujcie z różańcem w ręku.

(Medjugorje, 08.08.1985)

11. Dziś wzywam was, byście zaczęli z żywą wiarą odmawiać Różaniec. W ten sposób będę mogła wam pomóc. Wy, drogie dzieci, pragniecie otrzymać łaski, ale się nie modlicie. Ja wam nie mogę pomóc, gdyż wy nic nie robicie w tym kierunku. Drogie dzieci, wzywam was, żebyście odmawiali Różaniec i żeby Różaniec był dla was obowiązkiem, który będziecie wypełniać z radością.

(Medjugorje, 12.06.1986)

12. Pragnę tylko, aby Różaniec stał się dla was życiem.

(Medjugorje, 04.08.1986)

13. Wszystkie wasze modlitwy bardzo Mnie poruszają, zwłaszcza wasz codzienny Różaniec.

(Medjugorje, 1987)

14. Módlcie się i niech różaniec będzie zawsze w waszych rękach jako znak dla szatana, że do Mnie należycie.

(Medjugorje, 25.02.1988)

15. Weźcie różaniec i zbierzcie wokół siebie dzieci i całą rodzinę. Taka jest droga wiodąca do zbawienia. Dawajcie dobry przykład waszym dzieciom; dawajcie dobry przykład tym, którzy nie wierzą… Weźcie różaniec i módlcie się na nim…

(Medjugorje, 02.02.1990)

16. Bóg posłał Mnie między was, abym wam pomogła. Jeśli chcecie - przyjmijcie Różaniec. Już sam Różaniec może dokonać cudów na świecie i w waszym życiu. Błogosławię was i pozostanę z wami dopóki taka będzie wola Boża.

(Medjugorje, 25.01.1991)

17. Drogie dzieci! Teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuję waszych modlitw. Błagam was, weźcie różaniec w ręce, teraz bardziej niż kiedykolwiek. Mocno go ściskajcie i módlcie się z całego serca w tych trudnych czasach.

(Medjugorje, 18.03.1992)

18. Szczególnie wzywam wszystkich, którzy poświęcili się mojemu Niepokalanemu Sercu, aby stali się przykładem dla innych. Wzywam wszystkich kapłanów, zakonników i zakonnice, aby modlili się na Różańcu i uczyli innych modlić się. Różaniec, dzieciątka jest mi szczególnie drogi. Poprzez Różaniec otworzycie mi swoje serce i mogę Wam pomóc.

(Medjugorje, 25.08.1997)

19. Drogie dzieci! Również dzisiaj wzywam was do modlitwy. Dzieci, modlitwa czyni cuda. Gdy jesteście zmęczeni i chorzy i nie znacie sensu waszego życia, weźcie różaniec i módlcie się; módlcie się, dopóki modlitwa nie stanie się radosnym spotkaniem z waszym Zbawicielem.

(Medjugorje, 25.05.2001)

20. W tym niespokojnym świecie, pełnym zagrożeń, wasze ręce, apostołowie mojej miłości, powinny być złożone do modlitwy i gotowe do uczynków miłosierdzia. Natomiast mnie, moje dzieci, składajcie w darze Różaniec, róże, które tak bardzo kocham. Moimi różami są wasze modlitwy sercem tworzone, a nie wyrecytowane tylko ustami. Moimi różami są wasze dzieła, efekt modlitwy, wiary i miłości. Mój Syn, kiedy był mały, mówił mi, że będę mieć wiele dzieci, które będą mi przynosić dużo róż. Nie pojmowałam Go. Teraz wiem, ze to wy jesteście tymi dziećmi, wy, którzy składacie mi róże, kiedy ponad wszystko miłujecie mojego Syna, kiedy modlicie się sercem, kiedy pomagacie najuboższym. To są moje róże. To jest wiara, która sprawia, że w życiu wszystko czyni się z miłością, nie znając pychy, zawsze w gotowości do przebaczenia, nigdy nie osądzając. Trzeba zawsze starać się zrozumieć swego brata. Dlatego, apostołowie mojej miłości, módlcie się za tych, którzy nie potrafią kochać, za tych, którzy was nie kochają. Za tych, którzy wyrządzili wam zło, za tych, którzy nie doświadczyli miłości mojego Syna. Moje dzieci, tego właśnie od was wymagam i zapamiętajcie: modlić się to znaczy kochać i przebaczać.

(Medjugorje, 02.12.2017)

21. Każdego dnia odmawiajcie Różaniec – ten wieniec różany, jaki mnie jako Matkę łączy bezpośrednio z waszymi bólami, cierpieniami, pragnieniami i nadziejami.

(Medjugorje, 02.09.2019)

do góry

Papież Leon XIII (+ 1903)

1. Maryja widzi i zna o wiele lepiej niż ktokolwiek inny wszelkie sprawy (potrzeby), które nas dotyczą: pomoc, jakiej potrzebujemy w obecnym życiu, zagrażające niebezpieczeństwa prywatne i publiczne, trudności i choroby, walki o zbawienie duszy (...). Może i pragnie nam pomóc dzięki modlitwie różańcowej.

Leon XIII, encyklika "Magnae Dei Matris" z 7 września 1892 r.

2. Kościół walczył... nie za pomocą wojsk i broni, lecz głównie przeciwstawiał siłę Różańca świętego, który sama Matka Boża nauczyła św. Dominika odmawiać i nauczyła krzewić...

Leon XIII, Encyklika "Magne Dei Matris"

3. Nie ma wśród was, Czcigodni Bracia, nikogo, kto by nie wiedział, ile trudności i bólu sprawili Kościołowi albigensi pod koniec XII wieku... Przeciwko tak straszliwym wrogom wzbudził Pan, jak wiecie, wielce świętego męża i założyciela zakonu dominikanów. On to mocą prawdziwej nauki, przykładami cnót i wielkim darem apostolskim zaczął walczyć pełen ducha za Kościół katolicki, ale nie siłą oręża, lecz modlitwą, którą pierwszy wprowadził pod nazwą Różańca Świętego.

Leon XIII, encyklika "Supremi apostolatus"

4. Bez rozważania tajemnic nie ma Różańca.

Leon XIII, encyklika "Iucunda semper" z 1894 roku

5. Od modlitwy różańcowej oczekujemy obfitej pomocy w rozszerzaniu Królestwa Chrystusowego.

Leon XIII

6. Wspaniały wieniec z Pozdrowienia Anielskiego uwity, Modlitwą Pańską przeplatany, z obowiązkiem rozmyślania złączony - najpiękniejszy sposób modlitwy... i do zdobycia żywota wiecznego szczególnie skuteczny.

Leon XIII

do góry

Papież Pius XI (+ 1939)

1. Pośród różnorodnych modlitw błagalnych, jakimi z powodzeniem zwracamy się do Dziewiczej Matki Boga, Różaniec bez wątpienia zajmuje szczególne i osobne miejsce. Jeżeli ludzie w naszym stuleciu z szyderczą pychą odrzucają Różaniec, to niezliczona ilość świętych mężczyzn i kobiet zawsze go bardzo ceniła. Odmawiali go z wielką pobożnością i w każdej chwili korzystali z niego jako z potężnej broni, aby zmusić demona do ucieczki, aby zachować uczciwość w życiu, aby łatwiej nabywać cnotę, a na świecie uzyskać prawdziwy pokój między ludźmi.

Pius XI

2. Pośród różnych i bardzo pożytecznych nabożeństw do Matki Bożej zajmuje, wedle ogólnego przeświadczenia wiernych, pierwsze i naczelne miejsce Różaniec, (...) nazwany przez niektórych "Psałterzem Najświętszej Maryi Panny" albo "Skrótem Ewangelii i streszczeniem życia chrześcijańskiego".

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

3. Jeśli świat w swej pysze Różaniec ośmiesza i odrzuca, to nieprzejrzany wręcz zastęp świętych ze wszystkich wieków i każdego stanu nie tylko serdecznie go pokochał i pobożnie odmawiał, ale używał go też zawsze jako potężnego oręża w walce z szatanem, dla zachowania czystości życia, dla skuteczniejszego uzyskania cnót i w końcu do szerzenia pokoju wśród ludzi.

Pius XI, Encyklika "Ingravescentibus malis"

4. Różaniec - łatwy to i do wszystkich dostosowany umysłów, nawet prostych i nieuczonych, sposób modlitwy rozpowszechniony cudownie przez św. Dominika nie bez zachęty ze strony Matki Bożej i bez pobudki niebiańskiej. Jakże bardzo mylą się ci, którzy odrzucają go jako rzekomo bezduszne i jednostajne powtarzanie zawsze tych samych słów, stosowne co najwyżej dla dzieci i kobiet! Wobec takiego zarzutu należy zaznaczyć, że chociaż pobożność, podobnie jak miłość, często te same powtarza słowa, nie wyraża jednak tych samych myśli, lecz dorzuca zawsze coś nowego, dobytego z głębi serca, gorejącego miłością. Nadto ten sposób modlitwy tchnie naprawdę prostotą ewangeliczną i pokorą ducha i tej prostoty i pokory wymaga; kto nimi wzgardzi, nie znajdzie drogi do nieba.

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

5. Nie zbywało też na wielu wybitnych bardzo uczonych, którzy mimo nawału wyczerpujących studiów i badań naukowych nie opuszczali żadnego dnia, żeby nie uklęknąć przed obrazem Matki Bożej i nie odmówić pobożnie Różańca. Nawet królowie i książęta uważali to za święty obowiązek, mimo że obarczeni byli kłopotami i trudami rządzenia. Dlatego nie tylko ręce prostaczków i ubogich piastują i ściskają tę koronkę mistyczną, ale przynosi ona zaszczyt ludziom wszelkiego stanu.

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

6. Nadto Różaniec jest nie tylko skutecznym orężem w walce z wrogami Boga i z nieprzyjaciółmi wiary, ale krzewi także i rozwija cnoty ewangeliczne i zdobywa dla nich dusze. Przede wszystkim podsyca wiarę katolicką, odradzającą się łatwo pod wpływem rozważania świętych tajemnic, i podnosi dusze do prawd od Boga użyczonych. Przyzna to każdy, że doniosłe to znaczenie posiada on zwłaszcza w czasach dzisiejszych, kiedy pewna niechęć do spraw duchowych i pewna odraza do nauki chrześcijańskiej opanowała niemało dusz, nawet pomiędzy wiernymi.

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

7. Niech szczególnie też ojcowie i matki przyświecają pod tym względem dzieciom dobrym przykładem. Kiedy zwłaszcza pod koniec dnia wracają wszyscy od pracy i zajęć w zacisze domowe, powinno grono dziatek pod przewodnictwem rodziców i przed świętym obrazem Matki Niebiańskiej jednym głosem, w jednej wierze, w jednym duchu odmawiać Różaniec. Jest to przepiękny i zbawienny zwyczaj; nie można wątpić, że zapewni rodzinie pogodne współżycie i sprowadzi na nią dary niebieskie.

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

8. Ilekroć też przyjmujemy nowo zaślubione małżeństwa i po ojcowsku do nich przemawiamy, dajemy im zawsze koronkę [różańca] i gorąco ją polecamy. Zachęcamy ich usilnie - na własny powołując się przykład - aby ani w jednym dniu nie zaniedbali tych modłów, choćby nie wiedzieć jak obarczeni byli kłopotami i pracami.

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

9. . Nie chcemy też pominąć milczeniem, że Najświętsza Panna sama, i w naszych czasach, ten sposób modlitwy gorąco poleciła, objawiając się w grocie w Lourdes i własnym przykładem ucząc niewinne dziewczątko odmawiania Różańca. Czemuż więc nie mielibyśmy się wszystkiego spodziewać, wzywając należycie i święcie, jako się godzi, Matkę niebiańską?

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

10. A dlaczegóż by ci, w których duszach wyschła i wyziębła miłość, skoro w czasie Różańca ze smutkiem serdecznym rozważą Mękę i Śmierć Zbawiciela naszego oraz utrapienia Bolesnej Jego Matki, nie mieli zapłonąć pragnieniem płacenia miłością za miłość? Z owej Bożej bowiem miłości nie może nie zbudzić się naprawdę gorętsza miłość bliźniego, jeśli się nabożnie rozważy, ile trudów, ile bólu wycierpiał Chrystus Pan, aby wszyscy wrócili do utraconego dziedzictwa synów Bożych.

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

11. Natomiast ożywia nadzieję osiągnięcia dóbr nieśmiertelnych triumf Jezusa Chrystusa i Matki Jego, który w ostatniej części Różańca rozważamy, ukazując nam niebo otwarte i wzywając nas do zdobywania wiecznej ojczyzny. Dlatego teraz, kiedy serca ludzkie rozpala taka chuć posiadania dóbr ziemskich, a ludzie coraz namiętniej płoną pożądaniem dóbr znikomych i przemijających rozkoszy, przypomina się wszystkim skarby niebieskie, "dokąd złodziej się nie zbliży i gdzie mól nie niweczy" i przywodzi na myśl dobra trwające na wieki.

Pius XI, encyklika "Ingravescentibus malis"

12. Z tajemnic Chrystusa Różaniec czerpie swoją skuteczność, jeśli misteria Boskiego Odkupiciela ze czcią kontemplujemy i pobożnie nad nimi rozmyślamy.

Pius XI, list apostolski "Inclytam ac perillustrem"

13. Niewymownie wdzięczni za modły, jakie za Nas wierni całego świata zanosili i jeszcze zanoszą, My to życie, które Nam Pan dzięki tym modlitwom przedłużył i jakby odnowił, całym sercem ofiarujemy dla ocalenia pokoju świata (...) Ta Nasza ofiara tym łaskawiej, jak ufamy, będzie przyjęta, ponieważ przez Nas złożona została w uroczystość kościelną cichego i bohaterskiego Męczennika św. Wacława i prawie zbiega się z uroczystością Różańca Świętego, z tą wspaniałą modlitwą błagalną, z miesiącem poświęconym Różańcowi Świętemu, kiedy to w całym katolickim świecie, jak to gorąco także zalecamy, ożywia się gorliwość i udział w tym nabożeństwie, które już tyle razy zadecydowało o wielkim i błogosławionym wpływie Matki Najświętszej na losy udręczonej ludzkości.

Pius XI, Orędzie Ojca Świętego o pokój wśród narodów transmitowane przez radio dnia 29 września 1938 r.

do góry

Papież Pius XII (+ 1958)

1. Ukażcie ludowi chrześcijańskiemu godność, skuteczność i doskonałość Różańca świętego.

Pius XII, encyklika "Ingruentium malorum" z 19 września 1951 r.

2. Na próżno staramy się powstrzymać upadek cywilizacji, jeśli nie sprowadzimy do podstaw Ewangelii rodziny, fundamentu i zasady społeczeństwa. Oświadczamy, że najskuteczniejszym sposobem urzeczywistnienia tego celu jest modlitwa różańcowa w rodzinie.

Pius XII, encyklika "Ingruentium malorum" z 19 września 1951 r.

3. Pragniemy, aby przede wszystkim w rodzinach znowu wszędzie zakwitł zwyczaj odmawiania Różańca. Jeśli pragniecie pokoju w swej rodzinie, odmawiajcie Różaniec

Pius XII

4. Różaniec jest streszczeniem całej Ewangelii, medytacją nad tajemnicami Zbawiciela, ofiarą wieczorną, wieńcem róż, hymnem pochwalnym, modlitwą rodzinną, kompendium życia chrześcijańskiego, pewną rękojmią łask niebieskich, zaczątkiem oczekiwanego zbawienia.

Pius XII, list do arcybiskupa Manili

5. Jeśli pragniesz pokoju - odmawiaj Różaniec.

Pius XII

6. Różaniec jest modlitwą bardziej boską niż ludzką. (...) Nie siłą, nie armią, lecz z Bożą pomocą, uzyskaną środkiem tej modlitwy, mocną jak Dawid ze swoją procą, wrota Kościoła stawią nieustraszony opór nieprzyjacielowi piekielnemu.

Pius XII, Encyklika "Ingruentium malorum"

do góry

Papież Jan XXIII (+ 1963)

1. Różaniec Maryjny jest wzniosłą modlitwą publiczną i powszechną w obliczu zwyczajnych i nadzwyczajnych potrzeb Kościoła świętego, narodów i całego świata.

Jan XXIII, list apostolski "Il Religioso Convegno", 29 kwietnia 1961 r.

2. Powiedzcie swoim bliskim, że Papież każdego dnia odmawia cały Różaniec, że modli się za nich o zadowolenie, pociechę i pomyślność dla każdego z nich.

Jan XXIII, Słowo do uczestników pielgrzymki różańcowej.

do góry

Papież Paweł VI (+ 1978)

1. Stąd w jaśniejszym świetle ukazała się ewangeliczna natura Różańca. Z Ewangelii bowiem dobywa się wypowiadane w nim tajemnice i główne formuły; prócz tego, przez wspomnienie radosnego pozdrowienia anioła i religijnego przyzwolenia Maryi, czerpie się z Ewangelii sposób, w jaki wierni mają pobożnie odmawiać Różaniec.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

2. Zatem Różaniec, ponieważ opiera się na Ewangelii i odnosi się jakby do centrum, do tajemnicy Wcielenia i Odkupienia ludzi, trzeba uważać za modlitwę, która w pełni posiada znamię chrystologiczne. Albowiem jego charakterystyczny element, mianowicie litanijne powtarzanie Pozdrowienia Anielskiego przynosi również nieustanną chwałę Chrystusowi, do którego - jako do ostatecznego kresu - odnosi się zapowiedź anioła i pozdrowienie matki Chrzciciela: "Błogosławiony owoc żywota Twojego" (Łk 1, 42).

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

3. Podobnie mocniej odczuwana jest silna potrzeba przypomnienia - oprócz wartości pochwalnej i błagalnej - innego elementu właściwego Różańcowi, mianowicie kontemplacji. Jeśli jej brak, Różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł oraz będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: "Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie" (Mt 6, 7).

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

4. Poprzednicy nasi (...) zachęcali chrześcijan, by często odmawiali Różaniec, starali się o jego szersze upowszechnienie; wyjaśniali jego szczególną naturę. Ponadto uznali, że nadaje się on do pielęgnowania modlitwy kontemplacyjnej, która równocześnie jest modlitwą pochwalną i błagalną. Wreszcie wysławiali jego istotne znaczenie i moc dla rozwoju życia chrześcijańskiego oraz wzrostu gorliwości w pozyskiwaniu dusz.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

5. Uporządkowany i stopniowy bieg Różańca wskazuje sposób, w jaki Słowo Boże z miłosiernego postanowienia, włączając się w sprawy ludzkie, dokonało dzieła Odkupienia. W odpowiednim bowiem porządku rozważa się główne wydarzenia zbawcze, które dokonały się w Chrystusie: od dziewiczego poczęcia Słowa Bożego i tajemnicy dzieciństwa Jezusa aż do najpoważniejszych wydarzeń Paschy, mianowicie błogosławionej Męki i chwalebnego Zmartwychwstania, do jej owoców, jakie w dniu Pięćdziesiątnicy przypadły w udziale rodzącemu się Kościołowi, a także samej Najświętszej Maryi Pannie, gdy z tego ziemskiego wygnania równocześnie z ciałem i duszą została przyjęta do niebieskiej ojczyzny.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

6. Różaniec jest więc modlitwą ewangeliczną, którą to nazwę w naszym czasie, bardziej niż w czasie minionym, nadają mu duszpasterze i uczeni.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

7. Różaniec bowiem z natury swej domaga się odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy jakby z zatopioną w myślach powolnością, by przez to modlący się łatwiej się oddał kontemplacji tajemnic życia Chrystusa, rozważanych jakby sercem Tej, która ze wszystkich była najbliższa Panu, i by otwarte zostały niezgłębione bogactwa tych tajemnic.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

8. Praktykę Różańca należy uważać jakby za latorośl, która wyrosła z czcigodnego pnia świętej liturgii. Nazwano go Psałterzem Dziewicy z tego powodu, iż dzięki niemu prości wierni mogli przyłączyć się do pieśni pochwalnej i wstawiennictwa Kościoła powszechnego.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

9. Różaniec jest pobożną praktyką, która bierze początek od świętej liturgii i która - jeśli jest spełniona zgodnie ze swoim pierwotnym duchem - z natury swej prowadzi ku liturgii, chociaż jej próg nie zostaje jakby przekroczony.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

10. Albowiem zawarta w Różańcu kontemplacja tajemnic Chrystusa, ponieważ przyzwyczaja umysł i serce chrześcijanina do ich rozważania, najlepiej może przysposobić dusze do obchodu tych samych tajemnic w obrzędach liturgicznych, a następnie do pamiętania o nich w ciągu dnia. Jednak nie jest wolne od błędu, który niestety dotąd jeszcze gdzieniegdzie się zdarza, odmawianie Różańca podczas czynności liturgicznej.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

11. My sami również, przyjmując po raz pierwszy wiernych na audiencji (13.VII.1963), publicznie oznajmiliśmy, jak droga jest Nam modlitwa różańcowa.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

12. Liturgia sprawia, że pod osłoną znaków zostają uobecnione największe tajemnice naszego Odkupienia i że działają one w tajemniczy sposób. Różaniec natomiast przez pobożne rozmyślanie przywodzi modlącym się na pamięć te same tajemnice i pobudza ich wolę do czerpania z nich norm życia.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

13. Różaniec będzie odmawiać się uroczyście w Modlitwie Pańskiej; lirycznie i pochwalnie, gdy powoli płyną pozdrowienia anielskie; kontemplacyjnie, gdy skupionym umysłem rozważa się tajemnice; wielbiąco, gdy wymawia się doksologię.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

14. Każda część Różańca odznacza się właściwym sobie charakterem, który musi odzwierciedlić się w odmawianiu, by Różaniec mógł wyrazić całe bogactwo i różnorodność swej treści.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

15. Jeśli brak kontemplacji, Różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: "Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani" (Mt 6, 7). Różaniec bowiem z natury swej wymaga odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i powolnej refleksji, by przez to modlący się łatwiej oddał się kontemplacji tajemnic życia Chrystusa, rozważanych jakby sercem Tej, która ze wszystkich była najbliższa Panu, i by otwarte zostały niezgłębione tych tajemnic bogactwa.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

16. Nie ulega wątpliwości, iż - po Liturgii Godzin, w której modlitwa domowa może dosięgnąć szczytu - Koronkę Najświętszej Maryi Panny trzeba zaliczyć do najwspanialszych i najskuteczniejszych wspólnych modlitw, do zanoszenia których wzywa się rodzinę chrze-ścijańską.

Paweł VI, adhortacja apostolska "Marialis cultus"

17. Różaniec jest drabiną. A wy wstępujecie na nią, idąc razem powoli w górę - do Matki Najświętszej to jest na spotkanie z Jezusem. Bo to jest jedna z cech Różańca, najważniejsza i najpiękniejsza ze wszystkich: Różaniec jest nabożeństwem, które przez Maryję prowadzi do Chrystusa.

Paweł VI do dzieci z "Żywego Różańca", 10 maja 1964 r.

do góry

Papież Jan Paweł I (+ 1978)

1. Być wobec Boga choć przez pół godziny takim, jakim jestem w rzeczywistości, z moimi niedostatkami i z tym, co we mnie najlepsze; pozwolić, by z głębi mej istoty wyszło dziecko, jakim kiedyś byłem, chcące śmiać się, szczebiotać, kochać Pana, i czujące potrzebę płaczu, by mu wreszcie okazano zmiłowanie - to wszystko pomaga mi w modlitwie. Różaniec, modlitwa prosta i łatwa, pomaga mi znów być dzieckiem i wcale się tego nie wstydzę.

Jan Paweł I

2. Czy Różaniec jest zubożoną modlitwą? A co w takim razie ma być modlitwą bogatą? Różaniec to procesja "Ojcze nasz" - modlitwy, której nauczył nas Jezus; "Zdrowaś" - pozdrowienia, jakie Bóg skierował do Przenajświętszej Panny za pośrednictwem anioła; "Chwała" - pochwały Trójcy Przenajświętszej.

Jan Paweł I

3. Różaniec może być modlitwą pełną radości i szczęścia. Gdy ktoś wie, jak to zrobić, Różaniec można zamienić w spojrzenie na Maryję, coraz to głębsze, w miarę posuwania się naprzód kolejnych modlitw. W końcu jest refrenem wprost z serca, a powtarzanie go - to dla duszy słodki śpiew.

Jan Paweł I

4. Różaniec wyraża wiarę bez fałszywych komplikacji, wykrętów, nadmiaru słów; pomaga poddać się woli Bożej i nauczyć się, jak przyjmować cierpienie. Bóg posługuje się teologami, lecz by rozdać swą łaskę, posługuje się przede wszystkim małością pokornych i tych, którzy poddają się Jego woli.

Jan Paweł I

5. Różaniec (...) odmawiany wieczorem przez rodziców wraz z dziećmi jest formą liturgii rodzinnej. Francuski pisarz katolicki Louis Veuillot wyznał, że jego powrót do Boga zaczął się w momencie, gdy ujrzał, jak pewna rzymska rodzina z wiarą odmawiała Różaniec.

Jan Paweł I

do góry

Papież Jan Paweł II (+ 2005)

2003

1. Patrząc na otoczony czcią wizerunek Panny z Lourdes wzrok biegnie ku koronce, którą trzyma Ona w złożonych dłoniach. Rozmodlona Dziewica zdaje się odnawiać wezwanie, jakie otrzymała mała Bernadette'a, by z ufnością odmawiać Różaniec. Z jaką radością przyjmujemy to wezwanie w Dniu Chorego, który stanowi wymowny etap Roku Różańca! Lourdes, Rzym, Waszyngton tworzą dziś opatrznościowe rozdroże chóralnej prośby do Boga życia, by rozlał ufność, pociechę i nadzieję na cierpiących całego świata.

Jan Paweł II, 11 lutego 2003 Światowy Dzień Chorego

2. Różaniec przynosi chrześcijańską odpowiedź na problem cierpienia: czerpie ją z tajemnicy paschalnej Chrystusa. Ten, kto go odmawia, przemierza z Maryją całą drogę życia i wiary, drogę, której nieodłączną częścią jest ludzkie cierpienie, które w Chrystusie staje się cierpieniem boskoludzkim, zbawczą męką.

Jan Paweł II, 11 lutego 2003 Światowy Dzień Chorego

3. Aby uprosić u Boga przez modlitwę dar pokoju, pragnę na zakończenie przekazać wam koronkę różańca, "słodki łańcuch, który wiąże nas z Bogiem". Noście ją zawsze z sobą! Różaniec, odmawiany z rozumną pobożnością, pomoże wam przyswoić sobie tajemnice Chrystusa, by nauczyć się od Niego tajemnicy pokoju i uczynić z niej program swego życia.

Jan Paweł II do młodych, 10 kwietnia 2003 r.

4. Zwracanie się z ufnością do Maryi przez codzienne odmawianie Różańca i rozważanie tajemnic życia Chrystusa będzie wyraźnie przypominać, że misja Kościoła musi być wspierana przede wszystkim modlitwą. Postawa "słuchania", do jakiej skłania modlitwa różańcowa, zbliża wiernych do Maryi, która "zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu" (Łk 2, 19). Wielokrotna medytacja słowa Bożego uczy obcowania "z Panem Jezusem poprzez - można by powiedzieć - Serce Jego Matki" (Rosarium Virginis Mariae, 2).

Jan Paweł II, Orędzie na Światowy Dzień Misyjny 2003 r.

5. Kontemplacja oblicza Chrystusa skłania do głębokiego i angażującego poznawania Jego tajemnicy. Kontemplacja Jezusa oczyma wiary prowadzi do zagłębienia się w tajemnicy Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Jezus mówi: "Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca" (J 14, 9). Przez modlitwę różańcową postępujemy tą mistyczną drogą "w towarzystwie i w szkole Jego Najświętszej Matki" (Rosarium Virginis Mariae, 3). Co więcej, Maryja staje się naszą Nauczycielką i Przewodniczką. Dzięki działaniu Ducha Świętego pomaga nam uzyskać ową "spokojną odwagę", która rodzi zdolność przekazywania innym doświadczenia Jezusa i nadziei, ożywiającej wierzących (por. Redemptoris missio, 24).

Jan Paweł II, Orędzie na Światowy Dzień Misyjny 2003

6. Świętość i misja są nierozdzielnymi aspektami powołania każdego ochrzczonego. Zadanie, by stawać się coraz bardziej świętymi, jest ściśle złączone z obowiązkiem szerzenia orędzia zbawienia. "Każdy wierny - przypominałem w Redemptoris missio - powołany jest do świętości i do działalności misyjnej" (n. 90). Kontemplowanie tajemnic Różańca zachęca wiernego, by szedł za Chrystusem i tak dalece dzielił z Nim życie, by mógł powiedzieć za św. Pawłem: "Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus" (Ga 2, 20).

Jan Paweł II, Orędzie na Światowy Dzień Misyjny 2003 r.

7. Jeżeli wszystkie tajemnice Różańca są ważną szkołą świętości i ewangelizacji, tajemnice światła uwydatniają szczególne aspekty naszego życia Ewangelią. Chrzest Jezusa w Jordanie przypomina, że każdy ochrzczony został wybrany, aby stał się w Chrystusie "synem w Synu" (por. Ef l, 5; por. Gaudium et spes, 22). Podczas wesela w Kanie Maryja zachęca do posłusznego słuchania słowa Pana: "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie" (J 2, 5). Głoszenie Królestwa oraz wezwanie do nawrócenia to wyraźne polecenie dla wszystkich, aby weszli na drogę świętości. W przemienieniu Jezusa ochrzczony doświadcza oczekującej go radości. Rozważając ustanowienie Eucharystii, powraca nieustannie do Wieczernika, gdzie Boski Nauczyciel pozostawił swoim uczniom najcenniejszy skarb: samego siebie w Sakramencie Ołtarza.

Jan Paweł II, Orędzie na Światowy Dzień Misyjny, 2003 r.

8. Słowa, które Dziewica wypowiada w Kanie, stanowią niejako maryjne tło wszystkich tajemnic światła. Głoszenie bliskiego Królestwa, wezwanie do nawrócenia i do miłosierdzia, przemienienie na górze Tabor i ustanowienie Eucharystii znajdują bowiem w Sercu Maryi szczególny odzew. Maryja niezmiennie wpatruje się w Chrystusa, zachowuje niczym skarb każde Jego słowo i pokazuje nam wszystkim, jak być autentycznymi uczniami Jej Syna.

Jan Paweł II, Orędzie na Światowy Dzień Misyjny 2003 r.

9. Koniecznie trzeba przygotować kompetentnych i świętych ewangelizatorów; należy dołożyć starań, by nie osłabł zapał w apostołach, szczególnie w pełnieniu misji "ad gentes". Różaniec, jeżeli w pełni odkryje się i doceni jego wartość, stanowi zwyczajną i zarazem skuteczną pomoc duchową i pedagogiczną w formowaniu Ludu Bożego do pracy na rozległym polu działalności apostolskiej.

Jan Paweł II, Orędzie na Światowy Dzień Misyjny, 2003 r.

10. Rok Różańca Świętego był szczególną okazją do modlitwy o pokój w świecie i w intencji rodziny. Niepokojące zamachy terrorystyczne, mające miejsce 11 września 2001 r. w Stanach Zjednoczonych, które zrodziły nowe zagrożenie w świecie, mogą być powstrzymane przez modlitwę różańcową i błaganie w intencji pokoju.

Jan Paweł II, audiencja generalna, 29 października 2003 r.

11. Odmawiać Różaniec oznacza bowiem uczyć się patrzeć na Jezusa oczyma Jego Matki, miłować Jezusa sercem Jego Matki.

Jan Paweł II, orędzie na XVIII Światowy Dzień Młodzieży "Oto Matka Twoja"

12. Również wam, drodzy młodzi, przekazuję dziś symbolicznie koronkę różańca. Odmawiając i rozważając tajemnice, Maryja prowadzi was pewnie ku swemu Synowi! Nie wstydźcie się samodzielnego odmawiania Różańca [...]. Modlitwa ta pomoże wam być mocnymi w wierze, stałymi w miłości, radosnymi i wytrwałymi w nadziei.

Jan Paweł II, orędzie na XVIII Światowy Dzień Młodzieży "Oto Matka Twoja"

13. Różaniec jest moją codzienną modlitwą – i muszę powiedzieć, że jest modlitwą cudowną, cudowną w swojej prostocie i w swej głębi…W tej modlitwie powtarzamy wiele razy te same słowa, lecz są to słowa, które Dziewica Maryja usłyszała od Archanioła i od swej krewnej św. Elżbiety. Z tymi słowami łączy się cały Kościół. Modlitwa różańcowa jest modlitwą wdzięczności, miłości i ufnej prośby… Do tej modlitwy różańcowej zachęcam was i zapraszam. Odmawiajcie Różaniec!”

do góry

Rosarium Virginis Mariae

1. Różaniec można odmawiać codziennie w całości, i nie brak takich, którzy to czynią z godną pochwały wytrwałością. Wypełnia on w ten sposób modlitwą dni tak wielu dusz kontemplacyjnych albo towarzyszy osobom chorym czy w podeszłym wieku, które dysponują dużym zasobem czasu.

Jan Paweł II, list apostolski, Rosarium Virginis Mariae

2. Różaniec jest modlitwą pokoju także ze względu na owoce miłości miłosiernej, jakie rodzi. Jeśli odmawia się go właściwie, jako modlitwę medytacyjną, to Różaniec, pomagając spotkać się z Chrystusem w Jego misteriach, musi również ukazywać oblicze Chrystusa w braciach, zwłaszcza tych najbardziej cierpiących.

Jan Paweł II, list apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

3. Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. Oby ten mój apel nie popadł w zapomnienie nie wysłuchany!

Jan Paweł II, list apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

4. Duszpasterstwo młodzieżowe aktywne, pełne zapału i twórcze - Światowe Dni Młodzieży pozwoliły mi zdać sobie z tego sprawę - zdolne jest dokonać, z Bożą pomocą, rzeczy naprawdę znamiennych. Jeśli Różaniec zostanie dobrze przedstawiony, to jestem pewien, że sami młodzi będą w stanie raz jeszcze zaskoczyć dorosłych, przyjmując tę modlitwę i odmawiając ją z entuzjazmem typowym dla ich wieku.

Jan Paweł II, list apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

5. Trudności, jakie na początku tego nowego tysiąclecia pojawiają się na światowym horyzoncie, skłaniają nas, by uznać, że nadzieję na mniej mroczną przyszłość może w nas wzbudzić jedynie interwencja z Wysoka, zdolna pokierować sercami tych wszystkich, którzy żyją w sytuacjach konfliktowych, i tych, którzy trzymają w swych rękach losy narodów. Różaniec ze swej natury jest modlitwą pokoju z racji samego faktu, że polega na kontemplowaniu Chrystusa, który jest Księciem Pokoju i 'naszym pokojem' (Ef 2, 14).

Jan Paweł II, list apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

6. Modlitwa różańcowa za dzieci, a bardziej jeszcze z dziećmi, która wychowuje je już od najmłodszych lat do tego codziennego momentu "modlitewnej przerwy" całej rodziny, z pewnością nie jest rozwiązaniem wszelkich problemów, ale stanowi pomoc duchową, której nie należy lekceważyć.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

7. Pewne okoliczności historyczne sprawiają, że to przypomnienie o modlitwie różańcowej nabiera szczególnej aktualności. Pierwszą z nich jest pilna potrzeba wołania do Boga o dar pokoju. Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy i ja sam jako modlitwę o pokój.

Jan Paweł II, list apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

8. Na duchowej drodze Różańca, opartej na nieustannym kontemplowaniu - razem z Maryją - Chrystusowego oblicza, ten wymagający ideał upodabniania się do Niego jest osiągany przez obcowanie, które moglibyśmy nazwać "przyjacielskim". Wprowadza nas ono w naturalny sposób w życie Chrystusa i pozwala nam jakby "oddychać" Jego uczuciami.

Jan Paweł II, list apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

9. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest "więzią doskonałości".

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

10. Nie sposób wymienić niezliczoną rzeszę świętych, którzy znaleźli w Różańcu autentyczną drogę uświęcenia. Wystarczy wspomnieć św. Ludwika Marię Grignion de Montforta, autora cennego dzieła o Różańcu, a bliżej naszych czasów Ojca Pio z Pietrelciny, którego dane mi było niedawno kanonizować. Szczególny zaś charyzmat, jako prawdziwy apostoł Różańca, miał bł. Bartłomiej Longo. Jego droga świętości oparta była na natchnieniu, jakie usłyszał w głębi serca: "Kto szerzy Różaniec, ten jest ocalony!".

Jan Paweł II, list apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

11. Różaniec przenosi nas mistycznie, byśmy stanęli u boku Maryi, troszczącej się o ludzkie wzrastanie Chrystusa w domu w Nazarecie. Pozwala Jej to wychowywać nas i kształtować z tą samą pieczołowitością, dopóki Chrystus w pełni się w nas nie "ukształtuje".

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

12. Różaniec zawsze wyrażał to doświadczenie wiary, wzywając wierzącego do wyjścia poza ciemność męki, by utkwić wzrok w chwale Chrystusa w zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Kontemplując Zmartwychwstałego, chrześcijanin odkrywa na nowo motywy swojej wiary i przeżywa ponownie radość nie tylko tych, którym Chrystus się objawił - Apostołów, Magdaleny, uczniów z Emaus - ale również radość Maryi, która nie mniej intensywnie musiała doświadczyć nowego życia uwielbionego Syna.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

13. Podjąć na nowo odmawianie Różańca w rodzinie znaczy wprowadzić do codziennego życia całkiem inne obrazy, ukazujące misterium, które zbawia: obraz Odkupiciela, obraz Jego Najświętszej Matki. Rodzina, która odmawia razem Różaniec, odtwarza poniekąd klimat domu w Nazarecie: Jezusa stawia się w centrum, dzieli się z Nim radości i cierpienia, w Jego ręce składa się potrzeby i projekty, od Niego czerpie się nadzieję i siłę na drogę.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

14. Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy [Różańca], powierzając jej wspólnemu odmawianiu, stałemu jej praktykowaniu, najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczono jako Tę, która wyjednywała wybawienie. Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam - jak o tym wspomniałem na początku - sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

15. Jako modlitwa o pokój, Różaniec był też zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę. Niegdyś modlitwa ta była szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. Należy zadbać, by nie roztrwonić tego cennego dziedzictwa. Trzeba powrócić do modlitwy w rodzinie i do modlitwy za rodziny, wykorzystując nadal tę formę modlitwy.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

16. Tradycyjnie do odmawiania Różańca używa się koronki. W najbardziej powierzchownej praktyce staje się ona często przedmiotem, który służy po prostu do odliczania kolejnych "Zdrowaś Maryjo". Służy ona jednak również wyrażeniu symboliki, która może nadać kontemplacji nową treść. W związku z tym trzeba najpierw zauważyć, że koronka zwraca się ku wizerunkowi Ukrzyżowanego, który otwiera i zamyka samą drogę modlitwy. Na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego, w Duchu Świętym, dochodzi do Ojca.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

17. Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje. Różaniec święty zgodnie z dawną tradycją jest modlitwą, która szczególnie sprzyja gromadzeniu się rodziny. Kierując wzrok na Jezusa, poszczególni jej członkowie odzyskują na nowo również zdolność patrzenia sobie w oczy, by porozumiewać się, okazywać solidarność, wzajemnie sobie przebaczać, by żyć z przymierzem miłości odnowionym przez Ducha Bożego.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

18. Do ograniczeń społeczeństwa zdominowanego przez technologię i środki masowego przekazu należy również fakt, że milczenie staje się coraz trudniejsze. Tak jak w Liturgii zaleca się chwile milczenia, również przy odmawianiu Różańca stosowna jest po wysłuchaniu Słowa Bożego krótka pauza, w czasie której duch skupia się na treści określonej tajemnicy.

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

19. Jednak najważniejszym motywem, by zachęcić z mocą do odmawiania Różańca, jest fakt, że stanowi on bardzo wartościowy środek, sprzyjający podejmowaniu we wspólnocie wiernych tego wysiłku kontemplacji chrześcijańskiego misterium, który wskazałem w Liście apostolskim "Novo millennio ineunte" jako prawdziwą "pedagogikę świętości", której podłożem powinno być "chrześcijaństwo wyróżniające się przede wszystkim sztuką modlitwy".

Jan Paweł II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

20. Równie pilna potrzeba wysiłków i modlitwy wyłania się w innym punkcie krytycznym naszych czasów, jakim jest rodzina, komórka społeczeństwa coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność, które budzą obawy o przyszłość tej podstawowej i niezbywalnej instytucji, a wraz z nią o losy całego społeczeństwa. Powrót do Różańca w rodzinach chrześcijańskich ma być, w ramach szerzej zakrojonego duszpasterstwa rodzin, skuteczną pomocą, by zapobiec zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki.

Jan Pawła II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

21. W te same dziesiątki Różańca serce nasze może wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy nam są najbliżsi, tych, o których najbardziej się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim.

Jan Pawła II, List apostolski "Rosarium Virginis Mariae"

do góry

2002

1. Przeżywajmy intensywnie, drodzy bracia i siostry, te dni poświęcone Niebieskiej Matce Pana. Odmawiajmy, jeśli to możliwe każdego dnia, Różaniec, zarówno indywidualnie, jak i we wspólnocie. Różaniec to modlitwa prosta, ale głęboka i bardzo skuteczna, także gdy prosimy o łaski dla rodzin, dla wspólnot i dla całego świata.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 28 kwietnia 2002 r.

2. Różaniec to kontemplacja oblicza Chrystusa, uczyniona niejako oczyma Maryi. To zatem modlitwa, zakorzeniona w samym sercu Ewangelii, w pełni zgodna z natchnieniem Soboru Watykańskiego II i doskonale zgodna z tym, co sam napisałem w Liście Apostolskim "Novo millennio ineunte": jest konieczne, aby Kościół wypłynął na głębię w nowym tysiącleciu, wychodząc od kontemplacji oblicza Chrystusa.

Jan Paweł II, Castel Gandolfo, "Anioł Pański", 29 września 2002 r.

3. Któż jednak może zrodzić takie uczucia, jeśli nie sam Bóg? Jest bardziej konieczne niż kiedykolwiek dotąd, żeby ku Niemu wzniosło się z całego świata wołanie o pokój. Modlitwa różańcowa jest ku temu najbardziej wskazana. Ona buduje pokój, gdyż będąc wołaniem o łaskę Boga, składa w sercu tego, kto ją odmawia, ziarno dobra, po którym można się spodziewać owoców sprawiedliwości i solidarności w życiu osobistym i w życiu wspólnotowym. Myślę o narodach, ale i o rodzinach. Tak wielki pokój byłby w stosunkach rodzinnych, gdyby ponownie zaczęto odmawiać modlitwę różańcową w rodzinach!

Jan Paweł II, "Anioł Pański", 29 września 2002 r.

4. Jak wielki pokój zapanowałby z pewnością w życiu rodzinnym, gdyby powrócił zwyczaj odmawiania Różańca w rodzinach!

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 29 września 2002 r.

5. Czyż modlitwa różańcowa nie jest najlepszym środkiem, pomocnym w realizowaniu tego wymagającego, ale niezwykle owocnego zadania kontemplacji wraz z Maryją oblicza Chrystusa? Musimy jednak ponownie odkryć mistyczną głębię zawierającą się w prostocie tej modlitwy, tak bardzo drogiej tradycji ludowej.

Jan Paweł II, Audiencja generalna, 16 października 2002 r.

6. Różaniec jest bowiem, ze względu na swą strukturę, przede wszystkim medytacją tajemnic życia i dzieła Chrystusa. Powtarzając wezwanie Ave Maria, możemy rozważać najważniejsze wydarzenia misji Syna Bożego na ziemi, które zostały nam przekazane przez Ewangelię oraz przez Tradycję.

Jan Paweł II, Audiencja generalna 16 października 2002 r.

7. Aby "rozwinąć chrystologiczny wymiar Różańca", List apostolski "Rosarium Virginis Mariae" łączy trzy tradycyjne cykle tajemnic - radosnych, bolesnych i chwalebnych - z nowym cyklem: tajemnic światła, które dotyczą życia publicznego Jezusa.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 27 października 2002 r.

8. Niedoścignionym wzorem kontemplacji chrześcijańskiej jest Najświętsza Maryja Panna. Od poczęcia aż do zmartwychwstania i wniebowstąpienia Jezusa spojrzenie niepokalanego Serca Matki było skupione na Jej Boskim Synu - spojrzenie zdumione, spojrzenie przenikliwe, spojrzenie pełne bólu, spojrzenie rozpromienione radością. Tego właśnie peł-nego wiary i miłości spojrzenia Maryi uczą się pojedynczy chrześcijanie i wspólnota chrześcijańska, gdy odmawiają Różaniec.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 27 października 2002 r.

9. Różaniec, jak każda prawdziwa modlitwa, nie odrywa od rzeczywistości, lecz pomaga nam w niej żyć w wewnętrznym zjednoczeniu z Chrystusem i dawać świadectwo miłości Boga. Wspomniany dokument uczy nas tym samym odkrywać piękno odmawiania Różańca w rodzinie. "Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje".

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 27 października 2002 r.

do góry

1999

1. W październiku, miesiącu różańcowym, często odmawiamy tę modlitwę maryjną, co niegdyś było stałą praktyką chrześcijańskich rodzin. Wiele jest intencji, które pragniemy zawierzyć Maryi.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 10 października 1999 r.

2. Różaniec jest ze swej natury modlitwą kontemplacyjną i ma wielką moc wstawienniczą: kto go odmawia, jednoczy się z Maryją w rozważaniu tajemnic Chrystusa, co skłania go do przyzywania łaski związanej z tymi tajemnicami w wielorakich sytuacjach życiowych i historycznych.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 10 października 1999 r.

3. W przeszłości modlitwa różańcowa pomagała zachować czystość wiary Ludu Bożego; niech gorliwa praktyka tej modlitwy wspiera Kościół wchodzący w trzecie tysiąclecie, aby nadal był proroczym "znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego" (Lumen gentium, 1).

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 10 października 1999 r.

4. Za przykładem moich czcigodnych poprzedników przy wielu okazjach starałem się przypominać o znaczeniu tej modlitwy. W przedziwny sposób łączy ona prostotę i głębię, wymiar indywidualny i wspólnotowy. Różaniec jest ze swej natury modlitwą kontemplacyjną i ma wielką moc wstawienniczą: kto go odmawia, jednoczy się z Maryją w rozważaniu tajemnic Chrystusa, co skłania go do przyzywania łaski związanej z tymi tajemnicami w wielorakich sytuacjach życiowych i historycznych.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 10 października 1999 r.

do góry

1998

1. Październik jest miesiącem maryjnym, miesiącem Różańca. Ta prosta i głęboka modlitwa, chętnie odmawiana indywidualnie i w gronie rodziny, była niegdyś bardzo popularna wśród chrześcijańskiego ludu. Byłoby bardzo dobrze, gdyby i dziś została na nowo odkryta i doceniona, zwłaszcza w rodzinach. Modlitwa ta pomaga rozważać życie Chrystusa i tajemnice zbawienia; dzięki nieustannemu przyzywaniu Maryi oddala niebezpieczeństwo rozpadu rodziny; jest niezawodną więzią komunii i pokoju.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 25 października 1998 r.

2. Zachęcam wszystkich, a w szczególny sposób chrześcijańskie rodziny, aby podążając codzienną drogą wierności, szukały w Różańcu umocnienia i oparcia.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 25 października 1998 r.

do góry

1997

1. Rozważając bowiem tajemnice różańcowe, patrzymy na misterium życia, męki, śmierci i zmartwychwstania Pana oczyma Maryi, przeżywamy je tak, jak Ona w swym matczynym sercu je przeżywała. Odmawiając Różaniec, rozmawiamy z Maryją, powierzamy Jej ufnie wszystkie nasze troski i smutki, radości i nadzieje. Prosimy o to, by pomagała nam podejmować Boże plany i by wypraszała u Syna łaskę potrzebną do wiernego ich wypełniania. Ona - radosna i bolejąca, i chwalebna, zawsze u boku Syna - jest równocześnie obecna pośród naszych codziennych spraw.

Jan Paweł II, Rozważanie podczas modlitwy różańcowej w Ludźmierzu, 7 czerwca 1997 r.

2. Rytm różańcowych pacierzy odmierza czas na tej podhalańskiej, krakowskiej i polskiej ziemi - przenika go i kształtuje. Jakkolwiek toczyły się ludzkie dzieje - w radości z owoców codziennego trudu, w bolesnym zmaganiu z przeciwnościami czy w chwale odnoszonych zwycięstw - zawsze odnajdywały one swoje odbicie w tajemnicach Chrystusa i Jego Matki. Dlatego przywiązanie do modlitwy różańcowej nigdy nie wygasło w sercach wiernych, a dziś zdaje się jeszcze bardziej umacniać.

Jan Paweł II, Ludźmierz, 7 czerwca 1997 r.

3. Już bowiem prawie od 600 lat kolejne pokolenia Podhalan i wiernych z całej Polski oddają tu hołd Matce Boga. A ta cześć dla Maryi nierozerwalnie łączy się z Różańcem. Tutejszy lud, który się odznacza prostą i głęboką wiarą, zawsze miał poczucie tego, jak wspaniałym źródłem życia duchowego może być modlitwa różańcowa. Od wieków z różańcem w ręku przychodzili tu pielgrzymi różnych stanów, rodziny i całe parafie, aby od Maryi uczyć się miłości do Chrystusa. I wybierali w ten sposób szkołę najlepszą.

Jan Paweł II, Ludźmierz, 7 czerwca 1997

4. Pragnę dziś z całego serca podziękować wiernym Podhala i całej archidiecezji krakowskiej za wielki dar różańcowej modlitwy. Wiem, że każdego dnia gromadzicie się tu, u stóp Maryi, Pani Ludźmierskiej, i w wielu innych miejscach, aby oddawać Jej opiece wszystkie sprawy Kościoła i Następcy Świętego Piotra, wszystkie sprawy, które Opatrzność Boża powierzyła jego trosce. (...) Dziękuję wam za to ogromne dzieło modlitwy. Zawsze mogłem na nią liczyć, szczególnie w momentach trudnych. Bardzo jej potrzebuję i nadal was o nią proszę.

Jan Paweł II, Ludźmierz, 7 czerwca 1997 r.

5. Pragnę również w szczególny sposób pozdrowić Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych, które przybyły tu, aby zawierzyć Maryi swoje rodzinne, często niełatwe szczęście. W dzisiejszym świecie jesteście świadkami tego szczęścia, które wypływa z dzielenia miłości, nawet za cenę wielu wyrzeczeń. Nie bójcie się dawać tego świadectwa! Świat może was nie rozumieć, świat może pytać, dlaczego nie poszliście łatwiejszą drogą, ale świat potrzebuje waszego świadectwa - świat potrzebuje waszej miłości, waszego pokoju i waszego szczęścia. Niech Maryja, Opiekunka rodzin was wspomaga. Zwracajcie się do Niej jak najczęściej. Odmawiajcie Różaniec. Niech ta modlitwa stanie się fundamentem waszej jedności.

Jan Paweł II, Ludźmierz, 7 czerwca 1997 r.

6. Drodzy Bracia i Siostry, odmawiajcie codziennie Różaniec! Gorąco proszę pasterzy, by odmawiali i uczyli odmawiania Różańca w swoich chrześcijańskich wspólnotach.

Jan Paweł II, Watykan, 1 października 1997 r.

7. Gorąco proszę pasterzy, by odmawiali i uczyli odmawiania Różańca w swoich chrześcijańskich wspólnotach. Aby każdy umiał wiernie i odważnie wypełniać ludzkie i chrześcijańskie obowiązki swojego stanu, pomóżcie Ludowi Bożemu powrócić do codziennego odmawiania Różańca, do tej przemiłej rozmowy dzieci z Matką, którą "przyjmują w swoim domu".

Jan Paweł II, Watykan, 1 października 1997 r.

8. Pragnę dzisiaj raz jeszcze zalecić wszystkim chrześcijańskim rodzinom modlitwę różańcową, aby mogły zaznać piękna wspólnego rozważania - razem z Maryją - radosnych, bolesnych i chwalebnych tajemnic naszego odkupienia, a przez to uświęcać pogodne i trudne chwile codziennego życia. Dzięki wspólnej modlitwie rodzina jest bardziej zjednoczona, bezpieczna i wierna Ewangelii.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 26 października 1997 r.

9. Maryja, Królowa Różańca Świętego, niech będzie dla każdej rodziny Nauczycielką i Przewodniczką w tej modlitwie, szczególnie bliskiej memu sercu.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 26 października 1997 r.

10. W pobożności maryjnej szczególne miejsce zajął Różaniec, który przez powtarzaną wielokrotnie modlitwę "Zdrowaś Maryjo" prowadzi do kontemplacji tajemnic wiary. Również ta prosta modlitwa, ożywiając miłość ludu chrześcijańskiego do Matki Bożej, jeszcze wyraźniej zwraca modlitwę maryjną ku jej właściwemu celowi, którym jest uwielbienie Chrystusa.

Jan Paweł II, audiencja generalna, 5 listopada 1997 r.

do góry

1988

1. Odmawiać Różaniec to znaczy pójść do szkoły Maryi i nauczyć się od Niej, Matki i Apostołki Chrystusa, jak żyć całkowicie zgodnie z wymaganiami wiary chrześcijańskiej.

Jan Paweł II, z przemówienia na "Anioł Pański", 1988 r.

2. Odmawiając Różaniec, spoglądamy na Chrystusa w uprzywilejowanej perspektywie, takiej, w jakiej patrzyła nań jego Matka; rozważamy tajemnice życia, męki i zmartwychwstania Pana widziane oczyma i przeżywane sercem Tej, która była najbliżej swego Syna.

Jan Paweł II, Watykan, 2 października 1988 r.

3. Bądźmy wytrwali w odmawianiu Różańca, czy to w kościelnej wspólnocie, czy w zaciszu naszych rodzin: modlitwa ta w miarę powtarzanych wezwań połączy serca, rozgrzeje płomień domowego ogniska, umocni nadzieję oraz sprowadzi na wszystkich wielki spokój i radość Chrystusa, który dla nas narodził się, umarł i zmartwychwstał.

Jan Paweł II, Watykan, 2 października 1988 r.

4. Odmawiajmy wytrwale Różaniec we wspólnotach kościelnych i naszych rodzinach. W trakcie powtarzanych wezwań zjednoczy on serca, doprowadzi do zgody, ożywi nadzieję i obdarzy nas wszystkich pokojem i radością Chrystusa, który dla nas się narodził, umarł i zmartwychwstał.

Jan Paweł II, Watykan, 2 października1988 r.

5. Przy odmawianiu Różańca nie chodzi o powtarzanie formułek, lecz raczej o nawiązanie intymnego dialogu z Maryją, o okazanie Jej zaufania, powierzenie trosk, otwarcie przed Nią serca, ukazanie własnej gotowości na przyjęcie planów Bożych i obiecanie wytrwania w wierności dla Niej we wszystkich, szczególnie trudnych i bolesnych sytuacjach, będąc pewnym Jej pomocy w uzyskaniu wszelkich potrzebnych dla naszego zbawienia łask od Jej Syna.

Jan Paweł II, Watykan, 2 października1988 r.

do góry

1983

1. Odmawiajcie Różaniec z gorliwością i prostotą, aby zaczerpnąć radości ze spełnionych obowiązków, siły do stawienia czoła wobec nieuniknionych trudności, jakimi przepełnione jest życie ludzkie; odwagi na każdy dzień kontemplacji przyszłej chwały, obiecanej przez Boga swoim wiernym sługom.

Jan Paweł II, Radio Watykańskie, 1 października 1983 r.

1982

1. Zgodnie z wielowiekową tradycją, Pani orędzia fatimskiego wskazuje na Różaniec, który słusznie można określić jako "modlitwę Maryi". Modlitwę, w której Ona sama czuje się szczególnie zjednoczona z nami. Sama modli się z nami. Tą modlitwą zostają objęte sprawy Kościoła, stolicy świętego Piotra, sprawy całego świata.

JJan Paweł II, Homilia wygłoszona w Fatimie 13 maja 1982 r.

1981

1. Modlitwa różańcowa jest modlitwą wdzięczności, miłości i ufnej prośby... Do tej modlitwy zachęcam was i zapraszam. Odmawiajcie Różaniec!

Jan Paweł II, pierwsza audiencja po zamachu 7 października 1981 r.

2. Ufam, że ta tradycja odmawiania Różańca w mojej Ojczyźnie będzie nadal podtrzymywana i rozwijana. Tego życzę z całego serca duszpasterzom i rodakom w mojej Ojczyźnie.

Jan Paweł II, pierwsza audiencja po zamachu 7 października 1981 r.

3. Różaniec jest modlitwą do Niej, do Maryi, i jest naszą modlitwą, którą odmawiamy z Maryją. Proszę was, odmawiajcie Różaniec!

Jan Paweł II, 28 października 1981 r.

4. Wy, chorzy i cierpiący, nie wypuszczajcie z rąk różańca! Modlitwa wsparta cierpieniem jest wielką siłą!

Jan Paweł II do chorych, 28 października 1981 r.

do góry

1978

1. Równocześnie zaś w te same dziesiątki Różańca serce może wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy nam są najbliżsi, tych, o których najbardziej się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa pulsuje niejako życiem ludzkim.

Jan Paweł II, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 29 października 1978 r.

2. Jest to modlitwa, którą bardzo ukochałem. Przedziwna modlitwa! Przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem. Powtarzamy w niej wielokrotnie te słowa, które Maryja usłyszała z ust Archanioła i z ust swej krewnej, Elżbiety. Do tych słów dołącza się cały Kościół. Można powiedzieć, że Różaniec staje się jakby modlitewnym komentarzem do ostatniego rozdziału Konstytucji Vaticanum II "Lumen gentium", mówiącego o przedziwnej obecności Bogarodzicy w tajemnicy Chrystusa i Kościoła. Oto bowiem na kanwie słów Pozdrowienia Anielskiego przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa. Układają się one w całokształt tajemnic radosnych, bolesnych i chwalebnych. Jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem poprzez - można by powiedzieć - serce Jego Matki.

Jan Paweł, Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 29 października 1978 r.

do góry

1976

1. Nauczyła nas Matka Boża modlitwy szczególnego dziękczynienia. Nauczyła nas w Różańcu dziękować za Jezusa Chrystusa...

Ks. kard. Karol Wojtyła, Kraków, bazylika OO. Dominikanów, 1976 r.

2. Tego nas Matka Najświętsza nauczyła; dzięki temu ta prosta modlitwa podnosi stale nasze ludzkie życie, skłonne do poprzestawania na małym, do wielkich Bożych tajemnic... Dlatego też Różaniec jest szczególnym darem Matki Chrystusa i naszej; Matki Kościoła dla nas, dla Kościoła.

Ks. kard. Karol Wojtyła, Kraków, bazylika OO. Dominikanów, 1976 r.

do góry

Bez daty

1. Modlitwa różańcowa jest modlitwą człowieka za człowieka; jest modlitwą ludzkiej solidarności, modlitwą wspólną odkupionych, która odbija w sobie ducha i intencje pierwszej z odkupionych, Maryi, Matki i obrazu Kościoła; jest modlitwą za wszystkich ludzi świata i historii, żywych i umarłych, powołanych do tworzenia wraz z nami Ciała Chrystusa i do stania się wraz z Nim współdziedzicami chwały Ojca.

Jan Paweł II

2. Drodzy bracia i siostry, odmawiajcie codziennie Różaniec. Gorąco proszę pasterzy, by odmawiali i uczyli odmawiania Różańca w swoich chrześcijańskich wspólnotach. Aby każdy umiał wiernie i odważnie wypełniać ludzkie i chrześcijańskie obowiązki swego stanu, pomóżcie Ludowi Bożemu powrócić do codziennego odmawiania Różańca, do tej przemiłej rozmowy dzieci z Matką, którą "przyjmują do swego domu" (por. J 19, 27).

Jan Paweł II

3. Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy.

Jan Paweł II

4. Przez Różaniec lud chrześcijański niejako wstępuje do szkoły Maryi, dając się wprowadzić w kontemplację piękna oblicza Chrystusa i w doświadczanie głębi Jego miłości. Za pośrednictwem Różańca wierzący czerpie obfitość łaski, otrzymując ją niejako wprost z rąk Matki Odkupiciela.

Jan Paweł II

do góry

Ks. kard. August Hlond, Prymas Polski (+ 1948)

1. Zgromadziliście się tu z różańcem w ręku. Modlitwa różańcowa jest modlitwą potężną. Każdy Polak powinien odmawiać Różaniec. Przypominam sobie, jak na śląskiej ziemi w każdej rodzinie ojciec, matka i dzieci odmawiali Różaniec wieczorem po pracy. Bądźcie i wy szerzycielami Różańca. Tą bronią pokonamy zło.

Ks. kard. August Hlond, Prymas Polski, przemówienie podczas Kongresu
Kółek Różańcowych, Krasnobród, 1 lipca 1948 r.

2. Kiedy patrzę na was, którzyście tu przybyli, by wziąć udział w obradach różańcowych, to przypomina mi się jedna myśl: że Matka Najświętsza oswobodzi nas z niewoli grzechowej, gdyż Ona zdeptała głowę szatana. Pamiętajmy, że Boga nikt nie dosięgnie. Nie obawiajcie się mocy złych. Matka Najświętsza da zwycięstwo Kościołowi. I nam gotuje wielkie zwycięstwo i przyszłość wielką i Bożą.

Ks. kard. August Hlond, Prymas Polski, przemówienie podczas Kongresu
Kółek Różańcowych, Krasnobród, 1 lipca 1948 r.

3. Trzeba ufać i modlić się. Jedyna broń, której Polska używając, odniesie zwycięstwo, to Różaniec. On tylko uratuje Polskę od tych strasznych chwil, jakimi może narody będą karane za swą niewierność względem Boga. Polska będzie pierwszą, która dozna opieki Matki Bożej. Maryja obroni świat od zagłady zupełnej. Całym sercem wszyscy niech się zwracają z prośbą do Matki Najświętszej o pomoc i opiekę pod Jej płaszczem.

Ks. kard. August Hlond, Prymas Polski

4. Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem.

ks. kard. August Hlond

5. Niech siostra nie płacze, trzeba pogodzić się z wolą Bożą, bo Bóg najlepiej wie, co robi. Ja odejdę, przyjdą inni, będą moje dzieło prowadzili, a może i lepiej ode mnie gospodarzyli... Siostry, z różańcem w ręku módlcie się o zwycięstwo Matki Najświętszej.

Ks. kard. August Hlond, Prymas Polski, 21 października 1948 r.
Jedne z ostatnich słów Księdza Prymasa.

do góry

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Prymas Polski (+ 1981)

1. Ilekroć Kościół Boży był w wyjątkowym niebezpieczeństwie, Stolica Apostolska wzywała do modlitwy różańcowej. Różaniec bowiem zrodził się w chwilach niebezpiecznej walki wywrotnych sekt i herezji przeciwko Kościołowi i porządkowi społecznemu. Wszystkim walczącym ludziom Kościół wkładał do ręki Różaniec święty. Najwybitniejsi Papieże odsyłali walczących z mocami ciemności do Różańca.

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Prymas Polski

2. Na Watykanie w Kaplicy Sykstyńskiej jest ogromny obraz, namalowany na wielkiej ścianie - przedstawia Sąd Ostateczny. Mnóstwo postaci, Chrystus, u Jego boku Maryja, aniołowie, Apostołowie i rzesze ludzkie, podnoszące się z tej ziemi ku niebu. Ale jeden fragment szczególnie nas zastanawia - oto potężny Duch Boży dźwiga z otchłani człowieka, uczepionego do różańca. Dźwiga go na różańcu! Wielki mistrz Odrodzenia, Michał Anioł Buonarroti, miał widocznie tak żywą wiarę w potęgę Różańca, że umieścił go w najwspanialszym dziele malarstwa chrześcijańskiego, jakim jest Sąd Ostateczny w Kaplicy Sykstyńskiej.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

3. Różaniec: jest też skrótem dziejów każdej rodziny chrześcijańskiej. Każda bowiem rodzina - podobnie jak życie Jezusa i Maryi - ma też swoje tajemnice bolesne. Przeżył je Chrystus, przeżyła Maryja, przeżywamy również i my. Jest to nieodłączny los życia każdego człowieka. A bolących zdarzeń mamy coraz więcej. Mogą nas one niekiedy niepokoić, ale gdy rozważamy bolesne przeżycia Jezusa i Maryi, nabieramy szczególnego spokoju i uczymy się, jak przeżywać trudne chwile ze spokojem wypełnianego zadania.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

4. Wszyscy znamy słowo różaniec. Może nie wszyscy wiemy, od jak dawna znana jest ta modlitwa w Kościele Bożym. Jeszcze przed pracą apostolską św. Dominika Różaniec znany już był w wielu krajach, zwłaszcza w Anglii, Szkocji, Belgii, Holandii, Flandrii. Stamtąd rozszedł się po całym świecie. Dotarł też do naszej Ojczyzny. Jest to więc modlitwa w Kościele Bożym bardzo dawna i ma swoją wielką historię. To pokorne, a tak skuteczne lekarstwo na dni nawet najgroźniejsze.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

5. Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych, ale też modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele; jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych. Jest niewątpliwie modlitwą maryjną, ale równocześnie jak najbardziej Chrystusową, najbardziej chrystocentryczną, ześrodkowaną w Chrystusie.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

6. Gdy dzisiaj nie znajdujemy rady wobec różnych przeciwności, zostaje jedno: mieć w kieszeni różaniec i modlić się za tych, którzy nam przyczyniają tyle udręki we własnej Ojczyźnie. Módlmy się za tych ludzi. Przeklinanie nic nie pomoże. Powtarzanie sobie różnych plotek czy dowcipów politycznych też nic nie da. Ale modlitwa może pomóc. Ona zdolna jest oświecić umysły, poprawić wolę ludzką.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

7. Krzątanina domowa przy wielu zajęciach, droga do pracy, w pole, do szkoły czy urzędu, cierpliwe chodzenie za pługiem czy broną, wyczekiwanie na przystankach autobusowych, w poczekalniach urzędów, długie godziny w samochodzie, w wagonie kolejowym, bezsenne noce. Wszystko to może być uświęcone, wzbogacone, uprzyjemnione modlitwą różańcową. Należy z nią połączyć w duchu pokuty i wynagrodzenia wiele dobrowolnych umartwień i wyrzeczeń

Ks. kard. Stefan Wyszyński

8. W Waszym trudnym życiu Różaniec was wesprze. Zżyjmy się z Różańcem tak, byśmy go stale odmawiali, łatwo doń wracali, byśmy mu poświęcali wszystkie wolne chwile.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

9. W Różańcu każde "Zdrowaś Maryjo" przypomina obecność Maryi w misterium Chrystusa i Kościoła, tak jak każde wnika w przedziwną tajemnicę obecności Dziecięcia Bożego pod Sercem Maryi. I chociaż myśli nasze, uczucia i słowa pozdrawiają Maryję, kierują się jednak ku Jej Synowi, radują się Jezusem i rozważają Jego życie. (...) Wszyscy razem stanowimy "świętych obcowanie", w którym zawsze jest obecny i działający Chrystus oraz współobecna i współdziałająca z Nim Matka. Maryja zawsze prowadzi do Syna.

ks. kard. Stefan Wyszyński

10. Ież to bólów moglibyście każdego dnia ułagodzić, odmawiając częściej Różaniec, gdybyście się modlili i wynagradzali za grzechy naszej Ojczyzny!

Ks. kard. Stefan Wyszyński

11. Szczególnie zadbajmy o to, by przywrócić w domach rodzinnych piękny, stary zwyczaj kończenia dnia wspólnym Różańcem.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

12. Różaniec to łańcuch bezpieczeństwa na stromej skale szczytów górskich. Nie wolno się zatrzymywać na żadnej tajemnicy. Trzeba iść dalej. Bo pełnia życia jest u szczytu...

Ks. kard. Stefan Wyszyński

13. Zwiążmy myśli, usta i dłonie nasze Różańcem świętym, napełnijmy domostwa i wioski nasze szeptem modlitewnych Pozdrowień Maryjnych, przekazując jedni drugim uporczywe wołanie: "Zdrowaś Maryjo"!

Ks. kard. Stefan Wyszyński

14. Sięgajmy do myśli Bożej w rozważaniu życia Chrystusa na tle różańcowych tajemnic - pogłębiajmy w sobie zrozumienie głównych prawd wiary świętej: Wcielenia Syna Bożego i Odkupienia świata.

Ks. kard. Stefan Wyszyński

15. Dlatego, aby dobrze pomagać ludziom, sformułowaliśmy pierwszy punkt programu "Pomocników", który jest do pewnego stopnia warunkiem skutecznego niesienia pomocy innym. Brzmi on tak: "Oddajcie się osobiście Matce Najświętszej w Jej macierzyńską niewolę miłości za Kościół i braci. Ponawiajcie wasze oddanie i żyjcie nim na co dzień. Kochajcie Maryję całym sercem i naśladujcie Jej wierność, ofiarność i służbę. Módlcie się do Niej za Kościół, ojczyznę i ludzi. Mówcie Różaniec. Składajcie Jej wasze prace, radości, cierpienia i ofiary. Głoście Jej chwałę! W dłoniach Maryi bądźcie narzędziem ratowania ludzi i każdego człowieka dla Chrystusa".

Ks. kard. Stefan Wyszyński do osób pragnących
pomagać ludziom w niedoli i cierpieniu, Warszawa, 24 maja 1972 r.

16. Co to znaczy, że mam być pomocnikiem Maryi dla sprawy Chrystusa i Kościoła na ziemi? (...) Wyrobię w sobie obyczaj częstej modlitwy Maryjnej, zwłaszcza różańcowej o zwycięstwo Kościoła, o żywą wiarę wszystkich Polaków i każdego dziecka Bożego.

ks. kard. Stefan Wyszyński, List pasterski z 26 sierpnia 1969 r.

17. Mówcie Różaniec - nie tylko tak jak wczoraj, ale w każdej wolnej chwili, zwłaszcza w drodze, w podróży, w autobusie, w pociągu czy podczas wędrówki wakacyjnej. Składajcie Maryi wasze prace, radości, cierpienia i ofiary. Głoście Jej chwałę! W dłoniach Maryi bądźcie narzędziem ratowania ludzi i każdego człowieka dla Chrystusa.

Ks. kard. Stefan Wyszyński do pielgrzymów warszawskich
na Jasną Górę 15 sierpnia 1966 r.

18. Mówcie Różaniec. Znacie obraz Michała Anioła - Sąd Ostateczny. Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na różańcu. Mówcie za mnie Różaniec.

Słowa ks. kard. Stefana Wyszyńskiego do wiernych, wypowiedziane
25 września 1953 r., na dzień przed aresztowaniem

19. Im bardziej ludzie są zadufani w sobie, im bardziej grzeszą pychą wobec Boga, tym więcej potrzeba im dla równowagi pokornych środków działania. Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych. Popatrzcie na te zbielałe wargi staruszek i na drżące palce dziadków Waszych; dla nich najpiękniejszą księgą mądrości jest Różaniec, tylko w nim czytać umieją. Zajrzyjcie do szpitali, gdzie w długie noce rozgorączkowane dłonie szukają chciwie w ciemności różańca jako ostatniej deski ratunku. Przypomnijcie sobie przeżycia obozów i więzień, gdzie z ostatniej skibki chleba lepiono różaniec, by nakarmić ducha. Nieustanna, wytrwała, cierpliwa modlitwa różańcowa tych ludzi czyni cuda.

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

20. Szczególną ufność naszą w czasach dzisiejszych budzi Różaniec święty. To pokorne, a tak skuteczne lekarstwo na dni nawet najgroźniejsze. Ilekroć Kościół Boży był w wyjątkowym niebezpieczeństwie, Stolica Apostolska wzywała do modlitwy różańcowej. Różaniec bowiem zrodził się w chwilach niebezpiecznej walki wywrotowych sekt i herezji przeciwko Kościołowi i porządkowi społecznemu. Wszystkim walczącym ludziom Kościół wkładał do ręki różaniec święty. Najwybitniejsi papieże odsyłali walczących z mocami ciemności do Różańca.

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

21. Ale Różaniec święty jest również modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele, jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych. Bo Różaniec święty w przedziwny sposób łączy modlitwę myśli i modlitwę warg, gdy każe rozważyć dzieje miłości Chrystusa Pana na ziemi, a jednocześnie każe zdobywać się na anielskie pochwały Maryi, cierpliwie głoszone ustami. W różane płatki pozdrowień anielskich owijamy nasze najlepsze myśli o Panu Jezusie, na wzór Ojca niebieskiego osłaniając Go dziewiczym ciałem Maryi.

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

22. Różaniec święty jest szczytem prostoty modlitewnej i zarazem szczytem głębi teologicznej, bo zbiega się w nim szept prostaczków z myślą teologów.

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

23. Może dlatego Różaniec święty jest tak skuteczny, że jest aktem głębokiej pokory i jednocześnie wyznaniem żywej wiary; że oddaje najgłębsze myśli i najprostsze słowa ludzkie dla uwielbienia Trójcy Świętej przez pośrednictwo Maryi; że wieńcem róż jednoczy niemowlęta i dzieci, doktorów i uczonych w Piśmie, w jeden modlący się Kościół.

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

24. Z wielką radością, umiłowani w Panu, podejmujemy prymasowskie wezwanie od grobu świętego Wojciecha: "Każdy Polak odmawia co dzień swój Różaniec". [...] Do Was więc, umiłowani Bracia Kapłani, do Was, Dziatwo mała i droga Młodzieży, do Was, utrudzone Matki i upracowani Ojcowie, do Was, prości i uczeni, zwracam się z gorącym wezwaniem: weźmy różaniec do ręki!

ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

25. Zwiążmy myśli, usta i dłonie nasze Różańcem świętym, napełnijmy domostwa i wioski nasze szeptem modlitewnych pozdrowień Maryjnych, przekazujmy jedni drugim uporczywe wołanie: "Zdrowaś Maryjo!". Sięgajmy do myśli Bożej i w rozważaniu życia Chrystusa na tle radosnych, bolesnych i chwalebnych tajemnic - pogłębiajmy w sobie zrozumienie głównych prawd wiary świętej: wcielenia Syna Bożego i odkupienia świata.

ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

26. Zżyjmy się z Różańcem tak, byśmy go stale odmawiali, byśmy łatwo doń wracali, byśmy mu poświęcali wszystkie wolne chwile. Jak miłym i wiernym towarzyszem codziennych zajęć naszych może być Różaniec! Krzątanina domowa przy wielu zajęciach, długie wędrówki do pracy, w pole, do fabryki, do szkoły czy urzędu, cierpliwe chodzenie za pługiem czy broną, wyczekiwanie w kolejkach, na przystankach autobusowych, w poczekalniach urzędów, długie godziny na wozie, w samochodzie, w wagonie kolejowym, bezsenne noce czuwania nad kołyską chorego dziecka, miłe chwile wytchnienia, włóczęgi po lesie czy po mieście - wszystko to może być uświęcone, wzbogacone, uprzyjemnione modlitwą różańcową.

ks. kard. Stefan Wyszyński; Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

27. Szczególniej zadbajmy o to, by przywrócić w domach rodzinnych piękny, stary zwyczaj kończenia dnia wspólnym Różańcem. Ojciec, matka, dzieci - skupieni wiankiem przy sobie niech zacieśniają swą więź rodzinną w rozważaniach tajemnic radosnych; niech krzepią siły w cierpieniach i mękach życiowych obrazami tajemnic bolesnych; niech podnoszą w górę serca mocą Zmartwychwstania, Wniebowstąpienia i darów Zielonych Świątek.

ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

28. Zachęta do Was, umiłowani Bracia Kapłani, jest już niemal zbędna. Wy bowiem jesteście zobowiązani do codziennej modlitwy różańcowej przez prawo kanoniczne. A przecież nie tylko wola Kościoła świętego, lecz i serce pociąga Was do modlitwy różańcowej, gdy odmawiacie ją wraz z wiernymi przy ołtarzu, gdy przewodniczycie zebraniom Kółek Różańcowych, gdy z różańcem w ręku wracacie od swych chorych, gdy trzymacie go w dłoni, odprowadzając dzieci swoje na miejsce wiecznego spoczynku, gdy wędrujecie od wioski do wioski, od szkoły do szkoły, z wizytą pasterską, ze słowem pociechy i nauki.

ks. kard. Stefan Wyszyński, Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

29. Podejmiemy wezwanie zmarłego Prymasa Augusta Hlonda: "Każdy Polak odmawia Różaniec". Należy zadbać o to, by wszyscy wierni w parafii uważali Różaniec za wiernego przyjaciela życia codziennego, by nigdy się z nim nie rozstawali. W kieszeni każdego młodzieńca, w torebce każdego dziewczęcia - różaniec. W każdym domu rodziny katolickiej co dzień niech będzie odmawiany przynajmniej jeden dziesiątek Różańca.

ks. kard. Stefan Wyszyński, Warszawa, Uroczystość Chrystusa Króla 1949 r.

30. Niech rodziny katolickie wypełnią życie swoje duchem modlitwy, miłości i pracy. Bierzcie do ręki i odmawiajcie społem Różaniec. Niech ojcowe spracowane dłonie wypoczywają na jego pożywnych ziarnach; niech rozpogadzają się "pozdrowieniem anielskim" twarze matek. niech kształtują się tajemnicami radości, boleści i chwały serca braci i sióstr.

ks. kard. Stefan Wyszyński, Warszawa, Uroczystość Chrystusa Króla 1949 r.

do góry

Ks. kard. Józef Glemp, Prymas Polski (+ 2013)

1. Różaniec jest potęgą w naszym życiu. Wiele razy w dziejach modlitwa ta, usilnie zanoszona do Boga, zaważyła na losach narodów. Różaniec jest jakby liną ratunkową w życiu ludzi zmagających się z grzechem, trudnościami, nałogami. Jest pociechą w rękach chorych i umierających. Jest to modlitwa, która przemienia świat, zwłaszcza gdy jest odmawiana wspólnie.

Ks. kard. Józef Glemp, Prymas Polski, w słowie wstępnym do podręcznika "Krucjata Różańca Rodzinnego" (Warszawa, 3 października 1988 r.)

do góry

II Polski Synod Plenarny

1. Przyzwyczailiśmy się - wiążąc nasze tęsknoty z Jej, Maryi, zawierzeniem - pielgrzymować do licznych w naszym kraju miejsc uświęconych Jej obecnością, szeptać Różaniec i zawierzać Jej siebie, swoje rodziny i Ojczyznę. Od Niej uczymy się nazaretańskiego sensu i piękna życia codziennego, w Niej i przez Nią odnajdujemy wartość kobiecości w wierze. I pragniemy być Kościołem wsłuchanym, jak Ona, w głos Boga, służącym jak Ona i jak Ona wiernym pod Krzyżem.

Maryja w tajemnicy Chrystusa i Kościoła
- dokument II Polskiego Synodu Plenarnego.

2. Synod zaleca pielęgnowanie modlitwy różańcowej poprzez dopełnianie jej treścią rozważań ewangelicznych, uczenie głębi medytacyjnej i ukazywanie wymiaru społecznego.

Maryja w tajemnicy Chrystusa i Kościoła
- dokument II Polskiego Synodu Plenarnego.

3. Różaniec posiada głębokie korzenie biblijne. Można nawet powiedzieć, że jest streszczeniem Ewangelii i przypomina najistotniejsze momenty zbawienia. (...) Jest to zarazem modlitwa prosta, która przez swą treść i swoisty rytm umożliwia kontemplację wielkich dzieł Bożych.

Maryja w tajemnicy Chrystusa i Kościoła
- dokument II Polskiego Synodu Plenarnego.

4. Modlitwa różańcowa coraz bardziej upowszechnia się przez praktykę Różańca rodzinnego. Wspólne odmawianie w rodzinie przynajmniej jednej tajemnicy jest dobrą szkołą wiary i wychowania chrześcijańskiego.

Maryja w tajemnicy Chrystusa i Kościoła
- dokument II Polskiego Synodu Plenarnego.

do góry

Listy Pasterskie Episkopatu Polski

1. Chcemy w szczególny sposób polecić rodzinom tajemnice światła jako przedmiot rozważań w modlitwie wspólnej. Treść tych tajemnic doskonale harmonizuje z centralnym wezwaniem adhortacji apostolskiej o zadaniach rodziny - Familiaris consortio - to jest z wezwaniem do świętości, która ma być rozwijana na gruncie sakramentalnego obdarowania.

List Pasterski Episkopatu Polski
na Niedzielę Świętej Rodziny 2002 r.

2. W liście apostolskim "Rosarium Virginis Mariae" Jan Paweł II wzywa rodziny do ożywienia tradycji Różańca rodzinnego. Modlitwa ta bowiem umacnia wewnętrzną jedność rodzin i stanowi przeciwwagę dla wielu współczesnych czynników kulturowych, powodujących rozbicie wspólnot i izolację jednostki.

List pasterski Rady ds. Rodziny Episkopatu Polski
na niedzielę Świętej Rodziny, 29 grudnia 2002 r.

3. Chcielibyśmy zachęcić do wspólnego odmawiania Różańca świętego nie tylko w rodzinie, ale także we wspólnocie wielu rodzin. Tradycyjnie kółka Żywego Różańca obejmują osoby indywidualne - zwykle tego samego wieku: dzieci, młodzież, mężczyzn i kobiety. Można pomyśleć o ustaleniu wspólnoty dwudziestu rodzin, które będą każdego dnia odmawiać jedną dziesiątkę Różańca, rozważając kolejne tajemnice. Powstanie wtedy szczególna płaszczyzna porozumienia rodzin, która może przynieść wiele duchowych korzyści, także w życiu społecznym w szerszym wymiarze.

List pasterski Rady ds. Rodziny Episkopatu Polski
na Niedzielę Świętej Rodziny, 29 grudnia 2002 r.

4. Modlitwą różańcową pragniemy wypraszać światła łaski dla Ojca Świętego i Kościoła, aby rok dwutysiąclecia chrześcijaństwa w świecie ukazał w pełni jego przetwarzającą, zbawczą moc w życiu ludzkim.

List pasterski Episkopatu Polski z okazji ogłoszonego przez Ojca Świętego
Jana Pawła II Roku Maryjnego, 20 czerwca 1987 r.

5. Bardzo ważnym środkiem niesienia pomocy Kościołowi jest modlitwa za Lud Boży. Dlatego dzisiaj, wzywając was do pomocy w zbawczej misji Kościoła, pragniemy prosić was o modlitwę i to bardzo konkretną - o Różaniec święty. Weźcie do ręki różaniec wszyscy - młodzi i starsi, rodzice i Wy, dzieci.

List pasterski Episkopatu Polski do wiernych z okazji patronalnego święta
Pomocników Matki Kościoła, czerwiec 1974 r.

6. Nasza polska droga do jubileuszu 2000-lecia Narodzenia Chrystusa naznaczona jest modlitwą różańcową. (...) Odmawiajmy wiernie chociaż jeden dziesiątek Różańca codziennie, w łączności z Ojcem Świętym, w łączności z całym Kościołem powszechnym.

List Episkopatu Polski na zakończenie Roku Maryjnego,
6 października 1988 r.

7. Różaniec jest modlitwą najbardziej zbliżoną do liturgii przez rozważanie tych samych zbawczych wydarzeń; 150 Zdrowaś Maryjo wyraża pewne podobieństwo do psałterza, zawierającego również 150 Psalmów. Dlatego Ojciec Święty przypomina dawne określenie Różańca zwanego "Psałterzem Dziewicy".

List Episkopatu Polski o wezwaniu Ojca Świętego Pawła VI
do pogłębienia czci NMP, 8 września 1974 r.

8. Idąc za głosem Ojca chrześcijaństwa, zachęcamy was do odmawiania Różańca. Tą modlitwą wspierajcie Kościół Chrystusowy, pomagajcie Matce Kościoła w dziele zbawienia świata. Różaniec w naszych rękach niech będzie liną ratunkową, którą w każdej chwili możecie podać człowiekowi zagrożonemu utratą zbawienia.

List pasterski Episkopatu Polski do wiernych z okazji patronalnego święta
Pomocników Matki Kościoła, czerwiec 1974 r.

9. Różaniec niech będzie szczególnie drogą modlitwą pomocników Maryi. Jest on bowiem szkołą życia chrześcijańskiego, rozważanego w tajemnicach Jezusa i Jego Matki.

List pasterski Episkopatu Polski wzywający wiernych do dzieła
"Pomocników Matki Kościoła", 9 lutego 1972 r.

do góry

Radio Watykańskie

1. Godność Różańca płynie z naszego zjednoczenia z Chrystusem Odkupicielem i Maryją w każdej tajemnicy różańcowej - w wierze, nadziei i miłości. Jest to wewnętrzny proces angażujący rozum i wolną wolę. Zmysły wewnętrzne i zewnętrzne, usta, ręce i serce, duszę i ciało: całego człowieka.

Z "Watykańskich rozważań różańcowych",
wyemitowanych przez Radio Watykańskie w październiku 1997 r.

2. Godność Różańca płynie z boskich tajemnic odkupienia, z najświętszych tajemnic życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa i Maryi. Tajemnice te od wieków zostały zaplanowane przez Boga Ojca, przepowiedziane przez patriarchów i proroków, zapisane w Piśmie Świętym, wypełnione przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym, przy wolnym i czynnym współudziale Maryi, Matki Chrystusa i Kościoła.

Z "Watykańskich rozważań różańcowych",
wyemitowanych przez Radio Watykańskie w październiku 1997 r.

3. Matka Boska Różańcowa może nam pomóc we wszystkich potrzebach duszy i ciała. To prawda, że "jeden jest Pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Jezus Chrystus" (1 Tm 2, 5). Maryja jednak, jako Matka Boga i ludzi, na mocy testamentu Chrystusa z krzyża (por. J 19, 27), jest Pośredniczką u swego Syna. Z Jej godności i miłości macierzyńskiej wypływają dwa tytuły, na które wierni tak często się powołują: Wspomożycielka chrześcijan i Matka Nieustającej Pomocy.

Z watykańskich rozważań różańcowych

4. Chrystus sam w każdej tajemnicy różańcowej, która jest tajemnicą miłości miłosiernej, uczy głosić cywilizację miłości i budować cywilizację miłości, nawet za cenę całopalnej ofiary ze swego życia.

Z Watykańskich Rozważań Różańcowych

do góry

Ceremoniał Żywego Różańca

1. Różaniec jest modlitwą ewangeliczną, ponieważ zawiera Modlitwę Pańską i Pozdrowienie Anielskie oraz ewangeliczne Tajemnice naszego odkupienia. Z tego powodu Różaniec nazywamy streszczeniem lub zbiorem najważniejszych prawd Ewangelii.

Z ceremoniału Żywego Różańca

do góry

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort (+ 1716)

1. Niechaj wszyscy, mężczyźni i niewiasty, uczeni i prości, sprawiedliwi i grzesznicy, wielcy i mali, wysławiają i cześć oddają Jezusowi dniem i nocą, odmawiając Święty Różaniec.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

2. Mój Różaniec jest… niezawodną próbą, przy pomocy której mogę odróżnić tych, którzy sa prowadzeni przez Ducha Bożego, od tych, którzy są zwodzeni przez diabła. Znałem dusze, które poprzez wyszukaną kontemplację zdawały się wznosić na wyżyny jak orły, a jednak były żałośnie zwodzone przez diabła. Dopiero kiedy usłyszałem, że pogardzały modlitwą Zdrowaś Maryjo i różańcem, które uważali za coś daleko poniżej ich poziomu, dopiero wtedy przekonałem się, w jakim wielkim tkwią błędzie.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

3. Wierzcie w moc Różańca. Nie oparł mi się żaden grzesznik, skoro oplotłem go Różańcem.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

4. Jest rzeczą niewątpliwą, że Różaniec, ponieważ jest złożony z modlitwy Jezusa i z Pozdrowienia Anielskiego - "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Maryjo", i z rozmyślania tajemnic Jezusa i Maryi, jest główną modlitwą odmawianą przez wiernych.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

5. Jest rzeczą niemożliwą powiedzieć, jak Najświętsza Dziewica ceni Różaniec bardziej od innych praktyk pobożnych i jest wspaniałomyślna w wynagradzaniu tych, którzy zajmują się głoszeniem go, ustanawianiem i pielęgnowaniem; i tak samo niemożliwe jest powiedzieć, jak Ona jest groźna wobec jego przeciwników.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

6. Niech więc mądrzy i nieuczeni, sprawiedliwi i grzesznicy, wielcy i mali chwalą i pozdrawiają dzień i noc Różańcem świętym Jezusa i Maryję!

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

7. Wiara jest jedynym kluczem do przeniknięcia wszystkich tajemnic Jezusa i Maryi, o których przypomina Różaniec święty; dlatego kiedy zaczynamy go odmawiać, trzeba mówić "Wierzę w Boga" z wielką uwagą i nabożeństwem. Im silniejsza będzie nasza wiara, tym większą zasługę będzie miał Różaniec.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

8. Błagam was usilnie w imię miłości, jaką żywię do was w Jezusie i Maryi, byście odmawiali codziennie, o ile starczy czasu, Różaniec, a błogosławić będziecie w chwili śmierci każdy dzień i godzinę, kiedyście mi uwierzyli.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

9. Aby dobrze odmówić Różaniec, nie potrzeba naprawdę tych przyjemności lub pociech, wzdychań czy polotów, łez, a nawet ciągłego panowania nad wyobraźnią; wystarczą wiara i dobra intencja.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

10. Jeśli kapłan będzie znał Różaniec święty z własnego doświadczenia, będzie odmawiał go każdego dnia i zaleci jego odmawianie innym, do jego duszy Bóg i Matka Najświętsza wleją łaski w obfitości, aby stały się narzędziem ich chwały. Swoim słowem, chociaż skromnym, zdobędzie on więcej owocu w ciągu miesiąca niż inni kaznodzieje w ciągu kilku lat.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

11. Naśladujmy Apostoła, który znał i głosił tylko Jezusa, a zarazem Jezusa Ukrzyżowanego: to, co uczynicie także wy, głosząc Różaniec święty, ponieważ jest on nie tylko serią Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, lecz boskim streszczeniem tajemnic życia, męki, śmierci i chwały Jezusa i Maryi.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

12. Któż by nie podziwiał wspaniałości Różańca Świętego złożonego z tych dwóch boskich części: Modlitwy Pańskiej i Pozdrowienia Anielskiego. Czy może istnieją modlitwy bardziej przyjemne Bogu i Najświętszej Dziewicy? Miejmy je nieustannie w sercu i na ustach, aby uczcić Przenajświętszą Trójcę, Jezusa Chrystusa naszego Zbawiciela i Najświętszą Jego Matkę.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

13. Rzeczywiście, bez rozmyślania świętych tajemnic naszego odkupienia Różaniec byłby prawie niczym innym, jak ciałem bez duszy, wyborową materią, pozbawioną swojej formy, czyli rozmyślania, które odróżnia Różaniec od innych praktyk pobożnych.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

14. Jeżeli do ustnego odmawiania dołączy się rozmyślanie świętych tajemnic, Różaniec stanie się ofiarą chwały, składaną Bogu za dar odkupienia, i pobożnym wspomnieniem cierpienia, śmierci i chwały Jezusa Chrystusa.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

15. Jest rzeczą najprawdziwszą, że Różaniec przynosi chwałę i radość niezrównaną Jezusowi, Najświętszej Dziewicy i błogosławionym, a ci nie pragną nic więcej dla naszego wiecznego szczęścia, jak widzieć nas zajętych ćwiczeniem tak chwalebnym dla naszego Zbawiciela i tak zbawiennym dla nas.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

16. Chrześcijanin, który nie rozmyśla tajemnic Różańca, daje dowód nieznajomości Jezusa i okazuje, jak mało szanuje to, co Zbawiciel wycierpiał dla zbawienia świata.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

17. Uzbrójcie się! Krzyż w jednej ręce, różaniec w drugiej, walczcie dzielnie o najbardziej szlachetną sprawę, o chwałę Boga i Jego Matki!

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

18. Jak róża jest królową kwiatów, tak Różaniec jest różą, pierwszą wśród praktyk pobożnych.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

19. Moje "Zdrowaś Maryjo", mój Różaniec, jest moją ulubioną modlitwą, jest dla mnie pewnym kamieniem porównania, aby odróżnić tych, którzy są prowadzeni przez Ducha Bożego, od tych, którzy są oznaczeni przez złego ducha.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

20. Nikt nie mógłby potępić Różańca świętego bez potępienia tym samym wszystkiego, co najpobożniejsze w religii chrześcijańskiej, to jest Modlitwy Pańskiej, Pozdrowienia Anielskiego, tajemnic życia, śmierci i chwały Jezusa Chrystusa i Jego Matki.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

21. Rozważajmy więc za pośrednictwem Różańca świętego życie i cierpienia Zbawiciela i nauczmy się poznawać Go dobrze i cenić za tyle dobrodziejstw od Niego otrzymanych. W ten sposób będziemy mogli zapewnić siebie, że w tym wielkim dniu On nas uzna za swoich synów i przyjaciół.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

do góry

Św. ojciec Pio z Pietrelciny (+ 1968)

1. Modlitwa różańcowa jest syntezą naszej wiary, podporą naszej nadziei, żarem naszej miłości.

Św. ojciec Pio z Pietrelciny

2. Przylgnijcie do Różańca. Okazujcie wdzięczność Maryi, bo to Ona dała nam Jezusa.

Św. ojciec Pio z Pietrelciny

3. Chciałbym zaprosić wszystkich grzeszników z całego świata, aby kochali Matkę Bożą. Odmawiajcie zawsze Różaniec. I odmawiajcie go tak często, jak tylko możecie. Szatan stara się zawsze zniszczyć tę modlitwę, ale mu to się nigdy nie uda. To jest modlitwa Tej, która króluje nad wszystkim i wszystkimi. To Ona nauczyła nas modlić się na Różańcu, tak jak Jezus nauczył nas mówić "Ojcze nasz".

Św. ojciec Pio - słowa wypowiedziane dwa dni przed śmiercią

do góry

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer (+ 1975)

1. Zwróćcie uwagę na jedno z nabożeństw najbardziej rozpowszechnionych wśród wiernych - odmawianie Różańca świętego. Kościół zachęca nas do rozważania tajemnic różańcowych, aby w naszym umyśle i pamięci wyrył się wraz z radością, boleścią i chwałą Najświętszej Maryi Panny wspaniały przykład życia Pana Jezusa: trzydzieści lat przeżytych w ukryciu, trzy lata nauczania, Jego uniżenie w Męce i Jego chwalebne Zmartwychwstanie.

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer, założyciel Opus Dei

2. Ciągle odkładasz Różaniec na potem, a wreszcie go nie odmawiasz z powodu senności. - Jeżeli nie dysponujesz innym czasem, odmawiaj go niepostrzeżenie na ulicy. To pomoże ci nadto pamiętać o obecności Bożej.

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer

3. "Dziewico Niepokalana, wiem dobrze, że jestem wielkim nędznikiem, że z dnia na dzień jedynie zwiększam liczbę mych grzechów..." - Powiedziałeś mi kiedyś, że tak rozmawiasz z Matką Bożą. I bez wahania poradziłem ci, abyś odmawiał Różaniec: błogosławiona monotonia zdrowasiek, która oczyszcza monotonię twoich grzechów!

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer

4. Różaniec jest szczególnie ważny dla tych, którzy pracują umysłowo lub studiują. Gdyż owe pozornie monotonne szczebiotanie dzieci do swej Matki w modlitwie do Najświętszej Maryi Panny niszczy wszelki zarodek próżności i pychy.

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer

5. Pielęgnuj żywe nabożeństwo do Matki Bożej. Ona umie szlachetnie odwzajemniać podarunki, które Jej składamy. Nadto, jeżeli odmawiasz codziennie, z duchem wiary i miłości, Różaniec święty, Pani postara się poprowadzić cię bardzo daleko drogą swego Syna.

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer

6. Różańca nie odmawia się jedynie wargami, mamrocząc zdrowaśki jedna po drugiej. Tak mamroczą świętoszkowie i świętoszki. Dla chrześcijanina modlitwa ustna musi być zakorzeniona w sercu tak, aby podczas odmawiania Różańca umysł mógł zagłębić się w kontemplacji każdej z tajemnic.

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer

do góry

Św. Alfons Maria de Liguori (+ 1787)

1. Mury Jerycha nie runęły szybciej na dźwięk trąb Jozuego, niż fałszywe nauki znikały po szczerej modlitwie różańcowej. Sadzawka w Jerozolimie nie była tak lecznicza dla ran chorych na ciele, jak Różaniec jest lekarstwem dla chorych na duchu.

Św. Alfons Maria de Liguori

Bł. Bartłomiej Longo (+ 1926)

1. O, błogosławiony Różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem; więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca z Pompei, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie.

Bł. Bartłomiej Longo, apostoł Różańca

do góry

Bł. ojciec Honorat Koźmiński (+ 1916)

1. Gdyby Polacy bez przerwy odmawiali Różaniec w Gietrzwałdzie, nie musieliby walczyć o wolną Polskę, mieliby ją bez walki wolną.

Bł. ojciec Honorat Koźmiński

2. Nie zasmucajcie przeto Matki swojej. Odmawiajcie wiernie Różaniec, a odmawiajcie go wspólnie po domach, wierząc temu, że tym tylko Matka Boża błogosławić będzie, którzy Ją błogosławią w Różańcu. Każdy z was niech będzie posłem Przenajświętszej Panny, zanosząc te słowa do innych, aby wszyscy bliscy wasi przez was byli pobudzeni do odmawiania Różańca i mogli doświadczyć cudownych skutków tego nabożeństwa, tak za życia, jak i przy śmierci, i żeby ich doznawali przez całe wieki".

Bł. ojciec Honorat Koźmiński

Sługa Boży ks. Ignacy Kłopotowski (+ 1931)

1. Im więcej zgłębiamy tajemnice Różańca świętego, tym więcej Bóg się nam objawia, ukazuje się przedziwnym w dziełach swoich, wielkim w swych działaniach, więcej dobroć Jego nas pociąga i więcej też serce czuje potrzebę uwielbienia Go".

Sługa Boży ks. Ignacy Kłopotowski

2. Miejmy zawsze koronkę różańcową przy sobie. Na spacerze, idąc z domu albo do domu można tak mieć w ręku różaniec, że nikt go nie zobaczy i odmówić. Nie ma się zresztą czego wstydzić publicznie odmawiać. Niech się ci raczej wstydzą, co go nie odmawiają. Pozazdroszczą nam tej modlitwy na tamtym świecie...

Sługa Boży ks. Ignacy Kłopotowski

3. Widząc, jak miłym Bogu i Matce Najświętszej, a nam pożytecznym nabożeństwem jest Różaniec święty, starajmy się choć jedną cząstkę codziennie odmówić. Koniecznie. Kto chce, a każdy chcieć powinien, ten znajdzie czas na to. Wszak niewiele na to potrzeba czasu.

Sługa Boży ks. Ignacy Kłopotowski

4. Dobrze odmawiany Różaniec przewyższa i przenosi inne modlitwy. W krótkich rozmyślaniach przypomina żywot Pana Jezusa i Matki Boskiej, pobudza do miłości Boga i bliźniego, skłania do żalu za grzechy, do zachowania przykazań Boskich i kościelnych, i w ten sposób prowadzi do świętości i zbawienia. Za Różaniec tedy otrzymamy niebo!

Sługa Boży ks. Ignacy Kłopotowski

Siostra Łucja z Fatimy (Łucja dos Santos, + 2005)

1. Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać z pomocą Różańca.

Siostra Łucja z Fatimy

Ks. kard. Joachim Meisner (+ 2017)

1. Gdy umrę pewnego dnia, kanonicy katedry w Kolonii ściągną mi z palca pierścień biskupi, wyjmą z rąk laskę pasterską i zdejmą krzyż biskupi. Wszystko to oddadzą do skarbca katedralnego. Ale w moim testamencie jest napisane: "Swój różaniec chcę zabrać do trumny, bo jest on rękojmią mojej wiary, mojej nadziei i mojej miłości. Chcę go pokazać Matce Bożej, aby po nędzy tego życia zaprowadziła mnie do Jezusa, błogosławionego owocu swego łona".

Z homilii ks. kard. Joachima Meisnera

do góry

Ks. kard. Andrzej Maria Deskur (+ 2011)

1. Gdy myślę o modlitwie różańcowej, przypomina mi się jedna ze scen Sądu Ostatecznego z Kaplicy Sykstyńskiej malarstwa Michała Anioła, gdzie tylko jednej duszy udaje się uniknąć piekła, zostaje ona przeniesiona do raju, uchwyciwszy się różańca. To mi ukazuje potęgę modlitwy różańcowej. Różaniec jako dobra pobożna praktyka jest znakomitym narzędziem, by uczyć prawd wiary. Dzięki niemu poznajemy zdarzenia z życia Jezusa Chrystusa na ziemi i przeżywamy je razem z Maryją.

Ks. kard. Andrzej Maria Deskur

2. Powtarzanie "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Maryjo" może wydawać się nudne, ale nigdy tak nie będzie, jeśli słowom towarzyszy kontemplacja tajemnic życia Zbawiciela.

Ks. kard. Andrzej Maria Deskur

Ks. bp Edward Samsel (+ 2003)

1. Nasz Ojciec Święty w październiku ogłosił nam Rok Różańca Świętego. Jest to jego i nasza umiłowana modlitwa, którą można odmawiać indywidualnie lub we wspólnocie; przede wszystkim w rodzinie, ale także w grupach modlitewno-formacyjnych, we wspólnotach koleżeńskich, młodzieżowych i dziecięcych. Spotykam i takie przykłady, że młodzież na jednej z przerw szkolnych gromadzi się w sali katechetycznej na odmówienie tajemnicy Różańca świętego. Drodzy nasi Duszpasterze i Drodzy Katecheci, dołóżcie swoich starań, aby w parafiach naszych i szkołach powstawały nowe Róże Różańca Świętego: mężczyzn, kobiet, młodzieży i dzieci; w wielu miejscowościach powstały już tzw. Podwórkowe Koła Różańcowe.

Ks. bp Edward Samsel.
List pasterski biskupa ełckiego na I niedzielę Adwentu 2002 r.

do góry

Ks. bp Kazimierz Majdański (+ 2007)

1. Królowa Różańca św. jest Stolicą Mądrości. Pewnie dlatego wybiera małych i pokornych (to jest też styl Pana Jezusa: mali i pokorni cieszą się Jego szczególnym upodobaniem). Wybiera więc Matka Najświętsza, jak chce, najczęściej małych i pokornych, i uczy ich, by odmawiali Różaniec. Nauczyła tej mądrej pobożności nie tylko św. Dominika i jego zakon kaznodziejski (który stał się zakonem uczonych), ale także wybraną przez siebie małą Bernardettę Soubirous z Groty Massabielskiej w Lourdes i małych Pastuszków z Fatimy.

Ks. abp Kazimierz Majdański. Homilia wygłoszona z okazji inauguracji nowego roku
akademickiego w Instytucie Studiów nad Rodziną, Łomianki, 7 października 2002 r.

Ks. abp Stanisław Nowak

1. Paciorki różańca były porównywane przez niektórych autorów Maryjnych do kamyków, jakie miał w swojej torbie pasterskiej Dawid, który stanął naprzeciw Goliata. My też z tymi różańcowymi kamyczkami wychodzimy naprzeciw olbrzymowi zła - terroryzmowi, wojnom, nienawiści, premedytacji w niszczeniu rodziny itd. Nasza modlitwa jest pełna prostoty i pokory, odwołuje się do wyniszczenia Chrystusa, do Jego Krzyża, odwołuje się do pokory Maryi.

Ks. abp Stanisław Nowak

2. Ojciec Święty bardzo konkretyzuje program różańcowy, gdy łączy odmawianie Różańca z życiem rodzinnym. Nieraz telewizor wykrada rodzinie najbardziej intymne chwile, rodzice nie mają czasu dla dzieci, nie mają czasu na modlitwę, bo oglądają programy, które nie zawsze budują duchową tkankę człowieka, czasem wręcz ją niszczą. I oto Ojciec Święty podpowiada: zamiast patrzeć godzinami na te obrazy, popatrzmy na Chrystusa. Ten obraz nie jest materialny, ale Różaniec rozwija wzrok duszy, dzięki któremu możemy widzieć Chrystusa. Wyrabia oczy serca...

Ks. abp Stanisław Nowak

do góry

Ks. abp Kazimierz Romaniuk

1. Nowo wprowadzone tajemnice światła ukazują też, czego nie było w dotychczasowych rozważaniach tajemnic różańcowych, biblijne prapoczątki nauczycielskiej działalności Kościoła. Wypada zaznaczyć zaraz na wstępie, że te prapoczątki mają charakter maryjny. Pierwsze polecenie "słuchania Jezusa", czyli wprowadzenia w życie Jego wskazań, wydała Maryja w Kanie Galilejskiej. Wszystko, czego Kościół naucza na różne sposoby po dzień dzisiejszy, to przecież nic innego, jak powtarzanie tamtych słów Maryi: "Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam nakaże".

Ks. bp Kazimierz Romaniuk

2. Prawdę mówiąc, dopiero teraz zauważamy, jak to uzupełnienie było potrzebne: brakowało w rozważaniach różańcowych z ziemskiego posłannictwa Jezusa części środkowej, czyli prawie całego okresu publicznej działalności Jezusa. Konkretnie chodzi o: chrzest Jezusa, gody w Kanie Galilejskiej, głoszenie królestwa Bożego, przemienienie na górze Tabor i ustanowienie Eucharystii. (...) Te wydarzenia z życia Jezusa zostały nazwane tajemnicami światła, dlatego że w każdym z nich mamy do czynienia z objawieniem nam w nowym świetle Osoby Jezusa Chrystusa lub światła potrzebnego człowiekowi do wędrówki przez doczesne życie.

Ks. bp Kazimierz Romaniuk

Ks. bp Antoni Dydycz

1. Modlitwa różańcowa pomaga nam w przeżywaniu roku kościelnego, gdyż jej poszczególne tajemnice ściśle się łączą z poszczególnymi okresami liturgicznymi, wnosząc w ich przeżywanie dodatkowe światło.

Ks. bp Antoni Dydycz, ordynariusz drohiczyński

2. Przez kontemplację Jego oblicza chcemy zjednoczyć się z Nim w miłości. "Maryja jest niedoścignionym wzorem kontemplacji Chrystusa" (Jan Paweł II, Rosarium, 10), a tajemnice różańcowe, ukazując różne sytuacje i okoliczności, przybliżają nam przykład Matki Bożej.

Ks. bp Antoni Dydycz, List pasterski na Adwent 2002 r.

Ks. Franciszek Blachnicki (+ 1987)

1. Różaniec dobrze odmawiany, stanie się również doskonałą szkołą życia chrześcijańskiego, bo nauczy nas poddawać nasze życie rzeczywistości życia Chrystusa, które powinno stać się zobowiązującym modelem naszego życia. Maryja, która doskonale weszła w postawie rozumnej służebnicy w życie i w drogę Chrystusa, przez Różaniec stanie się naszą najlepszą nauczycielką, dając nam uczestnictwo w Swojej postawie wobec Chrystusa.

ks. Franciszek Blachnicki

do góry

Ks. Tadeusz Dajczer (+ 2009)

1. Umiłować Różaniec to umiłować Ewangelię, to umiłować również Maryję i wszystkie te sprawy, radosne, bolesne, chwalebne, które Ona zachowywała i rozważała w swoim sercu, które były treścią Jej życia.

Ks. Tadeusz Dajczer, Rozważania o wierze

2. Podążając różańcową drogą, upodabniamy się coraz bardziej, jako uczniowie, do Chrystusa - naszego Mistrza. Na tej drodze, aby mogła ona być w sposób jeszcze doskonalszy "streszczeniem Ewangelii", przybył nowy etap. Do dotychczasowych tajemnic radosnych, bolesnych i chwalebnych Ojciec Święty dołączył nowe tajemnice - tajemnice światła. Są to tajemnice życia publicznego Chrystusa, w którym - jak podkreśla Jan Paweł II - w szczególny sposób objawiła się prawda, że Chrystus jest "światłością świata" (J 8, 12).

ks. prof. Teofil Siady

3. Różańcowa metoda kontemplacji Chrystusa wraz z Maryją oparta jest na powtarzaniu. Powtarzanie to nigdy nas nie znuży i będzie zawsze w pełni owocne, gdy - jak podpowiada nam Ojciec Święty - odczytamy je według klucza miłości. Miłość bowiem nigdy się nie nuży, ciągle pragnie się powracać do ukochanej osoby. Chodzi zaś tutaj o różańcowe powracanie, wpatrywanie się i upodabnianie do samego Chrystusa.

ks. prof. Teofil Siady

O. Jan Mazur OSSPE

1. Odnowiony Różaniec, jako medytacja i prośba, streszcza w sobie Ewangelię i jednocześnie stanowi wytrwałe i ufne błaganie zanoszone do Bogarodzicy w nadziei, że Jej matczyne wstawiennictwo wyjedna u Syna miłosierdzie dla świata. Jan Paweł II zapewnia nas, iż sam w swoim życiu doświadczył tej prawdy, czyniąc zeń podstawę swojej dewizy biskupiej: Totus Tuus.

O. Jan Mazur OSSPE

2. Kościół, mając do dyspozycji odnowiony Różaniec, może "wypłynąć na głębię" bez lęku, że zagubi się w niebezpiecznych wirach współczesności. Ludzkość zdaje się być bezradna wobec rozległej panoramy zagrożeń. Niekiedy całe społeczności, uwikłane w struktury grzechu, do złudzenia przypominają biblijny obraz owiec, które pędzone są do otchłani (por. Ps 49, 15).

O. Jan Mazur OSSPE

do góry

Ks. Jan Twardowski (+ 2006)

1. Często odmawiany Różaniec zapada w naszą podświadomość. Kiedy leżałem w szpitalu, w czasie bezsennej nocy słyszałem, jak jeden z chorych mówił Różaniec, śpiąc. Pytał mnie potem, czy nie mówi przez sen. Powiedziałem mu, że rozmawia z Matką Boską. Uważał to za żart. Powieść Marii Dąbrowskiej "Noce i dnie" kończy się słowami: "Konie idą na pamięć". Koń zmęczony, śpiący, sam trafi do domu, choćby woźnica był nieprzytomny. Wiemy, że cały oddział żołnierzy na wojnie, bardzo zmęczonych, idzie, śpi i trafia tam, dokąd ma przyjść. Jeżeli odmawiamy często Różaniec, to wtedy on sam czasem za nas się modli. I to jest chyba szósta radosna tajemnica różańcowa.

Ks. Jan Twardowski "Niecodziennik cały"

Johan Tilly (+ 1632)

1. Z różańcem w rękach, kierując na krzyż ostatnie spojrzenie, chciałbym zakończyć swe życie; Matko, dopomóż mi do tego szczęścia.

Akt strzelisty hetmana Johanna Tilly'ego

André Frossard (+ 1995)

1. Ziarna różańca to ziarna zboża z plonu, który zbiera się gdzie indziej. Ta natarczywa modlitwa, oparta na powtarzaniu tych samych słów, jest zbliżona do języka uwielbienia, tak drogiego mistykom. Istnieje zresztą bardzo prosty sposób, aby zabezpieczyć tę modlitwę przed mechanizmem: odmówcie pierwszy paciorek za jakąś osobę; zaraz pojawi się w waszej pamięci inna, potem będzie ich dziesięć, dwadzieścia, a wtedy Różaniec wyda wam się nie za długi, ale za krótki. Przekonacie się, że wasz bliźni bardzo potrzebuje waszej modlitwy.

André Frossard, Bóg i ludzkie pytania

Jan Budziaszek

1. W moim życiu wszystko zbudowane jest na Różańcu. Przeżyłem wiele sytuacji, w których pomogła mi modlitwa różańcowa.

Jan Budziaszek, muzyk

Inne

1. Różaniec daje siłę i moc, aby światło wiary promieniowało na naszą codzienność.

2. Ci, którzy odkrywają bogactwo Różańca, stają w obronie życia, są gotowi do walki duchowej z siłami zła we współczesnym świecie.

3. Święty Ludwik Maria Grignion de Montfort nauczał, że kiedy odmawiamy „Zdrowaś, Maryjo”, drży całe piekło.

4. Święty Jan Paweł II podczas audiencji dla Polaków w 1981 r. wyciągnął różaniec i powiedział: „To jest egzorcyzm przeciw wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich”.

do góry

Artykuły, listy i kazania o Różańcu

Spis treści

1. Weźmy Różaniec do ręki.
2. Przyjmijcie Różaniec.
3. Pozdrowienie Anielskie.
4. Potęga modlitwy różańcowej.
5. Przedziwny sekret Różańca Świętego.
6. Świadectwa różańcowe.
7. Objawienia i cuda Matki Bożej.
8. Legendy Różańcowe.
9. Polska zwycięży Różańcem.

Weźmy Różaniec do ręki

Ks. kard. Stefan Wyszyński, Fragmenty z Listu Pasterskiego.
Lublin, 15 sierpnia 1947 r.

Szczególną ufność naszą w czasach dzisiejszych budzi Różaniec święty. To pokorne, a tak skuteczne lekarstwo na dni nawet najgroźniejsze. Ilekroć Kościół Boży był w wyjątkowym niebezpieczeństwie, Stolica Apostolska wzywała do modlitwy różańcowej. Różaniec bowiem zrodził się w chwilach niebezpiecznej walki wywrotowych sekt i herezji przeciwko Kościołowi i porządkowi społecznemu. Wszystkim walczącym ludziom Kościół wkładał do ręki Różaniec święty. Najwybitniejsi papieże odsyłali walczących z mocami ciemności do Różańca.

Im bardziej ludzie są zadufani w sobie, im bardziej grzeszą pychą wobec Boga, tym więcej potrzeba im dla równowagi pokornych środków działania. Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych. Popatrzcie na te zbielałe wargi staruszek i na drżące palce dziatków waszych; dla nich najpiękniejszą księgą mądrości jest Różaniec, tylko w nim czytać umieją. Zajrzyjcie do szpitali, gdzie w długie noce rozgorączkowane dłonie szukają chciwie w ciemności różańca jako ostatniej deski ratunku. Przypomnijcie sobie przeżycia obozów i więzień, gdzie z ostatniej skibki chleba lepiono różaniec, by nakarmić ducha. Nieustanna, wytrwała, cierpliwa modlitwa różańcowa tych ludzi czyni cuda.

Ale Różaniec święty jest również modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele, jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych. Bo Różaniec święty w przedziwny sposób łączy modlitwę myśli i modlitwę warg, gdy każe rozważać dzieje miłości Chrystusa Pana na ziemi, a jednocześnie każe zdobywać się na anielskie pochwały Maryi, cierpliwie głoszone ustami. W różane płatki pozdrowień anielskich owijamy nasze najlepsze myśli o Panu Jezusie, na wzór Ojca niebieskiego osłaniając go dziewiczym ciałem Maryi. Różaniec święty jest szczytem prostoty modlitewnej i zarazem szczytem głębi teologicznej, bo zbiega się w nim szept prostaczków z myślą teologów.

Może dlatego Różaniec święty jest tak skuteczny, że jest aktem głębokiej pokory i jednocześnie wyznaniem żywej wiary; że oddaje najgłębsze myśli i najprostsze słowa ludzkie dla uwielbienia Trójcy Świętej przez pośrednictwo Maryi; że wieńcem róż jednoczy niemowlęta i starców, doktorów i uczonych w Piśmie, w jeden modlący się Kościół.

Stąd nasze wielkie zaufanie do Różańca świętego. Stąd nadzieja, że modlitwa różańcowa do tej "błogosławionej, która uwierzyła", zniweczy wszystkie herezje i błędy całego świata, a ludziom dobrej woli, przyniesie nareszcie uspokojenie we Krwi Chrystusowej.

Z wielką radością, umiłowani w Panu, podejmujemy prymasowe wezwanie od grobu św. Wojciecha: "Każdy Polak odmawia co dzień swój Różaniec".

Do Was umiłowani Bracia Kapłani, do Was, Dziatwo mała i droga Młodzieży, do Was utrudzone Matki i upracowani Ojcowie, do Was, prości i uczeni, zwracam się z gorącym wezwaniem; weźmy różaniec do ręki!

Zwiążmy myśli, usta i dłonie nasze Różańcem świętym, napełnijmy domostwa i wioski nasze szeptem modlitewnych pozdrowień maryjnych, przekazujmy jedni drugim uporczywe wołanie; "Zdrowaś Mario!" Sięgnijmy do myśli Bożej i w rozważaniu życia Chrystusa na tle radosnych, bolesnych i chwalebnych tajemnic - pogłębiamy w sobie zrozumienie głównych prawd wiary świętej: wcielenia Syna Bożego i odkupienia świata.

Zżyjmy się z Różańcem tak, byśmy go stale odmawiali, byśmy łatwo doń wracali, byśmy mu poświęcali wszystkie wolne chwile. Jak miłym i wiernym towarzyszem codziennych zajęć naszych może być Różaniec! Krzątanina domowa przy wielu zajęciach, długie wędrówki do pracy, w pole, do fabryki, do szkoły czy urzędu, cierpliwe chodzenie za pługiem czy broną, wyczekiwanie w kolejkach, na przystankach autobusowych, w poczekalniach urzędów, długie godziny na wozie, w samochodzie, w wagonie kolejowym, bezsenne noce czuwania nad kołyską chorego dziecka, miłe chwile wytchnienia, włóczęgi po lesie czy po mieście - wszystko to może być uświęcone, wzbogacone, uprzyjemnione modlitwą różańcową.

Modląc się na Różańcu, stajemy przy Jezusie i Maryi, a tam, gdzie Oni, dokonuje się zbawienie, udziałem naszym staje się łaska, ustępują moce piekła, nie grozi nam zło. Nie ma większej radości dla matczynego Serca.

Umiłowanie Różańca przez Maryję wynika z Jej miłości i troski o naszą wieczność. Ale Matka Najświętsza umiłowała Różaniec również dlatego, że modlitwa ta Jej samej sprawia radość. Powtarzamy przecież za Aniołem Gabrielem słowa, które Maryja usłyszała po raz pierwszy w Nazaret, które rozważała w Sercu swoim i które napełniły Ją niewypowiedzianą radością: miała stać się Matką oczekiwanego Zbawiciela! Tamta radosna chwila ożywa w Niej, ilekroć słyszy powtarzane przez nas "Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą". Odmawiając Różaniec, z wypowiadanych modlitw i snutych rozważań pleciemy wieniec z róż, który ofiarujemy Maryi jako wyraz naszej miłości. Raduje to naszą niebieską Matkę.

do góry

Przyjmijcie Różaniec

Ks. Wiesław Podlodowski. Fragmenty z wygłoszonego kazania.
Lublin, 17 listopada 2002 r.

(…)

Pewnego razu papież Pius IX oprowadzał pielgrzymów po Watykanie. Zadano mu wiele pytań. Jedno z nich brzmiało: "Wasza Świątobliwość, który ze wspomnianych skarbów Watykanu jest najwspanialszy?" Niektórzy obecni pielgrzymi myśleli, że papież wskaże na bezcenne dzieło sztuki, jakim jest Pieta Michała Anioła; inni sądzili, że może będzie to jakieś malowidło Leonarda da Vinci. Tymczasem Ojciec Święty sięgnął do kieszeni i wyciągnął różaniec. Trzymając go wysoko nad głową, odpowiedział: "Oto najwspanialszy skarb Watykanu!"

Ten skarb, ów Boży talent, Bóg powierza nam wszystkim bez wyjątku. W osobie Jana Pawła II raz jeszcze Bóg zwraca nam uwagę, abyśmy ten skarb pomnażali. Ustami naszego papieża mówi nam: — "Oto lekarstwo na nieszczęścia, na zło i módlcie się. Weźcie różaniec do ręki i módlcie się… Zaufajcie Matce Bożej."

Jako słudzy Boga Najwyższego nie możemy tego talentu zakopać. Nie możemy go nie pomnażać przez zaniedbywanie codziennej modlitwy różańcowej, bo czasy nasze są bardzo niepokojące. Wpatrując się w tak liczne znaki dziejące się w świecie, musimy powiedzieć to co już powiedziała Maryja w tylu miejscach: — tak jak za czasów potopu szatan wytacza bieg wydarzeń. Wszędzie panuje nieporządek. Mówi się o pokoju, a tym czasem świat pchany jest w wojny.

Mamy wrażenie, patrząc się na wydarzenia choćby w naszej Ojczyźnie, iż szatan stał się władcą świata, a przywódcy państw kierują się jego duchem. Szatan sieje wszędzie wokół siebie śmierć i demoralizację. Ludzie otaczani są gęstą mgłą ciężkich grzechów rozlanych po całej ziemi. Mimo wielokrotnych ostrzeżeń z nieba nie wracają do Boga, opierają się wezwaniu nieba, nie słuchają głosu Matki Najświętszej. Bluźnią Bogu, żyjąc w błocie grzechów. Idą drogą rozpusty, kłamstwa, zemsty, chciwości, przemocy i terroru. Diabeł wdarł się nawet do Kościoła, który jest poddany teraz ciężkim duchowym próbom.

W licznych objawieniach spotykamy się z Matką Bożą płaczącą i to niejednokrotnie krwawymi łzami. Te łzy są znakiem, aby nas ostrzec i uprzedzić o strasznych wypadkach wiszących nad światem, jeżeli świat się nie nawróci. Są też znakiem, abyśmy wreszcie posłuchali Boga i zaczęli wypełniać Jego wolę. W tym biednym okresie dziejów świata, Bóg zawarł w Różańcu wielki duchowy skarb, wielką moc i jeszcze raz ustami Jana Pawła II przypomina nam, byśmy tego talentu nie zakopali, ale przez modlitwę nieustannie pomnażali jego wartość. Modlić się na Różańcu – to jest bardzo ważne zadanie dla każdego z nas.

Matka Najświętsza w tylu miejscach, gdzie się objawiła prosi nas o Różaniec. Tu chcę przemówić do was Jej słowami. Maryja woła:

Bóg posłał Mnie między was, abym wam pomogła. Jeśli chcecie - przyjmijcie Różaniec. Już sam Różaniec może dokonać cudów na świecie i w waszym życiu. Błogosławię was i pozostanę z wami dopóki taka będzie wola Boża. (25.01.1991)

Pragnę tylko, aby Różaniec stał się dla was życiem. (4.08.1986)

Odmawiajcie Różaniec w gronie rodzinnym, proszę o to. (27.9.1984)

Weźcie różaniec i zbierzcie wokół siebie dzieci i całą rodzinę. Taka jest droga wiodąca do zbawienia. Dawajcie dobry przykład waszym dzieciom; dawajcie dobry przykład tym, którzy nie wierzą… Weźcie różaniec i módlcie się na nim… (2.02.1990)

Wzywam was, byście wszystkich zachęcali do odmawiania Różańca. Różańcem pokonacie wszelkie zło, jakim szatan ma teraz zamiar prześladować Kościół katolicki. Wszyscy księża odmawiajcie Różaniec! (25.06.1985)

Módlcie się. Miejcie zawsze w ręku różaniec. Dla szatana to znak, że należycie do Mnie. (25.2.1988)

Uzbrójcie się przeciwko szatanowi i triumfujcie z różańcem w ręku. (8.8.1985)

Drogie dzieci, pragniecie otrzymać łaski, ale nie modlicie się. Ja wam nie mogę pomóc, gdyż wy nic nie robicie w tym kierunku. Drogie dzieci, wzywam was, żebyście odmawiali Różaniec i żeby Różaniec był dla was obowiązkiem, który będziecie wypełniać z radością. (12.06.1986)

Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać Różaniec. (Fatima 13.10.1917)

W tych słowach nasza dobra Niebieska Matka zwraca się do każdego po imieniu, do nas – wierzących ludzi, którzy przychodzimy tutaj do tej świątyni do Maryi, aby Ją prosić w tylu różnych sprawach. Czy powiemy Maryi — nie? Czy Jej błaganiom o modlitwę różańcową odpowiemy – może jutro. Jutro w modlitwie tzn. nigdy.

Powiedzmy Jej teraz – Tak, Maryjo! Zacznijmy, kontynuujmy modlitwę różańcową w rodzinie, we wspólnotach, w grupach przy parafii. Organizujcie się w Kółkach Różańcowych. Zapisujcie się do nich i módlmy się na Różańcu.

Drodzy bracia i siostry, myślę że nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wielką moc posiada wytrwała modlitwa grup różańcowych. Wiem, że po wyjściu z kościoła szatan zacznie wam głosić swoje kazanie, w którym każdego z was będzie zachęcał do odrzucenia Różańca, a jeżeli już musisz go odmawiać to tylko prywatnie, bez żadnych zobowiązań. Zły wie, że w ten sposób wkrótce przestaniesz go odmawiać.

Podajcie mi moją broń - mówił Ojciec Pio, gdy czuł, że traci siły w walce ze złem. - Tym się zwycięża szatana - wyjaśniał, biorąc do ręki różaniec. Nie rozstawał się z nim nigdy - odmawiał go wiele razy dziennie.

do góry

Pozdrowienie Anielskie

Ks. Wiesław Podlodowski. Fragmenty z wygłoszonego kazania.
Lublin, 3 marca 2000 r.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus.

Od tych słów rozpoczęło się zbawienie świata i trwa dalej. Dzięki Pozdrowieniu Anielskiemu Bóg stał się człowiekiem, Dziewica stała się Matką Boga, dusze sprawiedliwych zostały uwolnione z otchłani, ruiny Nieba zostały odrestaurowane, puste trony wypełniły się, grzech został przebaczony, została dana nam łaska, chorzy ozdrowieli, umarli zmartwychwstali, powrócili wygnańcy, Przenajświętsza Trójca zaniechała swego gniewu, a ludzie otrzymali życie wieczne.

Pozdrowienie Anielskie jest tęczą, znakiem łaskawości Bożej udzielonej światu. Zawiera wiarę i nadzieję patriarchów, proroków i apostołów. Było i jest stałością i siłą męczenników, mądrością doktorów, wytrwałością wyznawców i życiem ludzi świętych. Jest radością aniołów i ludzi, postrachem i zawstydzeniem szatanów.

Pozdrowienie Anielskie jest jedną z najpiękniejszych pieśni, którą my możemy chwalić Boga w Trójcy Jedynego, jest ono także najdoskonalszą pieśnią, którą my możemy zwrócić do Matki Najświętszej.

Św. Matylda (+968) pragnęła wiedzieć w jaki sposób mogłaby najlepiej dać dowód czułości swego nabożeństwa do Matki Bożej. Pewnego dnia została porwana w duchu i zobaczyła Najświętszą Dziewicę: na piersi miała napisane złotymi literami słowa Pozdrowienia Anielskiego. Wiedz - powiedziała jej - córko moja, że nikt nie może uczcić Mnie pozdrowieniem przyjemniejszym od tego, które najczcigodniejsza Trójca do Mnie za pośrednictwem anioła skierowała i którym podniosła mnie do godności Matki Boga. Dzięki słowu "Ave", co znaczy Ewa, pojęłam jak Bóg, w swojej wszechmocy, zachował mnie od każdej plamy grzechu i od cierpień, którym pierwsza niewiasta została poddana. Imię Maryja, co znaczy Pani Światła, wyraża, że Pan Bóg napełnił Mnie mądrością i światłem, abym rozjaśniła, jak świetlana gwiazda niebo i ziemię. Słowa: "pełna łaski" przypominają mi, że Duch Święty wypełnił mnie tyloma łaskami, że mogę udzielić ich z obfitością tym wszystkim, którzy o nie proszą przez moje wstawiennictwo. Gdy mówicie - "Pan jest z Tobą", odnawia się w moim sercu niewypowiedziana radość, jaką odczułam, kiedy wcieliło się we mnie Słowo Boże. Słysząc słowa: "Błogosławiona jesteś między niewiastami" wychwalam miłosierdzie Boże, które mnie wyniosło do tak wielkiego stopnia szczęścia. Kiedy w końcu słyszę: "I błogosławiony owoc Twojego łona, Jezus", całe niebo raduje się, a Ja z nim, widząc Jezusa, Mojego Syna, uwielbionego i chwalonego za to, że zbawił ludzi".

Innym razem św. Gertruda (+1302) ujrzała Jezusa liczącego złote monety. Ośmieliła się Go zapytać: – Jezu, co robisz? Liczę – odpowiedział Jezus – twoje Zdrowaś Maryjo: to jest moneta, jaką nabywa się Moje niebo.

Każde pobożnie odmówione "Zdrowaś Maryjo" zawiera w sobie niepojętą wartość, a dla Matki Bożej jest drogocennym kamieniem, droższym Jej niż wszystkie bogactwa ziemi.

Bł. Alan de Rupe (+1376), któremu wiele razy objawiała się Najświętsza Dziewica, zostawiając między innymi piętnaście obietnic za odmawianie Różańca świętego, tak nas poucza: Jeżeli każdego dnia dałbym ci sto pięćdziesiąt diamentów, chociaż ty byłbyś mi nieprzyjacielem, nie przebaczyłbyś mi? Jeżeli chcesz ubogacić się dobrami łaski i chwały pozdrawiaj Najświętszą Dziewicę, czcij twoją dobrą Matkę. Ona jest naszą matką, przyjaciółką, Królową Wszechświata i kocha nas bardziej niż wszystkie razem matki i oblubienice kochały człowieka śmiertelnego, ponieważ - mówi św. Augustyn - miłość Najświętszej Dziewicy przewyższa miłość naturalną wszystkich ludzi i wszystkich aniołów.

Pobożny i mądry Suarez z Towarzystwa Jezusowego tak bardzo cenił Pozdrowienie Anielskie, że zwykł był mówić: Dałbym chętnie całą moją wiedzę za wartość jednego Zdrowaś Maryjo dobrze odmówionego. Mówił tak, bo wielokrotnie przekonał się jak wielką moc posiada Pozdrowienie Anielskie. Dobrze rozumiał słowa św. Bonawentury: Maryja pozdrawia nas łaską, gdy my pozdrawiamy Ją modlitwą Zdrowaś Maryjo.

Wspomniany bł. Alan przytacza fakt, że pewna zakonnica odznaczająca się nabożeństwem do Różańca, zjawiwszy się po swej śmierci swojej współsiostrze powiedziała jej: Gdybym mogła wrócić do życia, aby mówić tylko jedno Zdrowaś Maryjo, także bez zbytniej gorliwości, zgodziłabym się chętnie znowu na wszystkie bóle wycierpiane przez lata i lata, aby tylko mieć zasługę tej modlitwy!

Temuż bł. Alanowi Maryja objawiła, że wszyscy ci, którzy mają nabożeństwo do tego boskiego pozdrowienia posiadają bardzo wielki zadatek niebieskiego przeznaczenia. Powiedziała również, że prawdopodobnym i bliskim znakiem kary wiecznej, jest zaniedbywać, być oziębłym i gorzej jeszcze - odrzucać Pozdrowienie Anielskie, przez które świat został odbudowany.

Wszyscy heretycy i synowie diabła, którzy noszą widoczne znaki ich potępienia, nienawidzą Zdrowaś Maryjo; nauczą się może Ojcze nasz, lecz Zdrowaś Maryjo nie; woleliby nosić na sobie raczej żmije niż różaniec. Także wśród katolików ci, którzy niestety noszą znamię kary, nie troszczą się o Różaniec; zaniedbują jego odmawianie lub mówią go ozięble i w pośpiechu.

Michał de Lille, biskup Galuzzo, uczeń i kolega bł. Alana przywracając praktykę Różańca Świętego twierdzi, że Pozdrowienie Anielskie odmawiane pobożnie ku czci Najświętszej Dziewicy jest lekarstwem na każde zło.

do góry

Potęga modlitwy różańcowej

Ks. Wiesław Podlodowski. Fragmenty z innego kazania o Różańcu
(źródło art. Jana Bilewicza z Niedzieli 1994 r. i inne).

Różaniec był zawsze ulubioną modlitwą prostego ludu, ale nie tylko, bo odmawiali go także papieże, biskupi, kapłani, królowie i magnaci.

Do czasów Leona XIII (+ 1903) 35 papieży wydało 135 listów apostolskich o Różańcu.

Pius IX (+ 1878) codziennie gromadził cały swój dwór na tej wspólnej modlitwie.

Jan XXIII od wczesnych lat swojego życia odmawiał codziennie trzy części Różańca i podał wiele wskazań na jego temat w swoim liście apostolskim z 1961 r.

Paweł VI wypowiadał się o tej modlitwie w 2 adhortacjach apostolskich i w encyklice "Christi Matri" z 1966 r. Nazwał Różaniec "streszczeniem Ewangelii" i wskazał na "ewangeliczną naturę Różańca", gdyż w jego tajemnicach rozważamy wydarzenia zbawcze z życia Chrystusa Pana i Jego Matki oraz naukę Zbawiciela. Różaniec nie sprzeciwia się liturgii, ale do niej przygotowuje. Jest Ewangelią na co dzień.

Trzeba też pamiętać, że modlitwa różańcowa, upraszająca opiekę Maryi, ustanowiona została także jako ratunek przed nieprzyjaciółmi Kościoła. Historia pokazuje na bardzo wielu przykładach, że w czasach, kiedy zło wzrastało w siłę, Różaniec stawał się najbardziej skuteczną pomocą w licznych niebezpieczeństwach. Mówi nam o tym choćby różańcowy cud pod Lepanto.

Kiedy w 1571 r. potężna w tym czasie Turcja stała się zagrożeniem dla chrześcijańskiej Europy, Ojciec Święty Pius V, dominikanin, wezwał do krucjaty nieustającej modlitwy różańcowej. Wiadomo było, że w przypadku tureckiego zwycięstwa Kościół w Europie zostanie zniszczony. Sułtan Selim poprzysiągł nawet zburzyć Rzym.

Do decydującej bitwy doszło 7 października 1571 r. pod Lepanto u wybrzeży Grecji. Flota turecka znacznie górowała nad chrześcijańską. Admirał Jan z Austrii spędził noc poprzedzającą bitwę na modlitwie. Jego żołnierze przystąpili rano do sakramentu pokuty i przyjęli Komunię św. Walka rozgorzała o 6.00 rano i trwała do 6.00 wieczorem. Ojciec św., przebywający tego dnia w Ogrodach Watykańskich, nagle zwrócił się do towarzyszących mu osób: Dzięki Matce Najświętszej bitwa została wygrana. Na pamiątkę tego wielkiego zwycięstwa i ocalenia Kościoła czcimy 7 października Matkę Bożą Królową Różańca Świętego.

Nikt jednak nie rozumiał tak dobrze swojej epoki, jak papież Leon XIII (+ 1903) i nikt tak trafnie w jego czasach nie potrafił wybiec myślami w przyszłość. Pokłosie zła, które zbieramy w naszych czasach, zasiane zostało przez bezbożnych myślicieli XVIII i XIX wieku.

Jak umocnić wiarę? Jak umocnić inne chrześcijańskie cnoty? Drogę do odrodzenia chrześcijańskiego życia widział Leon XIII w Różańcu św. Prawie każdego roku swojego pontyfikatu pisał encyklikę na temat Różańca św., niestrudzenie wzywając do jego wiernego odmawiania. Różaniec, jeżeli pobożnie odmawiany, przyczynia się do dobra nie tylko poszczególnych osób, ale i całych społeczności - czytamy. Duch modlitwy i praktyka chrześcijańskiego życia są najlepiej zdobywane przez nabożeństwo Różańca Maryi. To ze względu na troskę o wzrost Królestwa Bożego poszukujemy w Różańcu św. najbardziej skutecznej pomocy.

Lekarstwo na zło społeczne jest tak proste, że przyjęcie go staje się wyzwaniem dla naszej dumy. Większość biografów Leona XIII kojarzy jego osobę głównie, jeśli nie wyłącznie, ze społeczną encykliką Rerum novarum, pomijając przy tym fakt, że ten sam Papież napisał encykliki na temat Różańca. Traktuje się je często nie jako ważne przesłanie dla Kościoła, ale jako wyraz prywatnej pobożności Ojca Świętego. Gdyby poważnie potraktowano nauczanie Leona XIII, wiek XX byłby wiekiem stałego wzrostu Królestwa Bożego w świecie, a nie wiekiem wojen światowych i komunizmu.

Objawienia w Fatimie wyraźnie potwierdzają tę tezę. W każdym z nich Matka Boża wzywała do codziennej modlitwy różańcowej, by zapobiec wybuchowi kolejnej wojny i rozprzestrzenianiu się zła komunizmu.

"Zadziwiła świat cudem słońca, aby wszyscy uwierzyli". Trudno nam jednak uczyć się tej prostej lekcji.

Papież Pius XI stwierdził z naciskiem, że nie ma innego lekarstwa na stale wzrastające zło współczesnego świata, jak tylko powrót do Chrystusa i Jego przykazań. Aby go przyspieszyć, Ojciec Święty zaleca Różaniec, jako potężne narzędzie, zmuszające demony do ucieczki, pomagające zdobywać cnoty i osiągnąć pokój między ludźmi.

Papież Pius XII modlił się do Matki Bożej Królowej Różańca św. o powstrzymanie fali pogaństwa i łaskę gotowości w praktykowaniu chrześcijańskiego życia.

Jan XXIII powracał do nauczania Leona XIII: Zainspirowani przykładem Papieża Leona XIII, jeszcze raz zalecamy nauczanie zawarte w Rerum novarum. Przypominamy, że ten wielki Papież często zapraszał świat do odmawiania Różańca św.

Po II wojnie światowej Austria została podzielona na cztery strefy okupacyjne: angielską, amerykańską, francuska i radziecką. Po ludzku oceniając, nie było żadnych szans na zmianę sytuacji. W strefie radzieckiej komuniści nie ukrywali chęci podboju świata i konsekwentnie realizowali swoją politykę, a co gorsza Austria była dla nich łakomym kąskiem ze względu na swe ważne strategiczne położenie. Sowietyzacja części kraju zdawała się nieunikniona.

Jednak austriacki kapłan - o. Petrus przypomniał sobie swojego rodaka - admirała Jana i jego zwycięstwo pod Lepanto. W 1948 r. wezwał do krucjaty różańcowej przeciwko okupantowi. Prosił, aby 10% Austriaków zobowiązało się do codziennego odmawiania Różańca w intencji opuszczenia kraju przez wojska radzieckie. Modlono się przez 7 lat. W rocznicę pierwszego objawienia fatimskiego, 13 maja 1955 r. oddziały okupacyjne poczęły opuszczać Austrię. Posunięcie to zdumiało świat. Nie miała żadnych wątpliwości znana stygmatyczka Therese Neumann (+ 1962) mówiąc: To Różaniec wybawił Austrię!

Różaniec Maryi zdziałał to, czego nie osiągnęli w zbrojnej walce węgierscy powstańcy 1956 r., przypłacając przy tym życiem 25 tysięcy osób.

Juan Donoso Cortés (+ 1853), znakomity pisarz i dyplomata XIX w., napisał: Ci którzy modlą się, czynią więcej dla świata niż Ci, którzy walczą. Jeżeli świat staje się coraz gorszy, to dzieje się tak dlatego, że więcej stacza się bitew niż się modli.

do góry

Przedziwny sekret Różańca Świętego
Tajemnica łaski i zbawienia

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

Wybrane teksty

początek

Spis treści

1. Psałterz Anielski.
2. Pozdrowienie Anielskie.
3. Ci, co nienawidzą „Zdrowaś, Maryjo”.
4. Wzywajcie Matkę Bożą.
5. Rozmyślajcie święte tajemnice Różańca.
6. Skarby uświęcania zawarte w Różańcu.
7. Złudzenia szatańskie.
8. Odmawiaj cały Różaniec.
9. Zasugi Różańca.
10. Za pokutę odmów Różaniec.
11. Czyste serce i Różaniec.
12. Jak odmawiać Różaniec?
13. Kuszenie diabła i odkładanie Różańca.
14. Różaniec odmawiany publicznie.
15. Modlitwa we wspólnocie.
16. Kiedy i jak odmawiać Różaniec?
17. Miejsca odmawiania Różańca.
18. Różaniec trzeba odmawiać z wiarą.
19. Różaniec odmawiaj z pokorą.
20. Módl się z wielką ufnością.
21. Módl się z wytrwałością.
22. Musisz prosić przez długi czas.
23. Korona z Różańca.
24. Przygotuj się na poksy.

1. Psałterz Anielski. Jest rzeczą niewątpliwą, że Różaniec, ponieważ jest złożony z modlitwy Jezusa i z Pozdrowienia Anielskiego – „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”, i z rozmyślania tajemnic Jezusa i Maryi, jest główną modlitwą odmawianą przez wiernych. Forma i metoda, według której jest odmawiany obecnie, wywodzą się z Kościoła i zostały podane przez Najświętszą Dziewicę św. Dominikowi, aby nawrócić heretyków albigensów i grzeszników, w roku 1214, jak to powiem zaraz i jak podaje bł. Alan de Rupe w swojej sławnej książce zatytułowanej „O godności Psałterza Maryi, czyli Różańca św.”.

Św. Dominik, widząc, że grzechy wielu chrześcijan były przeszkodą do nawrócenia albigensów, udał się na puszczę blisko Tuluzy i spędził tam trzy dni i trzy noce na ciągłej modlitwie i pokucie. Jego jęki i płacz, jego umartwienia uderzeniami dyscypliny w celu uspokojenia gniewu Pana, były takie, że padł omdlały. Zjawiła mu się wtedy Najświętsza Dziewica w towarzystwie trzech księżniczek niebieskich i powiedziała mu: – Czy ty wiesz, mój drogi Dominiku, jaką bronią posłużyła się Trójca Przenajświętsza, aby zreformować świat? – Pani moja – odpowiedział Jej – Ty wiesz to lepiej ode mnie: czy nie byłaś właśnie Ty, po Twoim Synu Jezusie, głównym narzędziem naszego zbawienia?

Dodała Najśw. Dziewica: – Wiedz, że najbardziej skutecznym narzędziem walki był Psałterz Anielski, który jest fundamentem Nowego Przymierza: jeżeli więc ty chcesz zdobyć dla Boga zatwardziałe serca, odmawiaj mój Psałterz.

do góry

2. Pozdrowienie Anielskie streszcza najkrócej całą teologię o Najświętszej Dziewicy. Znajduje się w nim chwała i prośba. Chwała obejmuje wszystko, co stanowi wielkość Najświętszej Maryi, prośba o wszystko to, o co mamy Ją prosić i czego możemy oczekiwać od Jej dobroci względem nas. […] Najświętsza Dziewica jest tym szczęśliwym stworzeniem, do którego zostało zwrócone Boskie pozdrowienie w celu załatwienia największej i najważniejszej sprawy w świecie: Wcielenia Odwiecznego Słowa, pokoju między Bogiem i ludźmi, odkupienia rodzaju ludzkiego. Ambasadorem tak szczęśliwej wiadomości był archanioł Gabriel, jeden z książąt Dworu Niebieskiego.

Pozdrowienie Anielskie zawiera wiarę i nadzieję patriarchów, proroków i apostołów. Było i jest stałością i siłą męczenników, mądrością doktorów, wytrwałością wyznawców i życiem zakonników (bł. Alan). Jest nowym Kantykiem Prawa Łaski, radością aniołów i ludzi, postrachem i zawstydzeniem szatanów.

Dzięki Pozdrowieniu Anielskiemu Bóg stał się człowiekiem, Dziewica stała się Matką Boga, dusze sprawiedliwych zostały uwolnione z otchłani, ruiny Nieba zostały odrestaurowane, puste trony wypełniły się, grzech został przebaczony, została dana nam łaska, chorzy ozdrowieli, umarli zmartwychwstali, powrócili wygnańcy, Przenajświętsza Trójca zaniechała swego gniewu, a ludzie otrzymali życie wieczne. Jednym słowem, Pozdrowienie Anielskie jest tęczą, znakiem łaskawości Bożej udzielonej światu (bł. Alan).

do góry

3. Ci, co nienawidzą „Zdrowaś, Maryjo”. Wszyscy heretycy i synowie diabła, którzy noszą widoczne znaki ich potępienia, nienawidzą „Zdrowaś, Maryjo”; nauczą się może „Ojcze nasz”, lecz „Zdrowaś, Maryjo” nie; woleliby nosić na sobie żmije niż różaniec. Także wśród katolików ci, którzy niestety noszą znamię kary, nie troszczą się o Różaniec, zaniedbują jego odmawianie lub mówią go ozięble i w pośpiechu.

I chociaż nie wierzyłbym temu, co zostało objawione bł. Alanowi, wystarczyłoby mi moje doświadczenie osobiste, aby przekonać się o tej strasznej i pocieszającej prawdzie. Nie wiem, a nawet nie widzę jasno, jak to być może, by nabożeństwo pozornie tak mało ważne, było nieomylnym znakiem zbawienia wiecznego, a nieposiadanie go znakiem potępienia. Nic jednakże bardziej prawdziwego, widzimy przecież, jak zwolennicy nowych nauk dzisiejszych – janseniści, potępieni przez Kościół – zaniedbują bardzo, pomimo pozornej ich wielkiej pobożności, nabożeństwo Różańca św. i przykładają się często pod najbardziej udawanymi pretekstami do wytępienia go z umysłu i z serca osób przebywających z nimi. Nie potępiają oni otwarcie, jak to czynią kalwini, Różańca, Szkaplerza, lecz ich sposób postępowania, aby osiągnąć swój cel, jest tym szkodliwszy, im bardziej przebiegły. […]

Moje „Zdrowaś, Maryjo”, mój Różaniec, jest moją ulubioną modlitwą, jest dla mnie pewnym kamieniem porównania, aby odróżnić tych, którzy są prowadzeni przez Ducha Bożego, od tych, którzy są oznaczeni przez złego ducha.

do góry

4. Wzywajcie Matkę Bożą. Jeśli jesteście w nieszczęśliwym położeniu tego, kto jest w grzechu – wzywajcie Matkę Bożą, Jej Zdrowaś, co znaczy: Pozdrawiam Cię z największą pokorą, Ciebie, która jesteś bez grzechu i jego skutków. Ona uwolni was od nędzy waszych grzechów.

Jesteście w ciemnościach niewiedzy lub błędu? Zwróćcie się do Maryi, powiedzcie Jej: Zdrowaś, Maryjo, co znaczy: oświeć mnie promieniami Słońca sprawiedliwości. Ona pozwoli wam uczestniczyć w swoim świetle.

Zagubiliście się? Jesteście poza drogą do nieba? Uciekajcie się do Maryi, powiedzcie Jej: Zdrowaś, Maryjo, co znaczy: Gwiazdo morza, Gwiazdo polarna, Przewodniczko naszego żeglowania w tym świecie. Ona poprowadzi was do portu wiecznego zbawienia.

Jesteście zatroskani? Proście Maryję: Maryja znaczy morze gorzkie, pełne goryczy. Ona była nim pewnego dnia na tym świecie, lecz teraz, w niebie, jest morzem czystych słodyczy. Ona zamieni wasz smutek w radość, wasze troski w pociechy. […]

Czujecie się samotni, jakby opuszczeni przez Boga? Zwróćcie się do Maryi, powiedzcie Jej: Dominus te cum: „’Pan jest z Tobą’ godniej i intymniej niż w sprawiedliwych i świętych, bo Ty jesteś prawie jednym z Nim. Czyż nie jest On może Synem Twoim? Czyż Jego ciało nie jest Twoim ciałem? A ponieważ jesteś Mu Matką, czy może nie jesteś z Panem przez doskonałe podobieństwo i wzajemną miłość?”. Powiedzcie Jej jeszcze: „Najświętsza Trójca jest cała z Tobą, ponieważ jesteś Jej cenną Świątynią”. Ona sprawi, że Pan weźmie was w swą opiekę i będzie was strzegł.

do góry

5. Rozmyślajcie święte tajemnice Różańca. Jezus, Boski Oblubieniec dusz naszych, najsłodszy nasz przyjaciel, pragnie, abyśmy pamiętali o Jego dobrodziejstwach i cenili je ponad wszystko. Doznaje On niezrównanej radości, podobnie Najświętsza Dziewica i wszyscy święci Nieba, kiedy my rozmyślamy z pobożnym uczuciem święte tajemnice Różańca, które są najwyraźniejszymi znakami Jego miłości względem nas i darami najbogatszymi, jakie On kiedyś mógł nam uczynić, ponieważ właśnie z powodu tych darów Najświętsza Dziewica i wszyscy święci cieszą się wieczną chwałą. […]

Jeżeli do ustnego odmawiania dołączy się rozmyślanie świętych tajemnic, Różaniec stanie się ofiarą chwały składaną Bogu za dar odkupienia i pobożnym wspomnieniem cierpienia, śmierci i chwały Jezusa Chrystusa.

Tymczasem jest rzeczą najprawdziwszą, że Różaniec przynosi chwałę i radość niezrównaną Jezusowi, Najświętszej Dziewicy i błogosławionym, a ci nie pragną nic więcej dla naszego wiecznego szczęścia, jak widzieć nas zajętych ćwiczeniem tak chwalebnym dla naszego zbawienia i tak zbawiennym dla nas. […]

Chrześcijanin, który nie rozmyśla tajemnic Różańca, daje dowód nieznajomości Jezusa i okazuje, jak mało szanuje to, co Boski Zbawiciel wycierpiał dla zbawienia świata. Jego zachowanie zdaje się mówić, że nie zna Jego życia, że bardzo mało troszczy się, by poznać to, co Jezus czynił i cierpiał, aby nas odkupić. Taki chrześcijanin powinien obawiać się, że poznawszy Jezusa, a zapomniawszy o Nim, będzie odrzucony przez Niego w dniu sądu tym wyrzutem: „Zaprawdę, powiadam wam: nie znam was” (Mt 25, 12).

do góry

6. Skarby uświęcania zawarte w Różańcu. Nikt nie pojmie nigdy przedziwnych skarbów uświęcenia zawartych w modlitwach i w tajemnicach Różańca. Rozmyślanie tych tajemnic jest dla tego, kto to czyni, źródłem najwspanialszych owoców. Dziś pragnie się rzeczy, które by uderzały, wzruszały, wywierały na nas głębokie wrażenie. Lecz czy istnieje gdzieś w świecie historia bardziej wzruszająca od tej przedziwnej naszego Odkupienia, jaka się jawi przed naszymi oczyma w piętnastu obrazach upamiętniających wielkie sceny życia, śmierci i chwały Zbawiciela świata? Jakie modlitwy są wspanialsze, wznioślejsze od Modlitwy Pańskiej i Pozdrowienia Anielskiego? W nich są zawarte wszystkie nasze pragnienia, wszystkie nasze potrzeby.

Rozmyślanie tajemnic i modlitw Różańca jest modlitwą najłatwiejsczą ze wszystkich, ponieważ różnorodność cnót i stanów Jezusa Chrystusa, nad którymi się rozmyśla, pokrzepia i umacnia przedziwnie ducha, podczas gdy przeszkadza roztargnieniom. Mędrcy znajdują w tych formułach najgłębszą naukę, a prości najbardziej znane pouczenia.

Jest rzeczą konieczną przejść przez to rozmyślanie, zanim się ktoś wzniesie na wspanialszy stopień kontemplacji. Taka jest myśl i rada św. Tomasza z Akwinu, kiedy mówi, że trzeba najpierw trenować, jakby na polu walki, nad zdobyciem wszystkich cnót, których doskonały model znajdujemy w tajemnicach Różańca.

Bowiem właśnie przez rozmyślanie tych tajemnic, mówi uczony Kajetan, zdobędziemy to serdeczne zjednoczenie z Bogiem, bez którego kontemplacja jest czystym złudzeniem, które może tylko wprowadzić dusze w błąd. Jeżeli fałszywi mistycy naszych czasów, kwietyści, posłuchaliby takiej rady, nie upadliby tak bardzo i nie spowodowaliby tyle zgorszeń.

do góry

7. Złudzenia szatańskie. Złudzenie, złudzenie szatańskie, wierzyć, że istnieją modlitwy wspanialsze od Ojcze nasz i Zdrowaś! W odmawianiu tych Boskich modlitw, które stanowią podporę sił i straż duszy, uważam, że nie zawsze jest rzeczą konieczną odmawiać je ustnie i że modlitwa wewnętrzna jest, w pewnym sensie, doskonalsza od słownej; jednak zapewniam was, że jest bardzo niebezpiecznie, by nie powiedzieć szkodliwie, opuścić z własnej inicjatywy odmawianie Różańca, pod pretekstem doskonalszego zjednoczenia z Bogiem.

Dusza o wyrafinowanej pysze i oszukana przez szatana, która wewnętrznie czyni wszystko, co może, aby wznieść się do wysokiego stopnia modlitwy świętych, gardząc jednak i opuszczając swe stare sposoby modlitwy, dobre, jak sądzi, tylko dla dusz zwykłych, jest biedna, zawiedziona. Nie spostrzega się, że sama zamyka sobie oczy na Pozdrowienie i na modlitwy anioła, a nawet na modlitwę ułożoną przez Boga i przez Niego samego praktykowaną i poleconą: „Wy więc będziecie tak się modlili: Ojcze nasz…” (Mt 6, 9) i w ten sposób wpada ze złudzenia w złudzenie, z przepaści w przepaść.

do góry

8. Odmawiaj cały Różaniec. Wierz mi, drogi bracie, nie odstępuj od Różańca; jeśli chcesz osiągnąć wysoko stopień modlitwy, bez obłudy jednak i bez popadnięcia w złudzenia szatana, tak zwyczajne u ludzi pobożnych, odmawiaj, jeżeli możesz, każdego dnia cały Różaniec lub przynajmniej jego część.

Lecz może, za łaską Pana, już go osiągnąłeś. A więc, jeżeli chcesz utrzymać się na nim i postąpić w pokorze, wytrwaj w odmawianiu Różańca św.: nigdy bowiem dusza gorliwa w codziennym odmawianiu Różańca nie będzie formalnie heretycką lub oszukaną przez szatana: to jest twierdzenie, które podpisałbym własną krwią.

Jeżeli Bóg w wielkim swoim miłosierdziu pociąga cię do siebie w sensie odmawiania Różańca tak potężnie, jak to uczynił z niektórymi świętymi, pozwól Mu się pociągnąć, pozwól, aby Bóg działał i modlił się w tobie i odmawiał w tobie na swój sposób Różaniec: to niech ci wystarczy na cały dzień. Jeżeli natomiast jesteś tylko na aktywnej kontemplacji lub zwyczajnej i afektywnej modlitwie spokoju, obecności Bożej, wtedy masz jeszcze mniejszy powód do opuszczania Różańca, przez Różaniec nie cofniesz się w modlitwie i w cnocie: on będzie ci potężną pomocą, prawdziwą drabiną Jakuba, po piętnastu stopniach tej drabiny zdołasz postąpić z cnoty w cnotę, ze światłości w światłość i dojdziesz z łatwością, bez złudzeń, aż do pełni wieku Jezusa Chrystusa. […]

do góry

9. Zasugi Różańca. Aby zachęcić was jeszcze bardziej do podjęcia tego nabożeństwa dusz wielkich, dodaję, że Różaniec, odmawiany z równoczesnym rozmyślaniem jego tajemnic:
* wznosi nas niepostrzeżenie do doskonałego poznania Jezusa Chrystusa;
* oczyszcza nasze dusze z grzechu;
* pozwala nam zwyciężyć wszystkich naszych nieprzyjaciół;
* ułatwia nam praktykę cnót;
* zapala nas miłością Jezusa Chrystusa;
* wzbogaca nas łaskami i zasługami;
* daje nam środki, aby spłacić wszystkie nasze długi zaciągnięte względem Boga i względem ludzi, i w końcu uprasza nam u Boga wszystkie łaski.

Pewnego dnia Najświętsza Dziewica objawiła bł. Alanowi, że po Nawiętszej Ofierze Mszy Świętej, która jest pierwszą i najbardziej żywą pamiątką Naszego Pana, nie ma praktyki ważniejszej i bardziej zasługującej od Różańca św., który jest jakby drugą kommemoracją i przedstawieniem życia i męki Chrystusa.

Jemu też Najświęsza Dziewica powiedziała: „Wiedz, że jakkolwiek są już liczne odpusty udzielone mojemu Różańcowi, Ja ubogacę go jeszcze więcej na każdą pięćdziesiątkę „Zdrowaś, Maryjo” dla tych, którzy będą go odmawiali bez grzechu śmiertelnego i pobożnie na kolanach; każdemu zaś, który wytrwa w odmawianiu go, rozmyślając jego piętnaście tajemnic, uproszę, jako nagrodę za tak dobrą przysługę, aby w końcu życia zostały mu odpuszczone i winy, i kara za wszystkie jego grzechy. Niech ci się to nie wydaje niemożliwym, ponieważ łatwo mi jest to uczynić, gdyż jestem Matką Króla Niebios, Tego, który nazywa mnie Pełną Łaski; jeżeli naprawdę jestem nią wypełniona, mogę ją rozdzielać i udzielę jej obficie moim drogim synom”.

do góry

10. Za pokutę odmów Różaniec. Św. Dominik był tak bardzo przekonany o skuteczności i zasłudze Różańca, że tym, których spowiadał, nie zadawał innej pokuty, jak odmówienie Różańca św. […] Aby iść pewnie śladami wielkiego świętego, spowiednicy powinni również zadawać penitentom jako pokutę Różaniec z rozważaniem świętych tajemnic, zamiast innych pokut, które nie są ani tak zasługujące, ani tak przyjemne Bogu, ani tak skuteczne, by uchronić ich od grzechu, nie mówiąc już, że odmawiający Różaniec uzyskują liczne odpusty, w które nie są tak bogate inne praktyki.

Nie długość, lecz zapał w modlitwie: oto, co podoba się Bogu i zdobywa Jego serce. Jedno „Zdrowaś, Maryjo” odmówione dobrze jest bardziej zasługujące niż sto pięćdziesiąt odmówionych źle.

do góry

11. Czyste serce i Różaniec. Prawie wszyscy chrześcijanie katolicy odmawiają Różaniec lub przynajmniej jakąś dziesiątkę „Zdrowaś”; dlaczego więc jest tak mało tych, którzy poprawiają się ze swoich wad i czynią postępy w cnocie, jeżeli nie dlatego, że nie odmawiają tych modlitw tak, jak się powinno? Zobaczymy więc, w jaki sposób trzeba go odmawiać, aby podobać się Bogu i stać się bardziej świętym.

Kto odmawia Różaniec, powinien być w stanie łaski lub przynajmniej postanowić sobie wyjść ze stanu grzechu. Cała teologia bowiem uczy, że dobre czyny i modlitwy, spełniane w stanie grzechu ciężkiego, są dziełami martwymi, które nie mogą być przyjemne Bogu ani zdobywać zasługi na życie wieczne: w ten sposób trzeba rozumieć to, co jest napisane: „Nie jest piękna pieśń w ustach grzesznika” (Syr 15, 9).

Pieśni chwały i Pozdrowienia Anielskiego oraz samej Modlitwy Pańskiej Pan Bóg nie przyjmuje, jeżeli pochodzi z ust zatwardziałego grzesznika. Te same osoby, które wstępują do moich bractw – mówi Jezus Chrystus – i odmawiają każdego dnia koronkę, czyli Różaniec, bez żadnego żalu za swoje grzechy, czczą Mnie wargami, lecz ich serce jest daleko ode Mnie (Mk 7, 6).

do góry

12. Jak odmawiać Różaniec? Po wezwaniu Ducha Świętego, jeśli chcecie odmówić dobrze Różaniec, stawcie się na chwilę w obecności Bożej, ofiarujcie dziesiątki tak, jak ja to proponuję. Zanim jednak zaczniecie dziesiątkę, zatrzymajcie się przez chwilę, dłuższą lub krótszą, zależnie od czasu, którym dysponujecie, aby rozważyć tajemnicę, która jest w niej zawarta, i proście zawsze przez tę tajemnicę i przez wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy, o jedną z cnót, która bardziej uwidacznia się w tajemnicy i której wy bardziej potrzebujecie.

Uważajcie w szczególny sposób na dwa błędy, które zwykle popełniają prawie wszyscy, którzy odmawiają Różaniec: pierwszy – to bez włożenia jakiejś intencji odmawiam Różaniec tak, że jeżeli ktoś się pyta, dlaczego go odmawiam, nie umiem odpowiedzieć. I dlatego powinniście zawsze mieć na celu przy odmawianiu Różańca jakąś łaskę do uproszenia, jakąś cnotę do naśladowania, jakiś grzech do unikania.

Drugim błędem, jeszcze częstszym, jest zaczynanie Różańca z myślą tylko o tym, aby jak najszybciej go zakończyć. Fakt, który się zdarza, ponieważ uważa się Różaniec za praktykę, która ciąży nam bardzo na ramionach, dopóki go nie odmówimy, szczególnie wtedy, gdy zobowiązaliśmy się do tego w sumieniu, lub gdy został nam zadany jako pokuta, prawie wbrew naszej woli. Wzbudza politowanie fakt, jak wielu odmawia Różaniec źle. Odmawiają go z pośpiechem, nie do wiary nawet zjadają połowę jego słów. Nie chciałoby się z pewnością złożyć w taki niepoważny sposób hołdu ostatniemu ze śmiertelnych, a myśli się, że Jezus i Maryja będą tym uczczeni!

do góry

13. Kuszenie diabła i odkładanie Różańca. Diabeł w swojej przebiegłości zdoła często sprawić, że zostawia się cały Różaniec lub jego część, albo pod najpiękniejszymi pretekstami sprawia, że odkłada się jego odmawianie. Nie słuchaj go, drogi współbracie od Różańca, i nie zniechęcaj się, choćby podczas całego Różańca twoja wyobraźnia była niczym innym jak ciągłym przesuwaniem się najprzeróżniejszych myśli, które ty starałeś się oddalić najlepiej, jak tylko mogłeś, zaledwie jak tylko spostrzegłeś się: twój Różaniec jest tym lepszy, im bardziej zasługujący, tym bardziej zasługujący, im bardziej pracowity, tym bardziej wypracowany, im naturalniej mniej jest przyjemny dla duszy i bardziej utrudniony przez nudne muszki i mrówki, które latając tu i tam, mimo twojej woli, w wyobraźni, nie zostawiają duszy czasu na zasmakowanie tego, co mówi, i rozkoszowanie się pokojem.

Choćbyś miał walczyć z roztargnieniami przez cały Różaniec, walcz odważnie, z bronią w ręku, to znaczy kontynuując odmawianie, chociaż bez smaku i pociech zmysłowych. To straszna walka, lecz jak bardzo zbawienna dla duszy wiernej!

Przeciwnie, jeżeli złożysz broń, to jest zostawisz Różaniec, będziesz pokonany, a diabeł, zwycięzca twojej słabości i który teraz zostawi cię w spokoju, nie zaniedba tego, by w dzień sądu wymówić ci twoją słabość i niewierność: „Kto jest wierny w małych rzeczach, jest wiernym także w wielkich” (Łk 16, 10). Kto jest wierny w oddalaniu najmniejszych roztargnień podczas swojej choćby najmniejszej modlitwy, będzie też wierny w oddaleniu większych; nie ma nic bardziej pewnego; to są słowa Ducha Świętego.

do góry

14. Różaniec odmawiany publicznie. Ze wszystkich sposobów odmawiania Różańca św. najbardziej chwalebnym dla Pana Jezusa, najbardziej zbawiennym dla duszy i którego boi się szatan, jest odmawianie go na sposób psalmów, czyli publicznie.

Pan Bóg kocha zgromadzenia. W niebie zgromadzeni razem aniołowie i błogosławieni śpiewają nieustannie Boską chwałę. Na ziemi zebrani we wspólnotach sprawiedliwi modlą się jednomyślnie dzień i noc. Pan Jezus zalecał wyraźnie swoim apostołom i swoim uczniom modlitwę wspólną, kiedy obiecał im, że zawsze, kiedy dwie lub trzy osoby znajdą się zgromadzone w Jego Imię, On będzie pośród nich. Jakie to szczęście mieć Jezusa w swoim towarzystwie! Aby zdobyć je, wystarczy zgromadzić się, aby odmówić Różaniec.

Nie z innego powodu chrześcijanie pierwszych wieków zbierali się tak często, aby modlić się razem, pomimo prześladowań cesarzy zabraniających zgromadzeń, woleli narazić się raczej na śmierć, niż wyrzec się zebrania, a więc cieszenia się towarzystwem Jezusa Chrystusa. Taki sposób modlenia się jest bardziej zbawienny dla duszy:

1. ponieważ zazwyczaj człowiek jest bardziej uważny podczas modlitwy publicznej niż prywatnej;

2. ponieważ kiedy modlimy się wspólnie, modlitwy poszczególnych osób stają się wspólne całemu zgromadzeniu i tworzą wszystkie razem tę samą modlitwę w ten sposób, że jeżeli ktoś modli się mniej dobrze, dopełnia jego brak ktoś inny ze zgromadzenia, kto modli się lepiej; silny podtrzymuje słabego, gorliwy zapala letniego, bogaty wzbogaca ubogiego, zły jest uważany za dobrego;

3. ponieważ osoba, która odmawia sama Różaniec, ma tylko zasługę swego Różańca, a jeżeli go odmawia z trzydziestoma osobami, ma zasługę trzydziestu Różańców. Takie są prawa modlitwy wspólnej. Jaki zysk! Jaka korzyść!

do góry

15. Modlitwa we wspólnocie. Modlitwa wspólna jest bardziej skuteczna od modlitwy indywidualnej dla złagodzenia gniewu Bożego, wyjednania Jego miłosierdzia; z tego powodu Kościół, prowadzony przez Ducha Świętego, popierał ją zawsze we wszystkich katastrofach i powszechnych klęskach. Papież Grzegorz XIII oświadcza w swojej bulli, że trzeba wierzyć, iż modlitwy publiczne i procesje Braci od Różańca św. przyczyniły się do wyproszenia u Boga wielkiego zwycięstwa odniesionego przez chrześcijan w zatoce Lepanto nad flotą turecką, w pierwszą niedzielę października 1571 r.

Błogosławiony król Ludwik Sprawiedliwy podczas oblężenia La Rochelle, gdzie zbuntowani heretycy mieli swoją twierdzę, napisał do królowej, swej matki, aby zarządziła modlitwy publiczne, aby szczęście sprzyjało jego armii. Królowa zarządziła odmawianie Różańca publicznie w kościele Ojców Dominikanów na przedmieściu św. Honorata w Paryżu, co zostało dokonane na zarządzenie arcybiskupa. Pobożna praktyka rozpoczęła się 20 maja 1628 r.; uczestniczyła w niej królowa-matka i królowa oraz książę Orleanu, kardynałowie de la Rochefoucault i de Berulle, wielu prałatów, cały dwór i niezliczony tłum wiernych.

Po czytaniu, przez samego arcybiskupa, rozważań o tajemnicach Różańca, następowało odmówienie na przemian między Jego Eminencją a zakonnikami z asystą, „Ojcze nasz” i „Zdrowaś”. Po skończonym Różańcu wyruszała procesja z obrazem Najświętszej Dziewicy przy śpiewie litanii. Kontynuowało się tak z przedziwną gorliwością w każdą sobotę. Błogosławieństwo Nieba było bardzo widoczne; król zatryumfował nad Anglikami na Wyspie Królów i mógł ponownie wejść tryumfalnie do La Rochelle w święto Wszystkich Świętych tego samego roku.

do góry

16. Kiedy i jak odmawiać Różaniec? Trzeba odmawiać Różaniec w postawie skromnej, tj. o ile to możliwe, klęcząc; jeżeli jest to niemożliwe z powodu jakiejś choroby, stojąc lub siedząc. Można także odmówić go podczas zajęć, kiedy nie można ich przerwać, bo trzeba spełnić obowiązki swego stanu; nie zawsze bowiem praca ręczna przeszkadza w modlitwie ustnej. Uważam, że dusza nasza, będąc ograniczona w swoich działaniach, kiedy jest cała skupiona na pracy rąk, jest mniej skupiona na pracy ducha, jaką jest np. modlitwa; pomimo to, kiedy to jest konieczne, taka modlitwa nie jest bez wartości w oczach Najświętszej Dziewicy, która bardziej od czynności zewnętrznej patrzy na dobrą wolę serca.

Radzę Wam podzielić Różaniec na trzy różne momenty dnia; lepiej jest go podzielić tak, niż odmówić cały za jednym razem. Jeżeli nie zdołacie znaleźć wystarczającego czasu, by zmówić część, zmówcie jedną dziesiątkę teraz, jedną potem; w ten sposób pomimo waszych zajęć i obowiązków będziecie mogli zmówić cały Różaniec, zanim położycie się na spoczynek.

Naśladujcie w tym wierność św. Franciszka Salezego. Był kiedyś bardzo zmęczony z powodu wizyt biskupów w ciągu dnia, gdy zbliżała się prawie północ, przypomniał sobie, że pozostało mu jeszcze do odmówienia kilka dziesiątków Różańca; uklęknął więc i zmówił, zanim się położył do łóżka, chociaż jego sekretarz, widząc go zmęczonego, sugerował mu różne powody, aby skłonić go do odłożenia tej modlitwy na następny dzień.

do góry

17. Miejsca odmawiania Różańca. Drodzy bracia od Różańca, mieszkacie w mieście lub na wsi, blisko kościoła parafialnego lub kaplicy, idziecie do nich przynajmniej co wieczór za pozwoleniem rektora parafii i w towarzystwie tych, którzy także zechcą przyjść, aby odmówić razem Różaniec. Jeżeli jednak nie macie tej wygody, aby mieć blisko kościół lub kaplicę, czyńcie to samo w waszym domu lub w domu jakiejś znaczniejszej osoby z wioski.

Nie widziało się w tych miejscach i wioskach, zanim została tam ustalona praktyka odmawiania Różańca św., nic prócz tańców, rozpusty, rozwiązłości, nieskromności, przysięgania, kłótni, niezgody. Nie słyszało się nic innego jak tylko nieuczciwe piosenki i słowa dwuznaczne; teraz słyszy się tam tylko pobożne pieśni i psalmodię „Ojcze nasz” i „Zdrowaś”, widzi się tam tylko budujące wspólnoty dwudziesto, trzydziesto, stu i więcej osobowe, które o ustalonej godzinie śpiewają na sposób zakonników pieśni Bogu. W niektórych miejscach nawet jest odmawiany Różaniec codziennie, w trzech różnych godzinach. Jakież błogosławieństwo nieba!

Lecz niestety, jak wszędzie, są tam potępieńcy. Bądźcie więc pewni, że także tam, gdzie wy mieszkacie, nie zabraknie złych, którzy zaniedbają przyjścia na Różaniec, którzy może nawet będą się śmiali z niego, którzy zrobią wszystko, co możliwe, złośliwymi sugestiami i swym złym przykładem, aby przeszkodzić kontynuacji tej świętej praktyki. Wy jednak bądźcie zdecydowani i nie dziwcie się ich sposobem działania. Pewnego dnia ci nieszczęśliwi będą oddzieleni na zawsze od Boga i wyłączeni z Jego nieba.

do góry

18. Różaniec trzeba odmawiać z wiarą, pamiętając słowa Jezusa Chrystusa: „Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie” (Mk 11, 24; Mt 8, 13). Jeżeli potem wśród was jest ktoś, kto potrzebuje mądrości, niech prosi o nią Boga… niech prosi jednak z wiarą, bez żadnej wątpliwości (Jk 1, 5-6). Kto odmawia Różaniec, zostanie mu udzielone, o co prosi.

Trzeba ponadto modlić się z pokorą, jak celnik. Klęczał on na ziemi, nie na jedno kolano lub na ławce, jak pyszni ludzie światowi: stał w głębi kościoła, a nie w sanktuarium, jak faryzeusze; miał oczy pochylone ku ziemi, nie ośmielając się patrzeć w niebo, a nie z głową w górę, patrząc tu i tam jak faryzeusze; bił się w piersi, uznając się za grzesznika i prosząc o przebaczenie: „O Boże, miej litość dla mnie grzesznika” (Łk 19, 13), a nie jak faryzeusz, który modląc się, chwalił się ze swoich dobrych czynów i gardził innymi.

do góry

19. Różaniec odmawiaj z pokorą. Uważaj, by nie naśladować pysznej modlitwy faryzeusza, która go uczyniła jeszcze bardziej zatwardziałym i przeklętym; naśladuj natomiast pokorę celnika, która uprosiła mu odpuszczenie win.

I jeszcze unikaj wszystkiego, co trąci nadzwyczajnością: uważaj, by nie prosić i pragnąć nadzwyczajnej wiedzy, wizji, objawień i innych łask cudownych od Boga danych czasem jakiemuś świętemu, wiernemu Różańcowi. „Sola fides sufficit” – wystarczy sama wiara, teraz, kiedy Ewangelia św. i wszystkie nabożeństwa i praktyki pobożności są wystarczająco ustalone.

Nie opuszczaj nigdy najmniejszej cząstki Różańca w chwilach oschłości, niesmaku, smutku: dałbyś dowód pychy i niewierności. Natomiast jako dzielny naśladowca Jezusa i Maryi, odmawiaj chociaż w oschłości, to znaczy bez widzenia, bez smakowania, bez czucia niczego, „Ojcze nasz” i „Zdrowaś”, rozmyślając najlepiej, jak tylko możesz, tajemnice.

Nie, nie pragnij jak dziecko słodyczy, cukierka, aby zjeść swój chleb powszedni, lecz w celu naśladowania Jezusa konającego właśnie wtedy, gdy poczujesz większą trudność w odmawianiu Różańca, przedłuż odmawianie go i w ten sposób będzie można powiedzieć o tobie to, co jest powiedziane o Jezusie modlącym się w agonii: „modlił się bardziej intensywnie” (Łk 22, 43).

do góry

20. Módl się z wielką ufnością. Na koniec módl się z wielką ufnością, bazując na dobroci i nieskończonej wspaniałomyślności Boga i na obietnicach Jezusa Chrystusa. Bóg jest źródłem wody i wina, które płyną nieustannie do serca tego, kto się modli. Największym pragnieniem Ojca Przedwiecznego w stosunku do nas jest to, aby nam przekazać zbawcze wody swojej łaski i swego miłosierdzia. Woła do nas bowiem: „O wy wszyscy spragnieni, przyjdźcie do źródła” (Iz 55, 1), za pośrednictwem modlitwy; i jeżeli nie modlimy się, żali się, że jest przez nas opuszczony: „Jak opuścili Mnie, źródło wody żywej?” (Jr 2, 13).

Prosząc o łaski Pana Jezusa, sprawiasz Mu przyjemność: przyjemność większą od tej, jaką może dać matce jej własne dziecko. Modlitwa jest kanałem łaski Bożej; za jej pośrednictwem powinniśmy więc czerpać u Bożego źródła.

do góry

21. Módl się z wytrwałością. Do ufności dołączamy wytrwałość. Tylko ten, kto wytrwa w proszeniu, w szukaniu, w pukaniu – otrzyma, znajdzie, wejdzie. Nie wystarczy prosić Pana Jezusa o jakąś łaskę przez miesiąc, przez rok, przez dziesięć lat, przez dwadzieścia lat; nie trzeba ustawać, prosić aż do śmierci i być pewnymi, że się otrzyma to, o co się prosi dla własnego zbawienia, choćby się nawet umarło. Tak, zgodzić się także na śmierć; ta dyspozycja duszy powinna towarzyszyć naszej wytrwałości w modlitwie i naszej ufności Bogu; powinniśmy mówić: „choćby nawet mnie zabił, będę miał ufność w Nim” (Hi 13, 15) i od Niego będę oczekiwał tego, o co proszę.

do góry

22. Musisz prosić przez długi czas. Wspaniałomyślność osób wielkich i bogatych tego świata objawia się w obdarzaniu łaskami osób potrzebujących, wpierw jeszcze, zanim o to poproszą; Pan Bóg natomiast okazuje swoją miłość w tym, że każe nam prosić i szukać przez długi czas łask, które pragniemy otrzymać; co więcej, im bardziej jest cenna łaska, którą chce nam dać, tym więcej opóźnia się z daniem jej. […]

Wytrwaj więc, drogi Bracie od Różańca, w proszeniu Boga przez Różaniec św. o wszystkie łaski duchowe i cielesne, których potrzebujesz, w szczególny sposób mądrości Bożej, która jest skarbem niewyczerpanym! (Mdr 7, 14). I nie wątp, prędzej czy później otrzymasz ją, byleś tylko nie przestał odmawiać Różańca i nie zniechęcił się w pół drogi.

do góry

23. Korona z Różańca. „Aby nikt nie zabrał ci twojej korony” (Ap 3, 11). Uważaj, uważaj, aby ktoś inny – bardziej wierny od ciebie w dobrym odmawianiu Różańca każdego dnia, nie zabrał ci jej. „Twoja korona”: ona była twoja, Pan Bóg przygotował ci ją, ty twoimi Różańcami dobrze odmówionymi w połowie już ją sobie zdobyłeś, lecz potem zatrzymałeś się w drodze, drodze tak pięknej, po której biegłeś tak dobrze (Ga 5, 7). W ten sposób ktoś inny wyprzedził cię, przybył pierwszy, wierniejszy i bardziej pilny od ciebie, swoimi Różańcami i swoimi dobrymi czynami zdobył i zapłacił to, co trzeba, aby mieć twoją koronę.

Kto ci przeszkodził zdobyć twoją koronę Różańca św.? Nieprzyjaciele Różańca, którzy są tak liczni. O, wierz mi: tylko gwałtownicy zdołają przywłaszczyć ją sobie siłą (Mt 11, 12). Ponieważ takie korony nie są dla tych nieśmiałych, którzy obawiają się kpin i gróźb świata; takie korony nie są dla tych leniwych i próżnujących, którzy odmawiają Różaniec niedbale lub w pośpiechu, lub tylko po to, aby móc powiedzieć, że go odmówili, lub tylko od czasu do czasu, kiedy im się zechce; takie korony nie są dla tych wygodnych, którzy się zniechęcają i rzucają broń natychmiast, gdy tylko piekło wybucha przeciw ich Różańcowi.

do góry

24. Przygotuj się na poksy. Jeżeli więc, drogi Bracie od Różańca, myślisz służyć Jezusowi i Maryi odmawianiem codziennie Różańca św., przygotuj się na pokusy. Nie łudź się: heretycy, wolnomyślni, światowi, pobożni połowicznie, fałszywi prorocy, w zgodzie z twoją zepsutą naturą, nie mniej z całym piekłem, będą walczyć z tobą, abyś opuścił tę pobożną praktykę.

Najświętsza Dziewica objawiła bł. Alanowi, że zaledwie św. Dominik zaczął propagować Różaniec św., wszędzie wzbudził się bardzo wielki zapał, nawet młodzi nakładali sobie pokuty nie do wiary, a niezliczeni grzesznicy, nawet najbardziej zatwardziali, wzruszyli się i gorzko opłakiwali swoje zbrodnie, budując potem wszystkich poprawą życia.

Jeżeli więc czujecie, że wasze sumienie jest obciążone winami, weźcie Różaniec, odmówcie jedną jego część ku czci jakiejś tajemnicy życia, męki i chwały Jezusa i bądźcie pewni, że podczas gdy będziecie rozmyślali i czcili te tajemnice, pokaże On Ojcu Niebieskiemu swoje święte rany, wstawi się za wami i uprosi wam żal i odpuszczenie waszych grzechów.

Powiedział pewnego dnia nasz Pan do bł. Alana: „Jeżeli ci biedni grzesznicy odmawialiby często Różaniec, uczestniczyliby w zasługach mojej Męki, a Ja, jako ich Adwokat, załagodziłbym boską sprawiedliwość”.

„Walką jest życie człowieka na ziemi” (Hi 7, 1) i ciągłą pokusą, a walczyć musimy nie przeciw nieprzyjaciołom ciała i krwi, lecz przeciw samym potęgom piekła (Ef 6, 12). W jaką lepszą broń się uzbroimy, aby zwyciężyć je, jak nie w modlitwę, której nauczył nas nasz wielki Wódz: w Pozdrowienie Anielskie, które oddaliło szatanów, zniszczyło grzech i odnowiło świat, oraz w rozmyślanie życia i męki Jezusa Chrystusa, w które, jak poleca św. Piotr (1P 4, 3), jest rzeczą konieczną uzbroić się, jeżeli chcemy zwyciężyć tych samych nieprzyjaciół, nad którymi On sam zatryumfował i którzy napadają również na nas każdego dnia!

do góry

Świadectwa różańcowe

początek

Spis treści

1. Reakcja na modlitwę różańcową.
2. Zakazany Różaniec.
3. Ona przyszła mu z pomocą.
4. Łańcuch różańcowy.
5. Szatan boi się Różańca.
6. Różańcowa rewolucja.
7. Córka Matki Różańcowej.
8. Uzdrowienie było cudowne.
9. Różaniec moją siłą.
10. Ręce oplecione różańcem.
11. Matka Boża wysłuchała mamy.
12. Nie umiem żyć bez Różańca.
13. Dziecko ma żyć.
14. Zatrzymała samochód.
15. Ja wiedziałam, Komu za to dziękować.
16. Matka Boża osłoniła mnie.
17. Modliłam się o jego ocalenie.
18. Nie było żadnych szans.
19. Ocalenie podczas bombardowania.
20. Towarzyszył mi Różaniec.
21. Pojednał się z Bogiem.
22. Choroba już się nie powtórzyła.
23. Przeżyłam dzięki modlitwie.
24. Różaniec modlitwą pokoleń.
25. Moja ulubiona modlitwa.
26. Siła różańca.
27. Synowie szli na akcję.
28. Wstawaj, idź i mów.
29. Zwycięska siła Różańca.
30. Błagałam o ratunek.
31. To były prorocze słowa.
32. Różaniec był ocaleniem.
33. Różaniec z peregrynacji.
34. Wymodlony dar życia.
35. Miałam w kieszeni różaniec.
36. Mąż wrócił do pełni sił.
37. Zaczęłam gorąco się modlić.
38. Cudowne ocalenie.
39. Cud ocalenia.
40. Modlitwa ma ogromną moc.
41. Mam siłę do dobrych czynów.
42. Ratunek przed zdradą małżeńską.
43. Jest wpisany w moje życie.
44. Modliłam się na Różańcu.
45. Uratowała nas Matka Boża.
46. Różaniec daje mi wszystko.
47. Dziękujemy za ocalenie życia.
48. On jedyny ocalał.
49. Choroba o. Kolbe i Różaniec.
50. Weźcie te ziarenka.
51. Różaniec drogą do nieba.
52. Różaniec ocalił życie.
53. Niech pan wyrzuci różaniec.
54. Bóg nas wysłuchał.

1. Reakcja na modlitwę różańcową. Stałem kiedyś w kolejce w markecie za człowiekiem, który miał na sobie wytatuowane demony, cały był wytatuowany w znaki satanistyczne itd., tak że nawet szyja była wytatuowana i przyszła mi na myśl jedna sprawa, by zacząć odmawiać różaniec. I włożyłem rękę do kieszeni nałożyłem na palec różaniec i zacząłem go odmawiać w głowie, po prostu modlić się za tego człowieka.

Po 3 zdrowaśce ten człowiek dostał szału, rzucił zakupy o posadzkę z rozmachem tak, że jogurty i piwa się porozbijały i wyszedł nerwowo ze sklepu.

Nigdy wcześniej nie widziałem takiej reakcji na modlitwę różańcową i nigdy później już takowych eksperymentów nie robiłem, bo po prostu bałem się zemsty szatana.

Nie jestem święty i nie jestem też przesadnie stary by można nazwać mnie mocherem, ale od tamtej pory nawet idę spać z różańcem tzn. zakładam go na palec lub przynajmniej jest w zasięgu mojej ręki.

A już na pewno nie ma mowy bym kiedy tylko rano wstanę nie miał przy sobie różańca. Wszędzie, w każdych spodniach, nawet w roboczych, w pracy mam poświęcony różaniec i nawet kiedy zmieniam ubranie sprawdzam po kilka razy czy przełożyłem różaniec do nowego czystego ubrania.

Nie traktuje tego jak talizmanu, ale różaniec pod ręką naprawdę potrafi rozwiązać naprawdę zawiłe problemy a już na pewno, gdy do noszenia dołączymy modlitwę od czasu do czasu.

Dziś mogę powiedzieć, że co najmniej 1 raz zawdzięczam mu życie, i to nie było moje spostrzeżenie, ale uwaga człowieka, który wyznaje Allacha, całkowicie mi obcego którego nigdy wcześniej ani nigdy później już nie spotkałem. A który zatrzymał się, by udzielić mi pomocy i podwiózł mnie po wszystkim swoim autem.

Jego słowa po obejrzeniu wraku auta którym miałem wypadek. Pokazał palcem na wiszący na lusterku przedniej szyby różaniec i powiedział: "nie zapomnij zabrać tego bo tylko dzięki temu żyjesz".

Z całego auta została tylko przednia szyba na której wisiał różaniec nawet bez jednego pęknięcia i fotel na którym siedziałem. Wyszedłem z auta o własnych siłach bez najmniejszego zadrapania, a niemiecka gazeta regionalna uznała moje wyjście z wypadku cało za tak niewiarygodne, że opisała to dodając stosowne zdjęcia wraku auta.

do góry

2. Zakazany Różaniec. 2024.01.02. W Wielkiej Brytanii odmawianie Różańca stanowi przestępstwo. Przekonała się o tym Livia Tossici-Bolt, którą wraz z koleżanką zatrzymano przed kliniką aborcyjną za odmawianie modlitwy różańcowej w milczeniu. Jednak funkcjonariusze oskarżyli je o „zastraszanie i nękanie” i kazali opuścić teren mimo ich pokojowego zachowania i przestrzegania prawa. Brytyjska obrończyni życia wystąpiła z tym do sądu i przegrała w sądzie, dowiadując się przy tym, że jej modlitwa stanowiła „nękanie” (kobiet, które chcą zabić swoje dzieci!!!).

do góry

3. Ona przyszła mu z pomocą. Działo się to w latach pięćdziesiątych na Podkarpaciu. W jednej z wieśniaczych zagród syn gospodarzy, Janek, żegnał się z rodzicami przed wyjazdem do szkoły w mieście. Ojciec przypomniał chłopcu, by zawsze postępował zgodnie z tym, czego nauczył się w domu i w kościele. Matka natomiast wyjęła z komody różaniec, na którym od lat modliła się cała rodzina. Podała go Jankowi i powiedziała: „Przekazuję ci, synku, ten skarb rodzinny, odmawiaj go codziennie, a Maryja będzie twoją niezawodną Opiekunką i drogą do Chrystusa". Chłopiec ucałował ręce matki i różaniec, włożył go do kieszeni i ruszył w drogę.

Choć Janek po raz pierwszy znalazł się w mieście, w innym środowisku i w innej atmosferze, nie zapomniał o radach rodziców. Różaniec stał się jego stałą modlitwą. Dobrze czuł się w szkole, był pilnym uczniem. Gdy więc przyjechał do domu na wakacje, rodzice dumni byli nie tylko z jego dobrych wyników w szkole, ale także z pogłębionego nabożeństwa do Matki Bożej Różańcowej.

W drugim roku nauki, wiosną, klasa Janka pojechała na wycieczkę w Bieszczady. Chłopcy wędrowali po górach, a potem zatrzymali się na odpoczynek. Jak zwykle żartowali i prześcigali się w najdziwniejszych pomysłach. Janek chciał wdrapać się na najwyższą sosnę. Przy tych ewolucjach z jego kieszeni wypadł różaniec. Zszedł więc z drzewa, by go podnieść.

Różaniec w dłoniach ucznia nie spodobał się nauczycielowi komuniście, który zaczął drwić i wyśmiewać się z, jak go nazwał, dewociarza. Janek nie umiał znieść wyśmiewania i pogardy, którą słyszał w głosie nauczyciela. Przez chwilę jakby zmagał się ze sobą, potem zaś gwałtownym ruchem odrzucił różaniec w krzaki.

Od tego dnia zmienił się nie do poznania. Zazwyczaj wesoły i pogodny, teraz stał się ponury i zamyślony. Przestał pisać do rodziców, stronił od kolegów, opuszczał się w nauce.

Na kolejne wakacje nie pojechał już do domu, odwiedził kuzyna na ziemiach odzyskanych. I tam pozostał. Rzucił szkołę, zaczął pracować, zerwał kontakty z rodziną. Wciąż jednak nie mógł znaleźć spokoju ducha. Myślał, że gdy założy własną rodzinę, odzyska radość życia. Zamiast tego jednak popadł w alkoholizm.

Pewnego wieczoru pijany przewrócił się na drodze, przeleżał na mrozie całą noc i zachorował na zapalenie płuc, które rozwinęło się w gruźlicę. Stan Janka pogarszał się. Wkrótce stało się jasne, że jego życie dobiega końca. Widząc stan chorego, pielęgniarka pobiegła na plebanię po księdza. W zastępstwie proboszcza do umierającego przyszedł młody kapłan, który przyjechał z Lublina. Jednak chory nie chciał z nim rozmawiać. W niemym uporze odwrócił się do ściany. Wtedy ksiądz wyjął różaniec i wraz z pielęgniarką zaczął go odmawiać. Słowa modlitwy musiały poruszyć falę wspomnień, bo po chwili Janek zainteresował się modlitwą. Gdy zobaczył różaniec, twarz mu się rozjaśniła, wyciągnął rękę i wykrzyknął: - „Mój! Mój!". Zdziwiony kapłan podał mu paciorki, a on całował je i płakał nad swoim życiem. Potem zaś opowiedział swoją historię.

„To prawda - potwierdził ksiądz. - Sześć lat temu wędrowałem po Bieszczadach. Potknąłem się o korzeń i upadłem, a wtedy moja dłoń przykryła leżący w krzakach różaniec. Zabrałem go ze sobą i odtąd nigdy się z nim nie rozstawałem. Po roku gorliwej modlitwy różańcowej odkryłem w sobie powołanie do kapłaństwa. Bracie mój, czy nie widzisz, że to Matka Najświętsza przysłała mnie do ciebie, żebyś odzyskał spokój sumienia i łaskę u Pana?".

Po latach wewnętrznych zmagań Janek odzyskał spokój. Kurczowo trzymając różaniec, spowiadał się szczerze, z głębokim żalem. Przyjął wiatyk, a po krótkiej modlitwie wyszeptał: „Jestem gotów, mogę spokojnie umrzeć". Podał księdzu adres rodziców, prosząc o ich powiadomienie i przekazanie rodzinnego różańca.

Janek umarł. Najświętsza Maryja Panna Różańcowa przyszła mu z pomocą w chwili śmierci, wyprosiła łaski Chrystusowe, ażeby z Nią mógł odmawiać Różaniec w niebie.

Zaufajmy Maryi, odmawiajmy Różaniec, a Ona nigdy nas nie opuści.

Abp Bronisław Dąbrowski. Różaniec 1\2003

do góry

4. Łańcuch różańcowy. Hrabia de Morgenae, człowiek bardzo zacny i szlachetny, mieszkał w pięknym pałacu w swoich rozległych posiadłościach. Miał on dwie córki, które bardzo kochał, ale bardzo mało się nimi zajmował, gdyż po śmierci żony, zmarłej po ośmiu latach pożycia małżeńskiego, powierzył wychowanie i edukację swych córek guwernantce, która na szczęście, będąc osobą cnotliwą, umiała wszczepić zasady moralne i pobożność w serca swych wychowanek.

Hrabia, choć bardzo cenił religię, nie zachowywał jednak jej praktyk. Pod tym względem istniał rozdźwięk pomiędzy nim a córkami, które niezmiernie bolały nad religijną obojętnością ojca. Nigdy wprawdzie nie zwierzyły się z tym bólem przed swą zacną nauczycielką, ta jednak odgadywała je doskonale.

Pewnego dnia nauczycielka zrobiła panienkom następującą propozycję:

- Czy nie zechciałybyście, byśmy zawiązały między sobą łańcuch wytrwałej i nieustającej modlitwy o nawrócenie osoby najdroższej naszemu sercu? Otóż, drogie moje, codziennie jedna z nas rano, druga w południe, a trzecia wieczorem odmówi w tej intencji cząstkę Różańca Świętego.

- Panienki z radością przyjęły tę propozycję. Trzy pobożne serca zrozumiały się wzajemnie, przez cztery lata modliły się w ten sposób, nie wymawiając nigdy imienia osoby, za którą się modlą. Lecz łączyła je jedna myśl: wyprosić nawrócenie hrabiemu de Morgenae.

- Ach! Z tymi kobietami! - mówił hrabia. - Ciągle są zatopione w swoich haftach, łańcuchach i łańcuszkach.

Trzy panie uśmiechnęły się łagodnie, a hrabia dalej palił swoją ulubioną fajkę, nie domyślając się niczego. Kobiety nazwały „łańcuchem" tę modlitwę gorącą, nieustanną i cichą. A czyż ta nazwa nie odpowiada najlepiej Różańcowi Maryi?... Czyż nie był to prawdziwy łańcuch wiążący ziemię z niebem? Hrabia de Morgenae nie przypuszczał nawet, że tak poważne myśli zajmowały jego córki i zacną nauczycielkę. Jednak Bóg przyłożył siekierę do tego zatwardziałego korzenia.

Pewnej niedzieli hrabia skończył właśnie swą toaletę i ku wielkiemu zdziwieniu pań udał się do kościoła na Mszę Świętą. Nie okazały one jednak na zewnątrz żadnego zdziwienia i usilnie pokrywały uczucie radości wyrywające się z ich serc. Jakiś czas potem hrabia de Morgenae wziął udział w rekolekcjach prowadzonych w parafii przez jednego zakonnika z Zakonu Kaznodziejskiego. Wreszcie na Wielkanoc przystąpił do Stołu Eucharystycznego, przy którym nie widziano go już od trzynastu lat.

Łańcuch różańcowy przyprowadził znowu jedną duszę do Boga; dusza ta była martwa, lecz odzyskała życie. Ileż to razy łańcuch różańcowy, wytrwale odmawiany, powrócił Bogu zbłąkane dusze!

Różaniec 2\2003

do góry

5. Szatan boi się Różańca. Pragnę podzielić się z Czytelnikami „Różańca" tym, co przeżyłem pewnego czerwcowego popołudnia. Wydarzenie, które poniżej opisuję, uzmysłowiło mi i moim kolegom, jak wielką moc ma odmawianie Różańca i jak skuteczna to broń przeciwko szatanowi.

Jest niedzielne popołudnie. Wraz z moimi kolegami Sławkiem i Jarkiem jedziemy do seminarium. W Dęblinie czekamy na pociąg do Łukowa. Każdy zajęty swoimi sprawami; jedni wracają z imienin, inni chyba z wesela, jeszcze inni z pracy...

Wreszcie jest nasz pociąg. Zajęliśmy miejsca w jednym z przedziałów. Nic nie zapowiadało zbliżającej się burzy. Między przedziałami stali dwaj nietrzeźwi mężczyźni, którzy zaczęli dokuczać kobietom jadącym w pociągu.

Po kilkunastu minutach dostrzegli, że jesteśmy w przedziale. Z pewnością nie zwróciliby na nas uwagi, gdyby nie to, że mieliśmy sutanny. Podchodzą, siadają nieopodal i zaczynają coś mamrotać po pijanemu. Oczywiście zignorowaliśmy ich, bo wiadomo, że z pijanymi nie ma żadnej dyskusji. Ich natarczywość jednak wzmagała się. Sytuacja z każdą minutą stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. W końcu nasi nietrzeźwi pasażerowie zaczęli używać nieprzyzwoitych słów, z ich ust padały obelgi pod adresem księży, Kościoła... Ludzie w przedziale zamilkli, zapewne ciekawi, w jaki sposób księża wybrną z tej sytuacji, której nie sposób dalej ignorować. Spokojnie zaczęliśmy tłumaczyć, że takie zachowanie i słownictwo w miejscu publicznym człowiekowi nie przystoi, tym bardziej, że słuchać tego muszą kobiety i dzieci. Jednak nie trzeba być prorokiem, by domyśleć się, że te starania niewiele dały. Co było robić? - myślimy. Zrodziła się w nas chęć, by im ręcznie wytłumaczyć, jak powinni się zachowywać. Jednakże sutanna... Sytuacja wydawała się beznadziejna. I właśnie wtedy, gdy wyzwiska stały się najgorsze, Sławek występuje z propozycją:

- Słuchajcie, ci ludzie są opętani, pomódlmy się za nich.

Wyjęliśmy różańce i mówimy:

- Teraz będziemy modlić się w waszej intencji, aby Pan Bóg wyrwał was z sideł szatańskich. Możecie modlić się z nami.

W przedziale zapanowała cisza, a my zaczęliśmy głośno wspólnie odmawiać Różaniec. Nasi krzykacze zmieszali się, jeden z nich - ten bardziej trzeźwy - próbował nawet wydobyć z siebie słowa modlitwy. Przy „Zdrowaś, Maryjo” bardziej agresywny mężczyzna zerwał się z miejsca, głośno krzycząc:

- Przestańcie, zostawcie mnie, co wy robicie, wariaci!...

Potem uciekł w głąb pociągu, trzymając się za głowę, stale coś krzycząc.

Po raz kolejny uświadomiliśmy sobie, jak ogromną moc ma modlitwa różańcowa. Była to pamiętna lekcja, dzięki której Pan Bóg nas tyle nauczył. Bo przecież różaniec w naszych rękach to nie tylko złączone paciorki, to przede wszystkim ogromna moc wstawiennictwa Maryi.

Ks. Andrzej Wisio. Różaniec 2\2003

do góry

6. Różańcowa rewolucja. Od 1965 do 1986 r. dyktatorskie rządy na Filipinach sprawował Ferdinand Marcos. W 1972 r. wprowadził on obowiązujący do 1981 r. stan wyjątkowy, na mocy którego zawieszono wszystkie prawa obywatelskie, zlikwidowano partie polityczne, a media podporządkowano władzom. W tym czasie w kraju trwały prześladowania przeciwników politycznych dyktatora. W wyniku prześladowań m.in. aresztowano 60 tys. osób. W międzyczasie dyktator obsadził swoimi krewnymi i przyjaciółmi wszystkie urzędy w administracji państwowej, gospodarce i armii. Na czele opozycji stał wówczas Benigno Aquino, który w sierpniu 1983 r. został zamordowany tuż po powrocie z emigracji w USA. Jego śmierć stała się impulsem do przemian, których szczytowym momentem było odsunięcie w lutym 1986 r. Marcosa od władzy...

W lutym 1986 roku zbuntowali się żołnierze w koszarach na przedmieściach Manili. Wiedzieli jednak, że nie mają żadnych szans. Marcos bowiem zdecydował się do pacyfikacji buntu użyć czołgów. Wtedy to ludzie zwrócili się z pomocą do ks. kard. Jaime Sina, arcybiskupa Manili. Kardynał zamknął się w swej kaplicy na długiej prywatnej modlitwie. Kiedy wyszedł, przez katolickie radio wezwał Filipińczyków do obrony swoich braci. Dnia 22 lutego 1986 roku w ciągu kilku godzin na wiodącej do koszar alei Objawienia się Świętych znalazło się 2 miliony osób. Przyszli całymi rodzinami z różańcami w rękach. Czuwali kilka dni. W dniu 25 lutego na alei pojawiły się zmierzające do zbuntowanych koszar czołgi Marcosa. Ruszyły wprost na tłum. Wtedy to ludzie uklękli naprzeciw nich i podnosząc w górę różańce, zaczęli się głośno modlić. Niespodziewanie czołgi zatrzymały się tuż przed wspólnotą. Po chwili żołnierze wyszli spod pancerzy i przyłączyli się do modlitwy... Marcos próbował jeszcze rozpędzić tłum przy użyciu gazu. Również ta próba nie powiodła się. Wiatr niespodziewanie odwrócił kierunek, rozpraszając tumany gazu... Przy pomocy różańca Filipińczycy odnieśli historyczne zwycięstwo. Tak skończyły się rządy Marcosa.

Nasz Dziennik, 24 stycznia 2003

do góry

7. Córka Matki Różańcowej. Było to w latach 40. ubiegłego stulecia, niedługo po zakończeniu wojny. To, co chcę opisać, przydarzyło się bratu mojej mamy i jego żonie. W 1939 r. został zmobilizowany w Kowlu, gdzie mieszkał z żoną i dwiema córkami, z których młodsza miała kilka miesięcy, a starsza 2 lata. Los rzucił ciocię wraz z dziećmi do Sopotu, gdzie wujek odnalazł je po powrocie z oflagu. Żyli biednie, jak wówczas wszyscy, starali się o mieszkanie i środki potrzebne do życia. Po pewnym czasie okazało się, że ciocia znalazła się w stanie błogosławionym, co ogromnie ją zmartwiło. Natomiast wuj bardzo się ucieszył. Niestety, z przerażeniem usłyszał, że żona nie chce urodzić tego dziecka, uzasadniając to biedą i trudnościami życiowymi.

Nie pomagały prośby: "Kochanie, chcę być od początku przy wychowywaniu dziecka, starsze dziewczynki przez kilka lat chowały się beze mnie. Będę świadkiem pierwszego uśmiechu, usłyszę pierwsze słowa: mama, tata". Jako dalszy argument wuj przytaczał ówczesną ustawę zabraniającą tzw. aborcji. Mówił, że trzeba sporo pieniędzy, aby lekarz podjął się tzw. zabiegu, gdyż groziła za ten czyn kara, a ich sytuacja finansowa była bardzo ciężka.

Mimo próśb i argumentów żona nie ustępowała. W końcu z ciężkim sercem zdobył pieniądze i odnalazł lekarza, który za wysoką opłatą podjął się zabicia dziecka. Umówili się co do terminu i miejsca. Gdy nadszedł ten dzień, oboje ubrali się i wyszli na przystanek tramwajowy. Na dworze była typowa marcowa pogoda, padał śnieg z deszczem i dął zimny wiatr. Gdy przybyli na przystanek, zauważyli, że tramwaju dawno nie było. Ludzie chodzili tam i z powrotem skuleni, zmarznięci, zdenerwowani. Tłum gęstniał, a tramwaj nie nadjeżdżał. Oboje wujostwo milczeli - on smutny i zrozpaczony, ona zdenerwowana, przytupywała nogami obutymi w cienkie pantofle, ręce schowane w zarękawek. Spacerowała, cały czas przytupując skostniałymi nogami. Nagle poczuła coś ostrego pod cienką podeszwą trzewika, a ponieważ mocno ją zabolało, pochyliła się, aby zobaczyć, co to takiego. Krew uderzyła jej do głowy. Spod bucika, z topniejącego śniegu i błota, wydobyła różaniec. Szybko ukryła rękę z różańcem w mufkę i zwróciła się do męża: "Wracamy". Nie czekając, ruszyła w kierunku domu. Zdziwiony wuj, nie rozumiejąc, co się stało, pośpiesznie udał się za żoną. Cieszył się w duchu, że zrezygnowała z poddania się tzw. aborcji. W domu ciocia oznajmiła, że urodzi dziecko. Pokazując różaniec, powiedziała: "Dziękujmy Matce Bożej".

Po kilku miesiącach urodziła się trzecia córka, którą oboje bardzo kochali i nazywali "córką Matki Różańcowej".

Krystyna z Kłobucka. Nasz Dziennik 27-28 września 2003.

do góry

8. Uzdrowienie było cudowne. Pochodzę z rodziny wierzącej i praktykującej. Moje odkrycie modlitwy różańcowej nastąpiło w 1970 roku, kiedy bardzo potrzebowałam pomocy i wsparcia kogoś bliskiego. Mama była daleko, mieliśmy troje małych dzieci, pracowaliśmy zawodowo.

Mąż, którego bardzo kochałam, zachorował ciężko i przebywał w szpitalu w Warszawie, mając zapewnioną opiekę lekarską. I to było wszystko, co mógł zrobić człowiek kochający drugiego człowieka. Opiekowała się mężem pani profesor i bardzo troskliwy personel. Mimo to czas uciekał i każda chwila życia była po prostu darem. I z tej wielkiej troski o zdrowie męża, świadoma niemocy ludzkiej, nagle zdałam sobie sprawę, że przecież jest ratunek u kolan Matki Najświętszej. Nie miałam przy sobie ziemskiej matki, ale była Ona - Maryja, czuła i troskliwa. I uchwyciłam się modlitwy różańcowej, jednocząc swoje serce z Sercem Maryi. To było wielkie wołanie o ratunek. Wysyłałam do Niej swoje SOS, bo pomoc była potrzebna natychmiast. Nie musiałam nawet długo czekać, bo wkrótce nastąpiła poprawa zdrowia mojego męża.

Po sześciu tygodniach pobytu w szpitalu, zabierając męża do domu, poszłam podziękować pani profesor. Odpowiedziała, że to nie jest jej zasługa, że uzdrowienie było cudowne. Wtedy zrozumiałam, że moja modlitwa została wysłuchana. Mąż powoli doszedł do zdrowia, wychowaliśmy dzieci, doczekaliśmy się wnuków, a wszystko zawdzięczamy modlitwie różańcowej.

Irena z Elbląga. Nasz Dziennik, 24 września 2003.

do góry

9. Różaniec moją siłą. Pochodzę z rodziny, w której kult Matki Bożej i umiłowanie modlitwy różańcowej były szczególnie żywe. W każdą niedzielę i święto kościelne mój ojciec śpiewał rano Godzinki ku czci Najświętszej Maryi Panny, a mama w każdą sobotę wieczorem, klęcząc wraz z całą rodziną, odmawiała różaniec.

Różaniec towarzyszył mi przez całe życie, pomagał znosić ciężkie doświadczenia i zachować wiarę, że dzięki wstawiennictwu Matki Bożej można pokonać wszystkie przeciwności.

Wojna, rok 1939. Od listopada 1939 r. byłem w konspiracji na Suwalszczyźnie; każdej nocy odmawiałem cząstkę Różańca Świętego.

W połowie maja 1943 r., po opuszczeniu z konieczności Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie, wracałem ranny i chory na teren Suwałk. Idąc przeważnie nocą przez sześć tygodni, ciągle modliłem się z różańcem w ręku. Nie byłem już zdolny do walki i konspiracji w szeregach Armii Krajowej.

W lipcu 1943 r. nocą zostałem schwytany przez gestapo w domu rodzinnym na obrzeżu Suwałk. Gestapowcy pobili nas kolbami: mnie, mamę i ojca. Okaleczonego i skutego syna mama żegnała znakiem Krzyża i modlitwą "Pod Twoją obronę".

W gestapo w Suwałkach i Tylży w czasie ciągłych tortur półprzytomny błagałem Boga o ratunek. Henryk Poźniak z Leszczewa, współwięzień, udzielał na ile mógł pomocy, znacząc na moim czole znak Krzyża Świętego.

Później znalazłem się w więzieniu "Neumban" w Królewcu. Tam mój wielki przyjaciel, wspaniały Polak, więzień polityczny, rodem ze wsi Dubowo I koło Suwałk, śp. Wacław Piekarski wręczył mi po kryjomu na korytarzu więziennym wykłutą na kawałku papieru igłą czy gwoździem Litanię do Najświętszej Marii Panny. Poprosił, bym ją stale odmawiał, bo to mnie uratuje. Wykonywałem jego polecenie.

W obozie koncentracyjnym Stutthof - mój numer obozowy 44687, zostałem ciężko pobity w głowę przez lagerpolizei, a następnie cudem dostałem się do rewiru obozowego - szpitala. Od grudnia 1944 r. razem z grupką więźniów Polaków odmawiałem w ukryciu Różaniec - do czasu ewakuacji obozu 15 stycznia 1945 r.

Latem 1947 r. przebywałem w Ciechocinku. Gdy w kościele uklęknąłem do spowiedzi, spowiednik prosił mnie: "Pamiętaj, nie zmarnuj swoich cierpień, przyjdź jutro w niedzielę na Mszę Świętą, którą będę sprawował, westchnę za ciebie do Pana Boga". Brat tego kapłana zginął w tym samym obozie.

Jako student II roku Uniwersytetu Mikołaja Kopernika jesienią 1948 r. zostałem uwięziony przez UB w Toruniu. Przetrzymywano mnie w bardzo ciężkich warunkach, chorowałem. Nie traciłem nadziei, modliłem się, odmawiałem Różaniec, posługując się palcami u rąk.

To wielki skrót moich cierpień i trwania na modlitwie, dzięki której żyję już 82 lata. Wierzę, że ratunek dla Polski nadejdzie z Nieba dzięki sercom uczciwych Polaków.

Zygmunt Przekop, Augustów. Nasz Dziennik, 20-21 września 2003.

do góry

10. Ręce oplecione różańcem. Urodziłam się w rodzinie, w której wartości chrześcijańskie zakorzenione były od pokoleń, a modlitwę różańcową odmawiali codziennie wieczorem moi wspaniali rodzice wraz z moją młodszą siostrą i ze mną. Modliliśmy się na klęczkach, z pokorą oddając cześć Bogu i Maryi.

W październiku rodzice wraz z nami chodzili do pięknej miejscowej świątyni na Nabożeństwa Różańcowe. Krewni ze strony mamy i ojca również często uczęszczali na Nabożeństwa Różańcowe. Szczególny kult modlitwy różańcowej miały moje babcie, które w świątecznych regionalnych strojach ludowych cały październik uczestniczyły w modlitwach różańcowych. Wieczorem ich ręce oplecione były różańcem. Postawy moich rodziców i krewnych - m.in. umiłowanie modlitwy różańcowej - procentowały przez całe moje życie.

Jako kilkuletnie dziecko zachorowałam na chorobę Heine-Medina i sześciokrotnie leżałam w szpitalu, w którym przechodziłam poważne operacje chirurgiczne. W dużej, piętnastoosobowej sali szpitalnej jako dziesięcioletnie dziecko zainicjowałam codzienną wspólną modlitwę różańcową przy pełnej akceptacji dzieci tak samo jak ja pokrzywdzonych przez los. Pół wieku temu medycyna nie znała tak jak obecnie środków uśmierzających ból, toteż dzieci przywożone z bloku operacyjnego bardzo cierpiały, ale nawet w tym stanie potrafiły się wspólnie modlić. Naszą ulubioną modlitwą był różaniec. Każde dziecko miało go ze sobą. Z perspektywy przeżytych lat oczyma wyobraźni widzę siebie i inne dzieci modlące się w szpitalnej sali i jestem przekonana, że właśnie modlitwa różańcowa koiła ból fizyczny i psychiczny chorych dzieci.

W szkole podstawowej miałam wspaniałego katechetę, ks. proboszcza Wiktora Wojtka, który zachęcił dzieci do modlitwy różańcowej. W szkole średniej również ks. dr Jerzy Gutry i ks. Antoni Szymała potrafili w sposób wyjątkowy mówić o mocy modlitwy różańcowej. Studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim umożliwiały mi m.in. kontemplację modlitwy różańcowej w zaciszu pięknych świątyń lubelskich - w katedrze, w kościele OO. Jezuitów, w kościele akademickim.

Moja mama codziennie uczestniczyła we Mszy św., a wieczorem modliła się na różańcu; latem w ogródku, a zimą w zaciszu pokoju.

Zarówno mama, jak i ojciec nigdy nie rozstawali się z różańcem, zawsze nosili go ze sobą. Jak sami mawiali, różaniec chronił ich od złego i dodawał siły wewnętrznej. W czasie wojny, na froncie, w pracy, w domu, w ostatnich latach ich życia, w szpitalu różaniec miał dla nich szczególne znaczenie.

Ojciec, mimo że zajmował wysokie stanowisko w ministerstwie, na wszelkie nakłanianie go do wstąpienia do partii wyjmował różaniec i mówił do nagabujących, że może ich nawrócić tym właśnie różańcem, który jemu pozwala godnie żyć.

Przed swoją śmiercią, która nastąpiła przedwcześnie, (ojciec zmarł w wieku 60 lat, mama - 62), zarówno ojciec, jak i mama życzyli sobie, by w trumnie ich ręce oplecione były różańcem, i tak się stało.

W czasie kilkakrotnych pobytów w ośrodku rehabilitacji w Reptach zawsze widziałam chorych w różnym wieku, z różnym stopniem niesprawności, w kaplicy modlących się na różańcu.

Najbardziej jednak wzruszający był widok mojej przyjaciółki Ewy Kliszki, opiekującej się ukochaną córeczką Zuzią, która w wieku czterech lat uległa wypadkowi samochodowemu, w wyniku czego zapadła w śpiączkę. Paluszki Zuzi były dla Ewy koralikami żywego różańca, na których modliła się do Maryi, prosząc Ją o siły w znoszeniu cierpienia, które znajdowało się poza granicami skargi, gdyż dotknęło jej ukochanego dziecka, które niczym sobie nie zasłużyło na tak okrutny los. Kiedyś w kaplicy reptowskiej Ewa dała świadectwo swej głębokiej wiary, wyznając przy wszystkich zgromadzonych, że czuje obecność Matki Bożej, która codziennie umacnia ją w znoszeniu tego przepastnego cierpienia. Zuzia do dnia dzisiejszego nie odzyskała świadomości, ma czternaście lat, ale codzienna modlitwa różańcowa Ewy i jej mamy Oli - babci Zuzi, pozwalają im godnie znosić niełatwy los.

Jedna z moich przyjaciółek Henia Żydzik mając dwa latka, straciła matkę. Trójkę nieletnich dzieci wychowywał ojciec. Henia obecnie ma troje własnych, wykształconych dzieci, pięcioro uroczych wnuków i codziennie odmawia modlitwę różańcową, jeśli nie w kościele, w którym codziennie uczestniczy we Mszy św., to w domu. Jej głęboka wiara i szczególny kult Maryi, jak sama wielokrotnie mi mówiła, pozwalają jej godnie żyć i pokonywać wszystkie trudności. Jej głęboka religijność wyraża się w codziennym życiu. Potrafi - poza rodziną - pomagać innym. Sama doznaję często jej pomocy. Najstarsza siostra Heni od wielu lat porusza się przy pomocy wózka inwalidzkiego. Henia znajduje dla niej czas i serce, a we wszystkich jej działaniach pomaga jej m.in. modlitwa różańcowa.

Mój serdeczny kolega z okresu studiów, ks. prałat Henryk Korża, od dwunastu lat prowadzi dom dla ludzi uzależnionych od alkoholu, a w terapii z nimi, jak sam mi niedawno wyznał, ogromną rolę odgrywa modlitwa różańcowa.

Przykładów mocy modlitwy różańcowej mogłabym podawać bardzo wiele. Sądzę jednak, że te podane przeze mnie mają swoją wymowę i w sposób syntetyczny oddają moc modlitwy różańcowej w moim życiu, w życiu moich bliskich i przyjaciół.

dr Krystyna Sajdak. Nasz Dziennik, 13-14 września 2003.

do góry

11. Matka Boża wysłuchała mamy. Jako 10-letni chłopiec doskonale zapamiętałem nasz dramat rodzinny we wsi Dźwinogród k. Buczacza wiosną 1943 roku. Moja siostra Anastazja miała wówczas 16 lat i została jako jedyna ze wsi skierowana przez władze ukraińsko-niemieckie do pracy przymusowej w III Rzeszy. Rodzice wnieśli odwołanie, ale nie odniosło skutku.

Pamiętam, że we wsi było dużo wojska niemieckiego, a także Ukraińcy z band UPA. W obawie przed nimi nie mogliśmy spać, baliśmy się własnego cienia.

Kiedy siostra otrzymała wezwanie do Buczacza, odprowadziliśmy ją na punkt zbiorczy. Żegnaliśmy Anastazję z wielkim bólem i płaczem. Najwięcej płakała mama - po nocach modliła się na różańcu, na szyi nosiła szkaplerz, który otrzymała w 1930 roku. Często klękała przed obrazem Matki Bożej i gorąco się modliła, powtarzając: "Matko Nieustającej Pomocy, wysłuchaj mojej prośby i pomóż wrócić mej córce Anastazji do naszego domu rodzinnego, do chaty pod strzechą, w której się urodziła 27 maja 1927 r., w miesiącu Maryjnym, najpiękniejszym miesiącu maju - Twoim miesiącu kwiatów...".

Aż wreszcie niespodziewanie po trzech tygodniach Anastazja w nocy puka do okna. "Proszę otworzyć - to ja, Nastka".

Ojciec otworzył drzwi, siostra weszła do izby: głodna, brudna i strasznie zmęczona. Przywitała się z nami. Wszyscy płakali z radości. Mama powiedziała głośno: "Matka Boża nas wysłuchała - modlitwa pomogła...".

Nastka zaczęła opowiadać, że była już we Lwowie razem z innymi osobami zabranymi na roboty. Zaprowadzili ich do jakiegoś obozu dla internowanych. Przy bramie był posterunek, na warcie stał niemiecki żołnierz. Gdy odwrócił wzrok w drugą stronę, Anastazja swobodnie przeszła przez bramę. Na ulicach było już ciemno, chodziły patrole niemieckie, ale siostry nikt nie zaczepiał - była małą dziewczynką, ubraną po wiejsku, w żółtej chustce na głowie. Kiedy opuściła Lwów, poszła drogami polnymi w kierunku Tarnopola, bo wiedziała, że to jest miasto wojewódzkie. Po drodze spotykała Polaków, którzy dawali jej jeść: zupę, mleko, chleb. Była w Skałacie, Kopyczyńcach, Husiatynie, Czortkowie, aż po dwóch tygodniach dotarła do Buczacza. W ten sposób pieszo, czasem na jakiejś furmance, dotarła do Dźwinogrodu.

Do Świąt Wielkanocnych 1944 roku siostra nie wychodziła z domu. Trzeba było ją ukrywać przed sąsiadami... Takie były losy małej bohaterki, mojej siostry Anastazji. Dziś ma 76 lat i mieszka na ziemi lubuskiej.

Kazimierz Kulas. Nasz Dziennik, 10 września 2003.

do góry

12. Nie umiem żyć bez Różańca. Pragnę podzielić się moim osobistym świadectwem, dla mnie niezwykłym.

Różaniec, z którym się teraz nie rozstaję, był przywieziony przez moją siostrę Halszkę Brodzińską z Jasnej Góry i tam poświęcony. Był odmawiany przez moją bardzo chorą Mamę razem ze mną gorliwie w intencji Ojca Świętego i naszych trudnych spraw. W roku 1999, we wtorek, 16 lutego, w przeddzień Środy Popielcowej w mieszkaniu mojej Mamy wybuchł pożar. Pokój spalił się doszczętnie. Ale z pogorzeliska ocalał nasz różaniec - drewniany, na niteczce nawlekany. Ja uważam to za cud i znak, że wiara i Bóg są najważniejsze i niezniszczalne. Różaniec następnie został poświęcony, pobłogosławiony przez ks. prałata Józefa Hassa, proboszcza parafii św. Michała w Warszawie, oraz ks. prałata Józefa Romana Maja, proboszcza parafii św. Katarzyny w Warszawie - gdzie na cmentarzu pochowana jest Mama, która, niestety, zmarła na skutek odniesionych poparzeń.

Ten Różaniec daje mi niesamowitą siłę i moc i pomaga przetrwać najcięższe chwile, a życie mi ich nie szczędzi; przypomina mi również, że dla mojej Mamy - Weroniki Popienia - wiara i polskość były najświętsze i zapłaciła za nie wielką cenę w czasie okupacji sowieckiej i niemieckiej oraz na swoich trudnych drogach życia.

W styczniu 2003 roku zostałam brutalnie napadnięta koło swojego domu. Bandzior usiłował mi wyrwać torebkę, w której był mój różaniec. Stoczyłam z nim walkę prawie na śmierć i życie, i proszę sobie wyobrazić, że wygrałam i ocaliłam mój różaniec, a różaniec ocalił mi życie. Nadeszli ludzie i spłoszyli bandziora. Wierzę w wielką moc modlitwy różańcowej i odmawiam różaniec każdego dnia. Nie umiem bez niego żyć.

Ewa z Warszawy

do góry

13. Dziecko ma żyć. Wzrastałam w rodzinie, gdzie odmawiano różaniec święty. Dziadek należał do Męskiego Koła Żywego Różańca. A u babci raz w miesiącu moja mama prowadziła Żywy Różaniec dla kobiet. Jestem w posiadaniu książeczki "O rozważaniach różańcowych", która być może ma 80 lat. Jako dziecko nie rozumiałam zbyt dobrze znaczenia słów tej modlitwy, nawet pamiętam, że mówiłam do mamy, że to my musimy się modlić sami, a nie prosić Matkę Bożą, aby się za nami modliła. Byłam skarcona za takie mówienie, gdyż mamusia powiedziała: tak jest napisane i tak mamy się modlić (nie była wykształconą osobą). Otrzymałam od mamy różaniec na dorosłe życie. Wyszłam za mąż za człowieka, który nie był wychowany w takiej wierze jak ja. Ale dzięki mojej modlitwie na różańcu świętym zrozumiał, jaki jest sens tej modlitwy.

Urodziłam dwóch synów. Stan wojenny - znowu jestem w ciąży - i tu zaczął się mój dramat. Nie ustawałam w modlitwie różańcowej. Środowisko, w którym pracowałam, można powiedzieć, że i bliższa rodzina, byli za zabiciem dziecka. Trwała moja wewnętrzna walka dobra ze złem. "O co będę prosić później Matkę Bożą, jeżeli dokonam takiej zbrodni?" Moja mama już wówczas nie żyła. Przyśniła mi się z wielkim różańcem w dłoniach, od nieba aż do ziemi, i wyrzekła te słowa: "Powiedz wszystkim ludziom, że jest to jedyna droga do zbawienia". To była dla mnie odpowiedź. Dziecko ma żyć. To dziecko - syn Kamil - ma dziś 21 lat, studiuje ochronę środowiska na Uniwersytecie Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Matce Najświętszej z całego serca dziękuję, że ocaliła to życie właśnie poprzez rodzinną modlitwę różańcową.

Janina z Konstancina-Jeziorny

do góry

14. Matka Boża zatrzymała samochód. Jestem emerytką od ośmiu lat. W młodym wieku zdarzało mi się czasami odmówić Różaniec Święty. Nigdy nie potrafiłam nauczyć się tajemnic Różańca św. Od 8 lat słucham Radia Maryja. Z Radiem zaczęłam codziennie, chociaż jeden raz, odmawiać tę modlitwę. Nauczyłam się bez trudu wszystkich tajemnic na pamięć. Od kwietnia należę do Żywego Różańca. W lipcu 2003 r. jechałam samochodem. Ja prowadziłam. Na tylnym siedzeniu siedziała wnuczka (12 lat) i wnuczek (4 lata). Na przednim siedzeniu, obok mnie, siedziała synowa - matka tych dzieci. W pewnym momencie cofałam. Nie widziałam rowu (nieoznakowany) głębokości ok. 3 m i szerokości też ok. 3 m. Wjechałam w ten kanał tyłem. W pewnym momencie samochód zatrzymał się. Kiedy wysiadłam, żeby zobaczyć, co się stało, to mało nie dostałam zawału serca. Pół samochodu wisiało nad przepaścią. Teraz mogę z całą mocą powiedzieć, że to był cud, że nie wpadliśmy do tego kanału. To Matka Boża zatrzymała samochód z dziećmi, synową i mną. To Ona uratowała nas od tragedii, do której mogło dojść. Panowie, którzy wyciągali dzieci wiszące nad przepaścią i samochód, nie wierzyli własnym oczom, że tak się to szczęśliwie zakończyło. Wszyscy wyszliśmy cali i o dziwo samochód nie był wcale uszkodzony.

Teraz jestem pewna, że to ręka Matki Najświętszej zatrzymała samochód z nami. Matuchno Najświętsza, dziękuję Ci za uratowanie dzieci i nas.

Od tego wypadku mój mąż zaczął ze mną codziennie wieczorem odmawiać Różaniec św. wraz z Radiem Maryja.

Jadwiga z Cegielni

do góry

15. Ja wiedziałam, Komu za to dziękować. Mam pięćdziesiąt dwa lata, różaniec odmawiam od najmłodszych lat. Cokolwiek działo się w moim życiu dobrego czy złego, w ręku był zawsze różaniec, był on moją deską ratunku.

Pewnego dnia w roku 1983 nasza czteroletnia córeczka dostała bardzo wysokiej temperatury i silnych torsji. Myślałam, że to zwykłe zatrucie pokarmowe i wezwałam do domu lekarza. Pani doktor po bardzo skrupulatnym badaniu stwierdziła u dziecka zapalenie opon mózgowych. Bardzo się zdenerwowałam. Nad naszym łóżkiem wisi obraz Matki Bożej, cały czas spoglądałam na ten obraz i błagałam o zdrowie dla naszej córeczki, odmawiając różaniec. Pani doktor wypisywała w tym czasie skierowanie do szpitala. Ja wciąż odmawiałam różaniec i błagałam Maryję, aby wyprosiła u swojego Syna zdrowie dla naszego dziecka. Dziś nie pamiętam, czy mówiłam: "Panie, niech się stanie Twoja wola", ale modliłam się i ufałam Matce Najświętszej. Po przybyciu do szpitala zabrano dziecko na badania, a nam kazano czekać. Ja wciąż się modliłam.

Po około 30-45 minutach pani doktor przyniosła dziecko i oświadczyła, że dziecko jest zdrowe, owszem, trochę odwodnione. Trzeba mu zatem podawać dużo płynów i obserwować. Po powrocie do domu córeczka zasnęła, a po kilku godzinach w środku nocy obudziła się, domagając się jedzenia. Nakarmiłam ją, po czym zasnęła spokojnym snem.

Rano przyszła pani doktor, zbadała jeszcze raz dziecko i również stwierdziła, że jest zdrowe. Powiedziała, że wczorajsza diagnoza, którą postawiła, była w 100% prawidłowa i pewna jest, że wszystkie badania wskazywały na to, że dziecko jest chore na zapalenie opon mózgowych. Po chwili dodała, że nie wie, co się stało, że z medycznego punktu widzenia nie potrafi wytłumaczyć, jak to się mogło stać. Ale za to ja dokładnie wiedziałam, Komu mam dziękować za okazaną łaskę zdrowia dla mojego dziecka.

Dziękuję Ci, Matko Najświętsza, za łaskę uzdrowienia dla mojej córki Agnieszki.

Aniela z Warszawy. Nasz Dziennik 8-9 listopada 2003.

do góry

16. Matka Boża osłoniła mnie swym płaszczem… W kwietniu 1945 po wejściu Rosjan do miasta Neubrandenburg, w którym pracowałam, przeżyłyśmy ze współtowarzyszką niedoli - Polką - chwile grozy. Byłyśmy osamotnione i zdane na łaskę pijanych, zdziczałych żołnierzy radzieckich. Pamiętam, jak dziś, słowa oficera: Dat' jest' i pit', siem na odnu, a patom razstrelat' kak sobaki!. Moja współtowarzyszka płakała, ale wypełniała rozkazy oficera. Ja oddałam się w opiekę Panu Bogu. Byłam przygotowana na rozstrzelanie. Wolałam bowiem zginąć niż być pohańbiona. Uklękłam w pokoju, gdzie nas umieszczono i od północy do czwartej nad ranem odmawiałam bez przerwy Różaniec święty - wszystkie jego części - i powtarzałam je wiele razy.

Oficer radziecki wielokrotnie w tym czasie wchodził do nas, świecił mi w oczy latarką i ze złością powtarzał: "Co ty modlisz się? Ty wierzysz w Boga? Boga nie było, nie ma i nie będzie - to wszystko bajki!" - lecz nie śmiał nas dotknąć. O godzinie czwartej nad ranem wszyscy żołnierze otrzymali rozkaz odjazdu. Cud! - byłyśmy ocalone!

Przypomniałam sobie sen sprzed tych wydarzeń: oto Matka Boża osłania mnie swoim płaszczem przed czarną chmurą idącą od wschodu...

Regina z Sochaczewa

do góry

17. Modliłam się gorąco na różańcu o jego ocalenie. Po długiej tułaczce na obczyźnie w 1991 roku wróciliśmy z mężem do kraju i zamieszkaliśmy w Poznaniu. Wkrótce odwiedziliśmy moją rodzinną parafię w Lutogniewie. W czasie wielkiego odpustu złożyliśmy w tym pięknym sanktuarium, jako wotum dziękczynne, hebanowy różaniec - pamiątkę z Ziemi Świętej. To modlitwa różańcowa, którą jako młoda dziewczyna odmawiałam od września 1939 roku w intencji mojego narzeczonego - błękitnego chłopca, rycerza przestworzy, jak wówczas nazywano lotników - ocaliła go. Walczył w kampanii wrześniowej, a potem brał udział w bitwie o Anglię. Każdego dnia modliłam się gorąco za niego na Różańcu. Tylu ich wtedy, młodych, ginęło. Matka Boża wysłuchała mnie. Mój narzeczony ocalał. Potem został moim kochanym mężem. Niedawno przed śmiercią w jednym z wywiadów mój śp. mąż wypowiedział te znamienne słowa: "W czasie walk powietrznych różne bywały chwile, więcej lub mniej niebezpieczne, które udało mi się przeżyć. Wiele zawdzięczam duchowej modlitewnej więzi codziennie odmawianego Różańca w mojej intencji przez moją narzeczoną, obecnie ukochaną żonę Władysławę".

Władysława z Poznania

do góry

18. Nie było żadnych szans na ratunek, a jednak… Z całego serca dziękuję Matce Najświętszej za cudowne uzdrowienie mojej matki z ostrego zapalenia trzustki w 1961 roku. Pomimo stosowania wszystkich dostępnych wówczas metod leczenia stan chorej z dnia na dzień się pogarszał i po kilkunastu dniach był agonalny. Od początku choroby mama odczuwała straszliwe bóle utrzymujące się dzień i noc. Nie pomagały nawet najsilniejsze leki przeciwbólowe. Nie było żadnych szans na wyleczenie. W czasie trwania choroby mamy odmawiałem, prosząc o jej uzdrowienie tak często, jak tylko mogłem, Różaniec Święty lub tylko powtarzałem modlitwę Zdrowaś, Maryjo. Modlitwy moje zostały wysłuchane. Matka Najświętsza uzdrowiła moją mamę. Stał się cud. Uzdrowienie było natychmiastowe. Lekarze leczący mamę byli zdumieni i nie potrafili tego wytłumaczyć. Przecież jeszcze poprzedniego dnia mama była umierająca. Nagle bóle ustąpiły zupełnie. Mama już po kilku dniach opuściła szpital na własnych nogach, a po kilku następnych zaczęła wychodzić do miasta i robić zakupy.

Tadeusz z Bydgoszczy

do góry

19. Ocalenie podczas bombardowania. Było to w roku 1942. Miałam osiemnaście lat, gdy mnie wywieziono do Niemiec. Zawieziono nas do lagru, w którym było osiemdziesiąt Rosjanek, a nas, Polek - sześćdziesiąt. Pracowałyśmy w fabryce po dwanaście godzin. Płacili nam miesięcznie 2 marki. Cały czas byłyśmy zamknięte i pilnował nas wachman z karabinem, żebyśmy nie uciekły. Pracowałyśmy od szóstej do osiemnastej. Każdego dnia odmawiałyśmy Różaniec. Rosjanki się z nas śmiały, że się modlimy, my na to jednak nie zwracałyśmy uwagi. Pewnego razu w czasie bombardowania jedna z bomb zapalających spadła nad salą, gdzie były Rosjanki, zrobiła dziurę w dachu, suficie i podłodze, wpadła do kotłowni, ale nie eksplodowała. Rosjanki, jak umiały, tak się żegnały i już nigdy się z nas nie wyśmiewały, tylko mówiły, że bomba dlatego nie eksplodowała, ponieważ Polki się modliły.

W mieście tym było wiele fabryk i lagrów, ale ocalała tylko ta jedna i tylko nasz lagier - w innych wszyscy żywcem się spalili.

Zdzisława z Wiśnicza Małego. Nasz Dziennik, 19 listopada 2003.

do góry

20. Odkąd pamiętam, towarzyszył mi Różaniec. Moi ukochani rodzice - wcześniej niż abecadła - nauczyli mnie kochać Maryję świadectwem swego życia. Śpiewaliśmy wspólnie Godzinki ku Jej czci i pieśni związane z rokiem liturgicznym. Zdobiliśmy kwiatami ołtarzyk Niepokalanej. Przeżywaliśmy gorliwie Jej święta przygotowane dziecięcymi i młodzieńczymi wyrzeczeniami. Mamusia, przodując w tej sztuce, potrafiła wraz z ojcem pościć w każdą wigilię świąt Maryjnych, mimo że post nie obowiązywał. I nas, dziewiątkę swych dzieci, zagrzewała do tej praktyki dyskretną zachętą. Od najmłodszych lat nauczyłam się odmawiać Różaniec, modląc się razem z rodzicami i rodzeństwem. A potem na wszystkich etapach życia i aż dotąd stał się moim nierozłącznym przyjacielem.

Wychowywałam się na wsi - w Kożuchowie Wielkim, powiat Sokołów Podlaski. Do szkoły miałam daleko. W wyprawach po wiedzę towarzyszył mi zawsze Różaniec.

Było to w latach okupacji niemieckiej. We wrześniu 1941 roku rozpoczęłam naukę na tajnych kompletach w Gimnazjum Księży Salezjanów w Sokołowie Podlaskim, które oni prowadzili ze świeckimi pedagogami z narażeniem życia własnego i uczącej się młodzieży. Miałam wówczas trzynaście lat. Warunki nauki były bardzo trudne ze względu na okupację i niełatwe warunki materialne. W dodatku - na progu mojej edukacji - zmarł niespodzianie tatuś. Aby móc się uczyć, musiałam codziennie przemierzać pieszo około dziesięciu kilometrów w jedną stronę, gdyż dla bezpieczeństwa lekcje odbywały się w różnych punktach miasta. Zajęcia odbywały się w godzinach popołudniowych, a nawet wieczornych. Do domu wracałam około godziny 21, po blisko dwugodzinnym marszu. Jesienią była to już noc. W zimowych miesiącach mieszkałam na stancji. Na długiej trasie czyhały różne niebezpieczeństwa. Na szczęście nic mi się nie przydarzyło, choć drogę tę przemierzałam codziennie przez pięć lat. W dodatku byłam nieprzeciętnie strachliwa. Nocą bałam się wyjść poza próg domu. W pierwszym dniu mojej wyprawy po wiedzę do Sokołowa przeżyłam w tym względzie wewnętrzny przełom. Dokonało się to dzięki modlitwie różańcowej. Niezapomniany był to powrót!

Pierwsze zwiastuny nocy zastały mnie na drugim kilometrze przebytej drogi. Ludzie zeszli z pól. Byłam sama - tylko z Aniołem Stróżem i z różańcem w kieszeni. Złowrogie myśli i przywidzenia budziły strach w mojej wyobraźni. Wylękniona i bezradna usiadłam na przydrożnym kamieniu, szlochając. Jak ja dojdę do domu? Drogi nie ubywało! Zapadała ciemna noc, usypiająca ziemię i przyrodę. Nagle, w głębi duszy usłyszałam tajemniczy głos: "Dlaczego siedzisz? Bierz różaniec do ręki i śmiało idź!". Zrozumiałam, że Matka Najświętsza pójdzie ze mną i uchroni od wszelkich lęków i niebezpieczeństw. Sięgnęłam więc po koronkę. Serce zabiło radością i odwagą. Jakby mi u nóg wyrosły skrzydła! Przesuwając różańcowe ziarna, zaczęłam biec. Szybko i ze spokojem pokonałam groźny, długi las. Kilometry wydały mi się krótsze. Po godzinnej i szczęśliwej wędrówce byłam bliska celu. Wtem w blasku poświaty księżyca spoza wzgórza wyłoniła się postać niewieścia. Któż to? Odważnie szłam naprzód, odmawiając Różaniec. Nagle stanęłam jak wryta! O Boże! Mamusia! Kochana mama - także z różańcem w ręku. Utrudzona dniem znojnej pracy w polu wyszła zatroskana na spotkanie swojego dziecka. Do tego jest zdolna tylko matka! Przyciskając mnie do serca, rzekła: "Dziecko, tak bardzo martwiłam się o ciebie, myśląc, jak ty wrócisz, więc posłałam ci Anioła Stróża. Prosiłam Matkę Bożą, by cię przyprowadziła bezpiecznie. Wiem bowiem, jak ty boisz się ciemności..." To chyba ten Anioł Stróż poderwał mnie do dalszej drogi pod opieką Różańcowej Pani. Wzruszona odpowiedziałam z entuzjazmem: "Niech mamusia nie martwi się o mnie. Zanim odmówiłam wszystkie Różańce i koronki, których mnie nauczyłaś, mamo - bezpiecznie i bez lęku przemierzyłam całą drogę". Od tego dnia nocne strachy odstąpiły ode mnie. Z Różańcem - z tą skuteczną bronią - przewędrowałam bezpiecznie aż pięć lat. Również na kompletach i w czasie łapanek nie wpadłam w ręce Niemców, za co groził Oświęcim... A bywało różnie!

s. Genowefa ze Węchowej

do góry

21. Pojednał się z Bogiem. Szwagier mojego męża był ciężko chory. Choroba postępowała coraz bardziej, był słaby. Jego żona i bracia proponowali mu, aby poprosić księdza z olejami świętymi, ale on nie chciał nawet o tym słyszeć, bardzo się złościł. Odwiedzałam tę rodzinę kilkakrotnie. Po pewnym czasie wzięłam medalik Matki Bożej, zawiązałam kokardkę z niebieskiej wstążeczki i poszłam do nich. Brat chorego był także i półgłosem zapytał jego żonę: "A jak z księdzem?". Ona tylko ruchem głowy dała znak, że nie chce księdza, że nie daje się namówić. Zobaczyłam, że brat chorego spogląda na zegarek, gdzieś się spieszy. Zapytałam, czy nie ma jeszcze chwili czasu, poprosiłam, żeby jeszcze chwilę został. Wzięłam przygotowany medalik, pocałowałam, dałam do pocałowania choremu i przypięłam mu do piżamy, następnie wzięłam różaniec.

Modliliśmy się wszyscy, chory też trzymał rękę na medaliku. Po modlitwie wybrałam się do domu, żona chorego z płaczem wyszła za mną, a ja powiedziałam: "Teraz jest najlepsza chwila, niech brat jedzie po księdza". Chory się zgodził. Matka Boża pomogła. Jeszcze zabrali go do szpitala. Po paru dniach umarł. Ksiądz, który był u niego i odprawiał pogrzeb, w paru słowach pożegnania mówił o chorym, że zmarł jak katolik, że w czasie spowiedzi obaj płakali. Dzięki Matuchnie Bożej i Różańcowi Świętemu niech dostąpi wiecznego odpoczynku.

Zofia z Żarowa. Nasz Dziennik, 25-26 października 2003.

do góry

22. Choroba już się nie powtórzyła. Jak wiele łask można otrzymać dzięki modlitwie różańcowej i jak potężna jest ta modlitwa - przekonałam się wiele lat temu. W Roku Różańca Świętego chcę dać swoje świadectwo. Chcę je przekazać zwłaszcza tym, którzy na różańcu się nie modlą, żeby uwierzyli, że modlitwą różańcową można uprosić wszystko nawet wtedy, kiedy nie ma już żadnej nadziei.

Syn w wieku osiemnastu lat zaraz po maturze zachorował na padaczkę. Był to wielki cios dla mnie, dla męża i dla rodziny. Miał podjąć studia, był taki zdolny, a straszna choroba przekreśliła wszystko. Padaczka miała bardzo ostry przebieg (bywały dwa lub trzy napady i kilkanaście małych dziennie). Jeden ze znakomitych neurologów postawił przerażającą diagnozę, że następuje nieodwracalny zanik szarych komórek mózgu. Załamani wróciliśmy do domu, a ja zrozpaczona, ślepa od łez, poszłam do kościoła i modliłam się przed Ukrzyżowanym Jezusem. Doznałam ogromnej łaski. Pan Jezus pomógł mi przyjąć krzyż i zdołałam Mu powiedzieć: "Bądź wola Twoja". Krzyż przyjęłam, ale jeden Bóg wiedział, jak mi było ciężko, gdy ratowałam syna w chwilach ataków.

W czerwcu 1981 roku pojechaliśmy do Zakopanego, z nadzieją, że zmiana klimatu dobrze mu zrobi. Stało się inaczej. Ataki były jeszcze częstsze i moja odporność wyczerpała się zupełnie. Po którymś z ataków zostawiłam syna i męża i płacząc, wybiegłam z pensjonatu, idąc, gdzie mnie oczy poniosą. W pewnej chwili znalazłam się przed jakimś (wydawał mi się niewielki) kościołem. Na dziedzińcu tego kościoła stała figura Matki Bożej, okolona ogromnym różańcem. Weszłam do środka i, chodząc po kościele, natknęłam się na opis objawień w Fatimie. Nie znałam tej historii i byłam zafascynowana tym, co przeczytałam. Uklękłam przed Matką Bożą i obiecałam Jej, że w każdą pierwszą sobotę miesiąca przyjmę Komunię świętą, aby wynagrodzić zniewagi, jakich doznaje Jej Serce, i obiecałam, że będę codziennie odmawiać cząstkę Różańca świętego w intencji, byśmy umieli przyjąć chorobę syna zgodnie z wolą Bożą. Było to 13 czerwca 1981 roku. Życie toczyło się dalej, napiętnowane chorobą, ale we mnie nastąpiło jakby wyciszenie. Uczestnictwo w codziennej Mszy świętej stało się naturalną potrzebą serca. Pamiętałam o pierwszych sobotach miesiąca i odmawiałam codziennie cząstkę Różańca. Wspierali mnie w tej modlitwie mąż, siostra i przyjaciele.

W nocy z 4 na 5 października (pierwsza sobota wypadała 4 X) miałam sen. Śniło mi się, że klęczę przed figurą Matki Bożej i odmawiam Różaniec. Ośmieliłam się i nieśmiało wyszeptałam: "Proszę Cię, uzdrów go" - a Ona skinęła leciutko głową. Obudziłam się, jakby ogłuszona. Przez trzy dni milczałam, nie mówiąc nic nikomu o tym śnie.

Ataki były coraz rzadsze. Ostatni miał miejsce 13 czerwca 1982 roku. Potem choroba się nie powtórzyła.

Ale to nie koniec łask. Dziewięć lat później syn został wyświęcony. Jest księdzem. Ma stopień naukowy doktora teologii. Ja od lat codziennie odmawiam cały Różaniec, ukochaną moją modlitwę, daną mi przez niepojętą dobroć Boga i Matki Najświętszej.

Matka z Warszawy

do góry

23. Przeżyłam dzięki modlitwie mojej matki. Podczas okupacji hitlerowskiej, 1 grudnia 1941 roku, Niemcy hitlerowskie wysiedlili naszą rodzinę z domu, żeby nas wywieźć do Niemiec na roboty. Dwa tygodnie przebywaliśmy w lagrze przy ul. Kopernika w Łodzi. Karmiono nas tam tak, że nie można było tego nazwać żywieniem.

Ostatniego dnia pobytu nad ranem poprowadzono nas do kąpieli na ul. Łąkową. Po wyjściu spod pryszniców kazano nam bez wycierania się wkładać naszą garderobę, też mokrą, bo była odkażana. Potem czwórkami pomaszerowaliśmy do lagru, a mróz był trzaskający. Tam już czekał na nas podstawiony tramwaj, który zawiózł nas do pociągu. W tych mokrych ubraniach dojechaliśmy do Niemiec, tam zaś na nowo popędzili nas czwórkami do kąpieli, a mróz parzył jak na zamówienie. Na kąpiel czekaliśmy pod łaźnią dwie godziny, a potem znowu prysznic i odkażanie ubrań. Na nowo ubieraliśmy się w mokre ciuchy. Po czym stanęliśmy przed łaźnią, czekając na niemieckich właścicieli majątków, którzy wybierali nas do pracy. Trwało to też kilka godzin. Przydzielili nas do folwarku, gdzie musieliśmy pracować aż do wyzwolenia. Miałam dziesięć lat i kilka miesięcy. Wiele dzieci po tej podróży poumierało. Ja przeżyłam dzięki modlitwom mojej matki - ciągle brała do ręki różaniec i się modliła. Przeżyłam, ale ciężko zachorowałam na ostry gościec stawowy z wysoką temperaturą. Wezwany lekarz niemiecki powiedział, że choroba będzie się powtarzała. Po zastosowaniu leków ozdrowiałam, a moja mama ciągle się modliła.

Po wyzwoleniu w 1945 roku wróciliśmy do naszego rodzinnego domu w Polsce. Choroba stawów powtórzyła się w czternastym roku życia. Kolejny bardzo silny nawrót choroby nastąpił, gdy miałam 17 lat; do tego doszła jeszcze żółtaczka. Nie mogłam się ruszać z bólu, bo wszystkie stawy, nawet żuchwa, były zaatakowane, a temperatura ciała dochodziła do 41-42 st. C. Przez blisko dwa miesiące byłam półprzytomna. Leżałam w szpitalu. Lekarze powiedzieli mamie, że nie mam szans na przeżycie i tylko cud może mnie uratować. Serce było tak słabe, że nie wolno mi było w pozycji leżącej nawet ręki podnieść do góry. Ze względu na tak chore serce lekarze nie mogli zastosować bardziej radykalnych środków przeciwbólowych. Przekonywali moją mamę, że jeżeli przeżyję, to z tak wielką wadą serca nie będę mogła chodzić, a w starszym wieku czeka mnie wózek inwalidzki. Moja mama ciągle modliła się na Różańcu. Ja, kiedy byłam przytomna, też odmawiałam pacierze. Chwilami tę modlitwę przerywało mi majaczenie. Nocami krzyczałam z bólu tak, że chorzy w sąsiednich salach nie mogli spać, a ja tego nie pamiętałam. Chorzy powiedzieli mi o tym, kiedy mi się poprawiło. Moja mama ciągle się modliła z różańcem w ręku. Po sześciu miesiącach choroby zaczęłam uczyć się chodzić.

Cztery tygodnie później ponownie poszłam do szpitala, na wycięcie wyrostka robaczkowego. Chirurg zbadał mi serce i powiedział: "To nie to samo serce. Jest mocne, nie mogę się doszukać wady. No proszę, młodość czyni cuda". A ja wiedziałam, że to modlitwa różańcowa mojej mamy uprosiła ten cud.

Maria z Łodzi. Nasz Dziennik, 8 października 2003.

do góry

24. Różaniec modlitwą pokoleń. W okresie powstawania "Solidarności" w roku 1980 pracowałem w Gdańskiej Stoczni Remontowej jako pracownik umysłowy. Po trzech dniach oblężenia przez Wojsko Polskie, ZOMO i Milicję Obywatelską całego terenu Stoczni Gdańskiej przeżywałem ciężkie dni. Patrzyłem z rozpaczą na stoczniowców powracających z manifestacji na ulicach Gdańska. Byli oni rozgoryczeni, widząc tyle nieszczęść ludzkich. Powstałą po tej manifestacji jedną wielką "Solidarność" połączyła gorąca modlitwa, odmawiano więc Różaniec przed budynkiem Dyrekcji Stoczni. Jednocześnie z kościoła św. Brygidy przybył ks. Henryk Jankowski i powiedział: "Zbudujcie ołtarz i postawcie krzyż, a ja z wami odprawię Mszę Świętą w intencji waszej niespotykanej dziś solidarności wśród samych pracowników Stoczni Gdańskiej". Śledziłem także późniejsze wydarzenia - upadek komunizmu i obalenie muru berlińskiego. Myślę, że mogło się to wszystko zdarzyć także dzięki modlitwom różańcowym ludzi "Solidarności".

Józef z Gdańska

do góry

25. Różaniec to moja ulubiona modlitwa. Moje życie było jednym pasmem konfliktów, rozczarowań, a wszystko dlatego, że nie posłuchałam mamy, żebym za tego człowieka nie wychodziła za mąż. Dziesięć lat po ślubie, gdy syn miał siedem lat, a córka dwa lata, musiałam się spakować, zostawiając wspólny dom, samochód, duży ogród i wrócić do matki, gdyż mąż sprowadził sobie inną kobietę. Poszłam do pracy, a dziećmi zaopiekowała się moja matka. Z biegiem lat załatwiłam sobie mieszkanie i sama wychowywałam dzieci, a problemów z nimi było dużo.

Zawierzyłam wówczas całkowicie Bogu i Matce Najświętszej. U Maryi w smutku znajdowałam pociechę, w wątpliwościach - oświecenie, w słabości - pokorę, w cierpieniu - osłodę, w upadku - podźwignięcie, w rozpaczy - otuchę.

Kiedy córka miała skończyć ogólniak, nie chciała przystąpić do matury. Miała wówczas słabe stopnie i wpadła w złe towarzystwo. Wówczas poprosiłam dusze w czyśćcu cierpiące o pomoc. Obiecałam, że do końca życia będę codziennie odmawiać za nie Różaniec - część bolesną. Córka zdała maturę, wyszła dobrze za mąż, skończyła studia. Kiedy była w stanie błogosławionym, okazało się, że jest nosicielem zarazków toksoplazmozy, która powoduje uszkodzenie systemu nerwowego u dziecka, a tym samym kalectwo. Po kolejnych badaniach i złych wynikach lekarze radzili tzw. aborcję. Ja znowu zwróciłam się z prośbą o ratunek do Matki Bożej, ofiarując Jej do końca życia comiesięczne pierwszopiątkowe nocne czuwanie w bazylice. Urodziła się Monisia, która dziś ma szesnaście lat, jest moją piękną, mądrą, pobożną wnusią. Wędruje ze mną w pielgrzymkach z Suwałk do Wilna i z Warszawy do Częstochowy. Jest to jedyne dziecko mojej córki, która jest szczęśliwą żoną i matką.

Natomiast syn ma dwie córki (osiemnaście i piętnaście lat), a starsza również ze mną wędruje szlakiem pielgrzymkowym. Przez całe moje samotne życie odmawiałam trzy części Różańca dziennie, teraz również dodaję część światła za syna, który przeżył straszną tragedię rodzinną, i wiem, że gdyby nie Różaniec, nie byłabym już w stanie tego znieść.

Obecnie mam sześćdziesiąt pięć lat, w sercu pokój, Bożą radość i wiarę, że Bóg wie, co robi. Różaniec to moja ulubiona codzienna modlitwa.

Felicja z Tarnowskich Gór. Nasz Dziennik, 29 października 2003.

do góry

26. Siła różańca. Pragnę opisać pewne zdarzenie z okresu stanu wojennego. Mój syn Józef był zaangażowany w działalność "Solidarności" Rolników Indywidualnych. Po wprowadzeniu stanu wojennego i zdelegalizowaniu związku został internowany i przebywał w odosobnieniu 6 miesięcy. Do domu wrócił w maju 1982 r. Nie zaprzestał działalności związkowej, z tego powodu SB bardzo często przeprowadzała rewizje na naszej posesji.

Pewnego dnia w godzinach wieczornych przyjechało kilku funkcjonariuszy SB z Tomaszowa Lubelskiego i zaczęli systematycznie penetrować całe obejście. Syn przebywał w tym czasie w mieszkaniu, gdzie znajdowało się bardzo dużo nielegalnych materiałów (broszury, ulotki). Bojąc się, aby nie wpadły w ręce SB, zawierzyłam nas całkowicie Opatrzności Bożej. Drzwi domu zawiązałam różańcem.

W tym samym czasie jechali do nas działacze "Solidarności" z Tomaszowa Lubelskiego: B. Węgorski, Stanisław Majdański i Stanisław Michalski. Mieli odebrać od syna podziemne wydawnictwa. Po drodze, w lesie werechańskim zdarzył się im niegroźny wypadek: przebiegająca sarna uszkodziła światła w samochodzie. Gdyby przyjechali na umówioną porę, wpadliby w ręce esbeków. W splocie tych okoliczności dopatruję się siły Różańca Świętego.

Helena Bondyra, Przewale. Nasz Dziennik, 1 października 2003.

do góry

27. Synowie szli na akcję, a ja modliłam się na różańcu. W moim domu rodzinnym często odmawiano Różaniec, a w październiku wszyscy wieczorem klękaliśmy do wspólnej modlitwy różańcowej. Kiedy założyłam rodzinę, także go odmawiałam, może nie tak często, ale zawsze kiedy pojawiały się kłopoty i niepowodzenia.

W okresie stanu wojennego moi synowie - dziewiętnastoletni i piętnastoletni - działali w podziemnej "Solidarności". Nie mogliśmy z mężem im tego zabronić, gdyż sami należeliśmy do tego ruchu. Oni, jako młodzi chłopcy, podeszli do tej działalności bardzo emocjonalnie. Wydawali wspólnie z innymi gazetki, ulotki, wykonywali transparenty, powielali pewne artykuły, a to wszystko działo się w naszej piwnicy. Trzeba było te materiały rozpowszechnić. Gazetki i artykuły rozprowadzali w dzień, ale rozrzucanie ulotek i rozwieszanie transparentów mogli robić tylko w nocy. Bałam się bardzo i wtedy jedyną bronią, otuchą i pomocą był Różaniec. Synowie z kolegami szli na akcję, a ja stawałam w oknie i ze łzami w oczach odmawiałam Różaniec, bo wiedziałam, jakie mogą być konsekwencje. Modliłam się na Różańcu, aż moje dzieci wróciły - i zawsze wracały. Odmawiałam trzy części Różańca, a czasem więcej. Modląc się, nieraz widziałam, jak patrol milicyjny wracał z tej dzielnicy, do której udawali się chłopcy, jakby Matka Boża usuwała z niej milicję.

Pewnego razu starszego syna zatrzymała milicja w czasie składania kwiatów przy pomniku z okazji 3 Maja. Syn nie wrócił na czas do domu. Moje serce mówiło, że stało się coś złego. Poszliśmy z mężem do kościoła na Mszę Świętą, a potem wzięliśmy do rąk różaniec. Syn wrócił i, o dziwo, nic złego mu się nie stało. A wiadomo, jak wtedy traktowano młodzież.

Kiedy syna chciano wcielić w szeregi ZOMO, ja modliłam się w Częstochowie, a syn zdawał egzamin na studia. Zdał bardzo dobrze i nie zabrano go do tak bardzo zhańbionej służby.

Janka z Białegostoku. Nasz Dziennik, 28 października 2003.

do góry

28. Wstawaj, idź i mów, by odmawiali Różaniec. Różańca nauczyła mnie śp. matka. W roku 1981 szedłem w pielgrzymce z Wrocławia do Częstochowy. Była to pierwsza pielgrzymka diecezjalna. Byłem szczęśliwy, że mogłem podziękować Panu Bogu i Jego Matce za przeżycie okrutnej wojny i przyjazd do Polski z Kresów Wschodnich z woj. nowogródzkiego, pow. Szczuczyn. Przyjechałem stamtąd z żoną w grudniu 1958 roku. W styczniu poszedłem do pracy, do fabryki wagonów w Świdnicy. W roku 1982, w kwietniu, poważnie zachorowałem. Miałem wylew krwi do mózgu, lewa strona została sparaliżowana. Tak stałem się inwalidą I grupy. Leżałem w szpitalu przez sześć miesięcy. Dzięki Panu Bogu i lekarzom żyję. Lekarze byli bardzo dobrzy. Z okresu pobytu w szpitalu pamiętam, że na początku nie mogłem normalnie siedzieć. Gimnastykę prowadził wtedy pan Zbyszek, później, gdy było mi lepiej, zabierał mnie do sali gimnastycznej. Żona przychodziła co dzień. Na drugi dzień zawołała księdza kapelana, który udzielił mi sakramentu namaszczenia chorych i codziennie rano przychodził z Panem Jezusem. Kaplicą szpitalną opiekowały się siostry zakonne. Jedna z sióstr odwiedzała wszystkich chorych. Maj był ciepły, chorzy, ci którzy mogli, wychodzili do parku. Mnie, gdy czułem się lepiej, żona wywoziła na wózku inwalidzkim. Poprosiłem ją kiedyś, by przyniosła mi różaniec. Przyniosła, odmawiałem go nocą, jak już było cicho - nie wszystkim się to podobało. Gdy przychodził kapelan, to byli tacy, którzy wychodzili na podwórko.

W sierpniu, jak każdej nocy odmawiałem Różaniec, a było cicho i spokojnie w sali i na korytarzu. Usłyszałem kobiecy głos: "Odmawiasz Różaniec?". Odpowiedziałem, że tak, odmawiam i wówczas usłyszałem: "Odmawiaj, to jedyne twoje szczęście, nie martw się, będziesz chodził". W tym momencie zgasło światło. Nie wiedziałem, kto to powiedział. Ja już jednak nie zasnąłem, mówiłem różaniec, a łzy mi ciekły. Siostry pytały, co mi jest, nic im nie powiedziałem. Żona, gdy przyszła rano i zobaczyła, że łzy mi się leją jak grochy, spytała, co mi jest. Powiedziałem, że była u mnie Matka i mówiła, żebym odmawiał różaniec. Następnej nocy, gdy o tej samej porze odmawiałem trzecią czy czwartą tajemnicę różańca, usłyszałem ten sam głos, wyraźny, spokojny i stanowczy: "Przyszłam zobaczyć, czy odmawiasz Różaniec". Gdy przytaknąłem, powiedziała: "Odmawiaj. Odmawiaj i nie zapominaj, to jedyne szczęście dla ciebie. Możesz odmawiać w różnych intencjach, za żywych i zmarłych, tylko nie zapominaj..." I znowu powoli zgasło światło. Odmawiałem Rróżaniec i płakałem przez całą noc. Siostry pytały znów, co mi jest, na co im odpowiadałem, że po prostu lepiej się czuję. O zdarzeniach z ostatnich dwóch nocy opowiedziałem tylko żonie i siostrze zakonnej, która stwierdziła, że to Matka Boża pewnie u mnie była.

Po pewnym czasie wróciłem do domu. Odmawiałem w dzień i w nocy Różaniec i Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Był rok 1984, sierpień, rano. Żona poszła po zakupy, a ja odmawiałem Różaniec, gdy nagle usłyszałem ten sam głos, co w szpitalu: "Wstawaj, idź mów w pracy, żeby odmawiali Różaniec, bo ja nie mogę nic dla was zrobić". Po kilku minutach ktoś dotknął mego ramienia i znowu usłyszałem ten sam głos: "Ja ciebie posyłam, żebyś szedł i mówił ludziom, niech odmawiają Różaniec, bo przyjdzie na was kara Boża i zobaczysz, co będzie". Tego dnia w kopalni "Wałbrzych" była katastrofa, zginęli ludzie. Gdy żona wróciła z zakupami, opowiedziałem jej, co zaszło...

Od tego czasu odmawiamy Różaniec i Litanię do Matki Bożej dniem i nocą. Po południu odmawiamy Koronkę do Miłosierdzia Bożego, modlitwę do Ducha Świętego i suplikację do Matki Bożej Licheńskiej, Bolesnej Królowej Polski.

Józef i Jadwiga ze Świdnicy. Nasz Dziennik, 12 listopada 2003.

do góry

29. Zwycięska siła Różańca. Pochodzę z Kresów Wschodnich. W okresie powojennym proboszczem naszej parafii pw. Trójcy Przenajświętszej w Szydłowicach, niedaleko Wołkowyska, był ks. Jan Czarnecki. Gdy dowiedzieliśmy się, że w 1950 roku ksiądz proboszcz został przez władze sowieckie aresztowany i skazany na wieloletnią karę więzienia za działalność duszpasterską, parafia pogrążyła się w żałobie.

W piątym roku od uwięzienia proboszcza ktoś z parafii wysunął postulat, aby w każdej wiosce odbywała się modlitwa różańcowa w intencji uwolnienia księdza. Specyfiką tej modlitwy różańcowej był czas jej trwania, a co za tym idzie, liczba odmawianych części różańcowych. Postanowiono, że w każdej wiosce codziennie będzie się odmawiać przez sześć godzin różaniec. Ze względu na różnorakie prace w gospodarstwie ludzie musieli się zmieniać, ale ciągłość modlitwy była jednak zachowana.

Po około roku tak intensywnej modlitwy w 1956 r., w święto Matki Bożej Różańcowej, ks. Jan Czarnecki został zwolniony z więzienia. Po przybyciu do parafii czekał przez jakiś czas na pozwolenie od władz państwowych, aby móc wypełniać swoje funkcje kapłańskie. Schorowany i wycieńczony fizycznie pobytem w więzieniu pracował jeszcze przez kilka lat, a w roku 1960 wyjechał do Polski (prawdopodobnie do Elbląga), gdzie wkrótce w czasie odprawiania Mszy Świętej zmarł.

Leokadia z Głodówka. Nasz Dziennik, 4-5 października 2003.

do góry

30. Błagałam o ratunek i doczekałam się. Przez bardzo, bardzo długie lata modliłam się i codziennie odmawiałam Różaniec w intencji mojego syna, który popadł w alkoholizm. Pogrążał się w nim coraz bardziej. Nie pomagały perswazje, prośby, groźby, awantury - nic do niego nie docierało. Nawet wypadki, jakim ulegał przez zamroczenie alkoholowe, nie pomagały. Z każdym rokiem było coraz gorzej.

Każdy tylko mówił: szkoda człowieka, bo jest dobry i uczynny. Każdemu pomagał, nikomu nie odmówił, tyle że wszyscy to wykorzystywali, a rewanżując się, zapraszali na wódkę. A on miał bardzo słaby charakter i nie umiał odmówić. I coraz bardziej się uzależniał. Wszyscy więc mówili, że to człowiek przegrany. Nawet najbliższa rodzina straciła nadzieję, że się kiedykolwiek zmieni, tylko nie ja. Wierzyłam w pomoc Matki Bożej przez odmawianie Różańca. Jeździłam przez dłuższy czas do Częstochowy na comiesięczne czuwania i tam, przed Cudownym Obrazem Matki Najświętszej odmawiałam Różaniec i błagałam o ratunek dla mojego syna. Doczekałam się.

Nie wiem, jak to się stało, ale stało się. Skończyła się moja gehenna, skończyło się pijaństwo. Ja zaś w dalszym ciągu odmawiam Różaniec w jego intencji, aby go Bóg miał w swojej opiece, aby syn mój nie wrócił do dawnego nałogu.

Zofia z Kielc

do góry

31. To były prorocze słowa. Na różańcu zaczęłam się modlić, gdy miałam dwadzieścia parę lat i bardzo pogmatwane życie osobiste. Zawarłam niesakramentalny związek małżeński z rozwodnikiem, do którego rozwodu sama się przyczyniłam. Trapiły mnie choroby i nie umiałam się odnaleźć w tej rzeczywistości, jaką sama sobie wybrałam, a która była rzeczywistością bez Boga.

Nie pamiętam już, jak to się zaczęło, ale nagle zaczęłam się modlić. Przylgnęłam do modlitwy różańcowej. Koleżanka przywiozła mi różaniec z Jasnej Góry i na nim modliłam się codziennie. Gdy leżałam w szpitalu, pewna staruszka z sąsiedniego łóżka powiedziała mi, że ja na tym różańcu z Jasnej Góry bardzo wiele sobie wymodlę. To były prorocze słowa.

Wymodliłam sobie przede wszystkim głębokie, prawdziwe nawrócenie. Zmieniło się całkowicie moje życie. Po około pięciu latach rozwiodłam się z "mężem", gdyż nie mogłam już dłużej żyć w grzechu i udawać, że wszystko jest w porządku. Na szczęście nie mieliśmy dzieci. Odbyłam spowiedź generalną. Zaczęłam przystępować do Komunii Świętej. Zaczęłam zdrowieć, znikły lęki, niepokoje, nerwice. Przestałam palić papierosy i pić alkohol przy lada okazji. Zaczęłam systematycznie pracować. Poznałam nowych ludzi i rozmaite wspólnoty modlitewne. Zaczęłam kroczyć drogami Bożymi i odzyskałam godność człowieka i dziecka Bożego.

Któregoś dnia podczas modlitwy na różańcu przypomniał mi się dawny znajomy, o którym wiedziałam, że przebywa poza granicami kraju. Pomyślałam, że żyje z pewnością wśród wielu zagrożeń duchowych i poczułam się zachęcona, aby jeden dziesiątek Różańca codziennie odmawiać w jego intencji. I tak modliłam się przez pół roku, aż któregoś dnia znajomy nieoczekiwanie stanął w moich drzwiach. Okazało się, że przebywa przelotem w kraju i postanowił mnie odwiedzić. Ta półroczna modlitwa za niego, o której on oczywiście nie wiedział, niesamowicie przygotowała mnie do tej rozmowy. A półtora roku później odbył się nasz ślub, przeżywany w otoczeniu całej wspólnoty modlitewnej. Od samego początku modliliśmy się wspólnie na Różańcu i modlimy do dzisiaj, równie gorąco jak wtedy - choć jesteśmy po ślubie już piętnaście lat.

Basia

do góry

32. Różaniec był ocaleniem. Był luty 1993 roku. Mróz i bardzo złe warunki drogowe, a ja z mężem musieliśmy jechać z Bełchatowa do Łodzi. Samochód prowadził mąż, a nie był "niedzielnym kierowcą". Ja siedziałam obok niego z różańcem w ręku. Najpierw odmówiliśmy "Pod Twoją obronę" - tak zawsze zaczynaliśmy jazdę - a następnie zaczęliśmy modlitwę na różańcu. Ja na głos, mąż w myśli. Zbliżamy się do miejscowości Drużbice. Trasa nieco z górki. Po chwili zakręt i znak, by ograniczyć prędkość do 40 km/h. Mąż, stosując się do ograniczenia, hamuje nieco, lecz nastąpiło zablokowanie tylnych kół. Samochód po prostu "nie słucha" kierowcy, zjeżdża na lewą stronę wprost do rowu i zatrzymuje się dopiero na betonowym przepuście wjazdu z szosy do gospodarstwa... Dłuższy odcinek przebyliśmy na boku lewym, na dwóch kołach. Koniec końców lądujemy prawie na dachu. Na szczęście przychodzą nam z pomocą dobrzy ludzie. Znajduje się także gospodarz z ciągnikiem. Pomagają nam wydobyć się z samochodu. Ktoś podnosi z ziemi różaniec i mówi: "A tu czyjś różaniec". Odpowiadam, że to mój. Schwyciłam go wówczas, ucałowałam i patrzę na męża, jakie odniósł obrażenia. Okazało się, że nie odnieśliśmy żadnego. Nawet najmniejszego zadraśnięcia ani sińca, zarówno mąż, jak i ja. To był prawdziwy "cud różańcowy".

Weronika z Bełchatowa

do góry

33. Różaniec z peregrynacji. Był taki czas, kiedy po całej diecezji odbywała się peregrynacja Różańca świętego. Różaniec był przekazywany od rodziny do rodziny. Mąż mój leżał w szpitalu, zapowiadało się poważne, długotrwałe leczenie. Ja jednak ciągle żyłam w obawie o stan jego duszy. Choroba ciągnęła się już zbyt długo, a mąż nie przejawiał ani żywej wiary, ani chęci przystąpienia do spowiedzi. W odmawianiu Różańca widziałam dużą nadzieję, ale chciałam wzbudzić pragnienie tej modlitwy w małżonku. Na tę peregrynację zaprosiłam do mojego domu kilka zaprzyjaźnionych osób. Modliliśmy się żarliwie o zdrowie mojego męża. Obok różańca z peregrynacji położyłam różaniec przeznaczony dla męża. Byłam przekonana, że jeżeli tylko zechce przyjąć go i modlić się na nim, to Matka Najświętsza dokona reszty. Różaniec ten zaniosłam więc do szpitala i włożyłam do szuflady, nic mężowi nie mówiąc. W sześcioosobowej sali jeden z pacjentów był w stanie agonalnym i zmarł. Jakież było moje zdziwienie i wdzięczność Maryi, gdy z opowiadania męża dowiedziałam się, że on właśnie na tym różańcu poprowadził modlitwę ze wszystkimi współpacjentami za tego zmarłego. Od tego czasu mąż mój co dzień odmawiał jeden dziesiątek Różańca. Widocznie Matce Najświętszej tyle wystarczyło, ponieważ wyjednała mu łaskę częstej Spowiedzi Świętej, Komunii Świętej podczas każdej Eucharystii, a w szpitalu przy każdej wizycie kapelana.

Wierna słuchaczka z Gorzowa Wielkopolskiego

do góry

34. Wymodlony dar życia. Minęło wiele lat. W zabieganiu między domem a pracą i szkołą. Różaniec był w naszym domu niejeden, ale niestety w rzadkim użyciu jako modlitwa rodzinna. Aż do czasu, kiedy sięgnęliśmy po niego znów, jak "tonący po brzytwę". Moja starsza córka Ania mieszkała już w Katowicach, my w Bielsku-Białej. Była młodą mężatką w szóstym miesiącu ciąży. Otrzymaliśmy niespodziewanie wiadomość, że znajduje się w szpitalu w Tychach z zagrożeniem utraty dziecka. Nasze pierwsze odwiedziny były bardzo smutne. Ania płakała, ponieważ USG wykazało, że dziecko jest bez wód płodowych i musi umrzeć. Wskazywał na to także brak hormonu warunkującego ciążę. Dla mnie to bezradne stanie przy łóżku było nie do wytrzymania. Chciałam wewnętrznie już być w domu i modlić się, modlić się wraz z młodszą Agatką. Codziennie po pracy, po szkole i wykonaniu podstawowych obowiązków odmawiałyśmy Różaniec - część bolesną, i Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Prosiłyśmy z wielką wiarą, ufając, że Pan Bóg nas słyszy i Maryja prosi za nami. I stało się, że Pan Bóg dał nam poznać, że jest mocen życie zabrać i życie dać. Kiedy po tygodniu zjawiłyśmy się w szpitalu z wizytą, zobaczyłyśmy Anię pełną radości, ponieważ następne USG wykazało, że dziecko ma wód pod dostatkiem, pływa sobie, a lekarz nie pojmuje, jak to się mogło stać, skoro poprzednie badanie wykonywał osobiście. Córka wróciła do domu, dziecko urodziło się w wyznaczonym czasie i otrzymało 10 punktów w skali Apgara, tj. maksimum. Kiedy już wraz z dzieckiem opuszczała szpital, lekarz poprosił ją jeszcze raz do gabinetu, żeby sprawdzić po raz ostatni, czy posiada potrzebny w ciąży hormon. Hormonu tego nie było, w co lekarz nie mógł uwierzyć... Cud, który mógł być na początku potraktowany jako pomyłka ultrasonografu, został ostatecznie potwierdzony.

Różaniec i Boże miłosierdzie połączone z wiarą i ufnością sprawiły cud, który nas, zwyczajnych grzeszników, przekonał, że Bóg nie ma względu na osobę, wysłuchuje proszących go z wielką wiarą. Jeżeli jest to zgodne z Jego planem, otrzymujemy dar godny Jego ręki.

Mój wnuk ma teraz siedemnaście lat, mieszka z rodzicami w Niemczech, uczęszcza do liceum salezjańskiego, jest bardzo dobrym uczniem. Pozostało nam tylko modlić się za niego, żeby życie, które cudownie otrzymał, było godne jego Dawcy. Różaniec jest teraz naszą modlitwą codzienną.

Danuta z Bielska-Białej

do góry

35. Szłam odważnie, bo miałam w kieszeni różaniec. Nadszedł 1939 rok. Koniec szkoły powszechnej i początek wojny. Codziennością stały się bombardowania z samolotów, bomby latające nad głowami, a później łapanki organizowane przez Niemców. Przeżyliśmy tragedię, bo Niemcy zabili naszego brata na podwórku. Inni bracia musieli się ukrywać, bo należeli do podziemnej organizacji. Następnego brata zabrali w łapance na roboty, a nasz dom często był odwiedzany przez Niemców, bo bracia należeli do konspiracji. Ja ocalałam, czuwając przy mamie. Niedługo i ja zostałam przyjęta do organizacji, gdzie złożyłam przysięgę. Przenosiłam różne meldunki i inne dokumenty. Szłam zawsze odważnie, bo miałam w kieszeni różaniec. Idąc drogą, modliłam się i rozważałam tajemnice Różańca, bo w tym czasie na leżałam już do Koła Żywego Różańca Panien. Dzięki temu szczęśliwie przechodziłam wszystkie przeszkody.

W czasie okupacji przerobiłam program gimnazjum, a to dzięki mojemu dobremu wychowawcy szkolnemu, który zorganizował tajne komplety. Tak zbliżał się rok 1944, a z nim ruskie wojsko. Nasz dom i wszystkie pomieszczenia zostały przez nich zajęte. Nam pozostała tylko mała kuchnia, a było nas dużo. Wojsko ruskie było wszędzie. Strach było się ruszać, zaczepiali. Jak to przeżyliśmy, nie wiem. Ale naprawdę to wiem, że Matuchna Najświętsza czuwała na pewno. Matka Boża Różańcowa czuwała też nad naszym małżeństwem i rodziną, bo w 2002 roku obchodziliśmy pięćdziesiąt lat naszego sakramentalnego związku.

Zosia ps. "Szarotka"

do góry

36. Mąż wrócił do pełni sił. Pragnę złożyć świadectwo skuteczności modlitwy różańcowej i zaufania Matce Najświętszej.

Wcześniej na Różańcu modliliśmy się zazwyczaj w październiku. Teraz dzięki Radiu Maryja modlimy się codziennie i uczestniczymy w Apelu Jasnogórskim. Do podanych intencji dołączamy własne.

I tak rok temu, dwa dni przed Wigilią, zięć przeżył pęknięcie tętniaka w głowie. Znalazł się w szpitalu i przeszedł bardzo poważną operację. Ofiarowaliśmy w jego intencji naszą modlitwę różańcową i apelową, a także Komunię Świętą. Zięć wrócił do zdrowia bez trwałego kalectwa, które mu groziło.

We wrześniu ubiegłego roku zachorował mój kochany mąż (78 lat) i aż trzykrotnie był w szpitalu. Zapalenie płuc, niewydolność trawienia, kamienie i ogromne cierpienie, które zakończyło się operacją usunięcia woreczka żółciowego. Ku zdumieniu lekarzy rana pooperacyjna szybko się goiła. Ja i cała rodzina otaczaliśmy męża modlitwą różańcową i apelową, także Msze Święte i Komunie Święte ofiarowywaliśmy w jego intencji. Moja wnuczka codziennie razem ze mną uczestniczyła w Eucharystii, przyjmowała Komunię Świętą, by dziadzio wrócił do zdrowia. I tak się stało, znów zostaliśmy wysłuchani. Mąż wrócił do pełni sił. Ma ich na tyle, że znów śpiewa w chórze Katedry Szczecińskiej (a śpiewa w nim już od pięćdziesięciu lat).

Władysława G., Szczecin. Wierna słuchaczka Radia Maryja, czytelniczka "Rycerza Niepokalanej", "Niedzieli" i "Naszego Dziennika".

do góry

37. Zaczęłam gorąco się modlić. Zdarzenie to należy do cudownych ocaleń i stanowi wspomnienie, które pielęgnuję w sercu tak, aby było wiecznie żywe. Miałam wtedy osiemnaście lat i zdążyłam zdać maturę na kompletach. Działo się to w połowie drugiego miesiąca Powstania Warszawskiego w 1944 roku, kiedy Niemcy coraz bardziej okrążali Żoliborz, a walki stawały się coraz krwawsze. Zeszłam do piwnicy, stałam w korytarzu, było ciemno. W pewnym momencie wbiegli nasi chłopcy z AK i weszli do piwnicy za mną, a ja stałam dalej na korytarzu przy drzwiach, w których znikli powstańcy. Za moment usłyszałam głosy Niemców, którzy krzyczeli: "Gdzie są ci polscy bandyci?!" - tak bowiem nazywali naszych powstańców. W czasie powstania miałam zawsze przy sobie różaniec, wyjęłam go i zaczęłam tak bardzo gorąco się modlić, że nie słyszałam, co się wokół mnie dzieje. Naraz ujrzałam przed sobą Niemców, którzy doszli do miejsca, w którym stałam. Serce na chwilę zamarło we mnie. Chwila ciszy. Niemcy zatrzymali się, spojrzeli i zawrócili. Po chwili ich kroki ucichły. Wyszli, zaprzestali pościgu. Odetchnęłam z ulgą. Tym razem chłopcy zostali uratowani. Wiadomo, komu to zawdzięczali - najlepszej naszej Matce - Matce Bożej Nieustającej Pomocy. Bóg zapłać - pomyślałam.

Maria z Żoliborza

do góry

38. Cudowne ocalenie. Brat nasz, ks. Marian Cygankiewicz, w 1938 roku odprawiał na Jasnej Górze Mszę Świętą prymicyjną. Potem wyjechał na studia muzykologiczne do Rzymu. Kochał muzykę, śpiew i pieśni maryjne. Mówił, iż kiedy odmawia Różaniec, to w uszach gra mu cudowna melodia. Wezwany przez biskupa kieleckiego do Kielc przerwał studia i został skierowany jako wikariusz do Masłowa. Należał do konspiracji, miał łączność z "Jędrusiami" - partyzantami. Został aresztowany wraz z kilkoma parafianami i miał być wywieziony do obozu koncentracyjnego. Po pewnym czasie postanowiono wywieźć cały transport do Oświęcimia. Transport ów jechał przez Częstochowę. Nagle zatrzymał się na dłuższy postój. Brat znał język niemiecki, więc zwrócił się do szefa transportu z prośbą o zezwolenie na odwiedzenie i pożegnanie Matki Bożej. Widocznie wzbudził zaufanie, skoro uzyskał pozwolenie wraz z Kazimierzem Majcherczykiem, parafianinem z Masłowa. Kiedy wrócili, już pociągu nie było. Patronka brata - Pani Częstochowska - ocaliła ich, a Różaniec święty stał się jedyną bronią.

Teodora z Kielc

do góry

39. Cud ocalenia z wypadku. Fakt ten zdarzył się 10 lipca 2002 roku. Mój wnuk Paweł, student czwartego roku muzyki i trzeciego informatyki, wybrał się razem z kolegami samochodem ojca nad morze. Zdecydował się jechać nocą ze względu na duże upały. Pożegnałam go modlitwą i poleciłam opiece Matki Bożej. W nocy około godziny 3.00 nad ranem obudził mnie niesamowity jęk bitego człowieka pod moim oknem na ulicy. Zobaczyłam, jak dwóch młodych chłopaków biło niemiłosiernie trzeciego. Zadzwoniłam po policję i dalej nie wiem, jak się potoczyły te wypadki. Obudzona, pomyślałam o Pawle, jak tam jedzie nocą, i znów zaczęłam się modlić na Różańcu o szczęśliwy jego dojazd do Gdańska. Rano, około godziny 9.00, otrzymałam telefon, że wnuk miał bardzo poważny wypadek samochodowy, ale on i jego koledzy są cali i zdrowi. Samochód rozbił się doszczętnie. Na pogotowiu chłopcom udzielono pomocy i po prześwietleniu okazało się, że nie mają żadnych złamań ani urazów głowy, tylko małe krwawienia z nosa. Pracownicy pogotowia i policji byli zdziwieni, że z tak poważnej katastrofy chłopcy wyszli cało, bo w tym miejscu zdarzały się na przestrzeni lat wypadki zawsze śmiertelne. Uratowało ich to, że Pawła nie zawiódł refleks, nacisnął pedał i uderzenie w drzewo zostało zniwelowane hamowaniem. Ale ja wiedziałam, że była w tym przede wszystkim ręka Matki Bożej. To cudowne ocalenie zdarzyło się dzięki mojej modlitwie różańcowej i Litanii do Matki Bożej.

Olga z Warszawy

do góry

40. Modlitwa ma ogromną moc. Był piękny słoneczny, wrześniowy dzień. Jak zwykle poszłam do pracy, którą bardzo lubiłam. Pracowałam wówczas w dziale ekonomicznym. Pracowałam bez zarzutów. A jednak... W południe sekretarka wezwała mnie do dyrektora zakładu. Spokojnie poszłam więc do gabinetu szefa. Tam spotkało mnie wielkie rozczarowanie. Po wieloletniej, uczciwej pracy otrzymałam pisemne przeniesienie do innej pracy biurowej bez podania przyczyny. Moje dotychczasowe miejsce zajęła córka dyrektora, która miała mniejsze kwalifikacje i była młodsza. Świat mi zawirował. Rozpłakałam się. Później ze złości chciałam się zemścić. Wszyscy byli zdziwieni powstałą sytuacją. Współczuli mi, lecz nikt nie stanął w mojej obronie. Od koleżanek z działu rozliczeń dostałam różaniec, który noszę przy sobie do dzisiaj. Każdy dzień był dla mnie ciężarem. Przechodziłam psychiczny kryzys. Nie mogłam o tym zapomnieć i zwyczajnie przejść do nowych obowiązków na nowym stanowisku. Oczy ciągle miałam czerwone od łez.

Tę dziesiątkę Różańca zaczęłam odmawiać idąc każdego dnia do pracy. Postanowiłam się modlić więcej niż dotychczas. (...) Kiedy otworzyłam się przed Bogiem, przekonałam się, że On zawsze może więcej. Czułam i słyszałam, co Jezus mówił do mnie. Moim kołem ratunkowym był i nadal jest Różaniec. Pewnego dnia poczułam ulgę. Polubiłam moją pracę, chociaż nie było łatwo pracować w systemie zmianowym oraz w soboty, niedziele i święta. Przestałam boczyć się na koleżankę, która zajęła moje miejsce. Przebaczyłam też dyrektorowi zakładu. Wszyscy, którzy mnie otaczali zauważyli uśmiech na mojej twarzy. Wiem, że moje cierpienie było łaską od Boga, to krzyż, który trzeba było nieść. Bóg podał mi rękę. Nauczył mnie miłości do każdego człowieka. Wiem także, że modlitwa ma ogromną moc, jeśli tylko płynie z głębi serca.

Teresa

do góry

41. Mam siłę do dobrych czynów. Mam trzydzieści dwa lata, jestem kawalerem. Różaniec odmawiam od sześciu lat. Dzięki modlitwie różańcowej mam siłę do dobrych czynów. Biorę czynny udział w codziennej Eucharystii. Modlitwa różańcowa wyzwoliła z nałogu palenia nie tylko mnie, ale także moje koleżanki i moich kolegów. Przeczytałem piękną książkę pt. "Przedziwny sekret Różańca świętego" św. Ludwika Grignion de Montfort, z której dowiedziałem się, co znaczy dobra modlitwa. Dzięki modlitwie różańcowej podjąłem post o chlebie i wodzie, a w ślad za tym przyszło wyzwolenie z niedbalstwa w modlitwie i osiągnięcie wewnętrznego ładu, harmonii i spokoju.

Marek z Jasła

do góry

42. Ratunek przed zdradą małżeńską. Jestem mężatką. Jakiś czas temu w mojej firmie pojawił się nowy pracownik. Zauważyłam, że bardzo mu się podobam. Nagle zaczęło między nami coś się dziać, choć oboje byliśmy wierzący i wcale tego nie chcieliśmy. On miał żonę i troje małych dzieci, a ja znałam jego rodzinę i lubiłam jego żonę. Któregoś dnia przed weekendem znaleźliśmy się na chwilę sami w pokoju. Ja już zbierałam się do wyjścia i zaczęliśmy się żegnać. On pocałował mnie w rękę, a mną wstrząsały jakieś niesamowite dreszcze. Coś się działo wbrew mojej woli i rozsądkowi. Szybko wyrwałam rękę i wyszłam z pracy. W tramwaju rozmyślałam, co tu robić, bo sprawa jest poważna.

W domu sięgnęłam natychmiast po różaniec. Zaczęłam się modlić, błagając Matkę Bożą o ratunek dla nas w tej sprawie. W trakcie modlitwy był moment, w którym mimo pewnego żalu za utraconymi "przyjemnymi emocjami" całkowicie wyrzekłam się względów tego kolegi. J

akież było moje zdumienie, gdy po odmówieniu Różańca poczułam się całkowicie uwolniona od ulegania emocjom. Ktoś zdjął mi z moich oczu zasłonę. Poczułam się cudownie uwolniona od emocji, których nie chciałam, a którym ulegałam. Nigdy już nie wróciło to uczucie, a nasze rodziny zostały uratowane. Kolega, widząc moją całkowitą obojętność, też przestał się mną interesować.

Ten jeden odmówiony Różaniec uratował nas oboje przed zdradą małżeńską, która już wisiała w powietrzu.

Beata

do góry

43. Jest wpisany w moje życie. Różaniec święty od wielu, wielu lat jest wpisany w moje życie. Jest dla mnie siłą do przetrwania trudnych dni, jest drogowskazem w mojej drodze życiowej. Na różańcu modlę się w drodze do pracy i z pracy. W podróży, na przystanku autobusowym i w każdej chwili, nawet w kolejce sklepowej.

Różaniec święty chronił mnie w czasie chorób. Modlitwa różańcowa sprawiła, że po paru odbytych operacjach odzyskałam zdrowie. Uzdrowiła wnuczka Pawła z choroby nowotworowej.

Różaniec przeprowadził mnie przez drogę upokorzeń i dwukrotnej utraty pracy z powodu publicznego (na spotkaniu służbowym pracowników) wyznania wiary w Boga (odpowiedziałam na pytanie "kto z was chodzi do kościoła" - lata 1974-1975 i 1980-1982). Innych, którzy się zgłosili, spotkał taki sam los.

Modlitwa różańcowa wspierała mnie na sali sądowej, kiedy mój mąż porzucił mnie i dzieci.

Przy pomocy Matki Bożej wychowałam i wykształciłam dzieci. Wychowałam pięcioro wnucząt. Z modlitwy różańcowej czerpałam siły w sprawowaniu opieki nad mamusią i babcią, zanim swoje ziemskie życie zakończyły w moim domu. Od kilku lat mieszkam sama. Jest mi czasem smutno, chwytam więc za różaniec i czuję przy sobie obecność Maryi i opiekę Boga.

Alicja z Lublina

do góry

44. Zawsze modliłam się na Różańcu. 28 stycznia 2001 r. poszłam do szpitala na operację woreczka żółciowego. Miałam robioną laparoskopię, lecz operacja się nie udała. Trzy razy byłam na stole operacyjnym, wciąż trwała walka o życie. Ponad dwa tygodnie byłam nieprzytomna. Moi najbliżsi gorąco prosili Boga i Matkę Najświętszą, żeby mnie przywrócili jeszcze do życia. Odprawiono Mszę św. z prośbą o powrót do zdrowia. Gdy wychodzili na Mszę św., byłam wciąż nieprzytomna. Po zakończeniu Eucharystii przyjechali prosto do szpitala i zobaczyli, że jestem przytomna i sama usiadłam na łóżku. I w tym momencie mocniej uwierzyli, że z pomocą Bożą wyzdrowieję.

Mam wielkie uznanie dla lekarzy, którzy gorąco wierzą w Boga, bo jeden mały błąd przekreśla ludzkie życie. Taki błąd popełniono u mnie. Uszkodzono mi rdzeń kręgowy przy znieczuleniu lędźwiowym. Zostałam przeniesiona na oddział neurologii. W dalszym ciągu byłam bezwładna. Po wielu masażach i ćwiczeniach powoli zaczęłam wstawać z pomocą specjalisty rehabilitanta. Teraz mogę sama chodzić po mieszkaniu, prawie wszystko zrobić, odzyskałam doskonałą pamięć, rozum. Bardzo dużo czasu spędziłam na modlitwie. Od ponad 30 lat należę do Kółka Różańcowego Żywej Róży. Od młodych lat dużo modliłam się na Różańcu Świętym, bo to pomagało mi w życiu, Pan Bóg zawsze wspierał mnie łaską.

Aniela z Tomaszowa Mazowieckiego

do góry

45. Uratowała nas Matka Boża. Jest rok 2002, 15 grudnia, niedziela. Do południa uczestniczymy z mężem we Mszy św., jesteśmy pojednani z Panem Bogiem. W godzinach popołudniowych wyjeżdżamy z domu, udajemy się do Wiednia, żeby z synem przeżyć Święta Bożego Narodzenia.

Wiezie nas bardzo sympatyczny pan wygodnym samochodem. Robię znak krzyża, co czynię zawsze w środkach lokomocji. Rozmawiamy. Mówię o Radiu Maryja, dobrych programach, ale po dwóch godzinach jazdy biorę różaniec i odmawiam jedną część. Po zakończonej modlitwie samochód wpada w poślizg, bo padała marznąca mżawka. Spadamy z małej skarpy, samochód koziołkuje, wreszcie osiada na kołach, ale do dalszej drogi już się nie nadaje, tylko do kasacji. A my - kierowca, mąż i ja - żyjemy, poza drobnymi stłuczeniami wychodzimy cało o własnych siłach z tego groźnego wypadku. Nikt nie zauważył, co się stało, samochód był biały, zaczął padać śnieg, z szosy był niewidoczny i gdybyśmy byli ranni, moglibyśmy się wykrwawić bez pomocy.

Uważam, że uratowała nas w sposób cudowny Matka Boża, której staramy się dziękować każdego dnia, odmawiając wspólnie "Anioł Pański" i Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ja odmawiam codziennie co najmniej jedną część Różańca, do czego zachęciłam naszego syna.

Irena i Marian z Dolnego Śląska

do góry

46. Różaniec daje mi wszystko. Jest rok 1939, wrzesień. Niemcy przekroczyli granice Polski. Ojciec mój radzi, abym uciekała z dziećmi do Łodzi. Tak też zrobiłam. Zabrałam 4-letnią córkę Irenę, 6-tygodniowego syna Krzysztofa i wraz z opiekunką udałyśmy się na pociąg. Pociąg, którym jechałyśmy, został wkrótce zbombardowany. Ile osób zginęło, nie wiem do dziś. Różaniec nie opuszczał mnie ani na chwilę. Dzięki modlitwie różańcowej i Matce Bożej spotkałam w Konstantynowie znajomego, który szczęśliwie zawiózł całą moją rodzinę do Łodzi. Wkrótce zaczęły się wysiedlenia i wywóz Polaków na roboty do Niemiec. Z całą rodziną udaję się do Tłokini k. Kalisza.

Moja tułaczka trwać będzie prawie 5 lat. Wszystko to nic. Cieszymy się, że żyjemy i jesteśmy razem. Codziennie odmawiamy Różaniec, który daje nam siły i pomaga wierzyć, że wrócimy do domu. I tak też się dzieje - wracamy szczęśliwie pod koniec wojny do domu. Dom nasz ku naszemu zaskoczeniu nie uległ zniszczeniu.

Później Różaniec ocalił również mego syna Krzysztofa. Miał on poważny wypadek. Jadąc samochodem ciężarowym, wpadł w poślizg. Jednak nikomu nic się nie stało. Każdy, kto to widział, stwierdził, że to cud, aby z takiego wypadku wszyscy wyszli żywi.

Całe swoje życie zawierzyłam Matce Bożej, św. Józefowi Kaliskiemu. To dzięki modlitwie różańcowej przeżyłam 89 lat. Mimo różnych doświadczeń w życiu cieszę się dobrym zdrowiem i na co dzień odczuwam opiekę Bożą. Różaniec święty daje mi wszystko. Dlatego pielęgnuję go jak największy swój skarb.

Józefa, Domaniew

do góry

47. Dziękujemy za ocalenie życia. 8 grudnia 1994 r. wraz z mężem jechałam z Gdańska do Zgierza. Jak nigdy tego dnia stale się żegnałam przed mijanymi kapliczkami Matki Bożej Niepokalanej i krzyżami z Panem Jezusem, a także dużo modliłam się o szczęśliwy powrót.

Wypadek zdarzył się koło Torunia. Nagle z boku z prawej strony trasy, gdy nie mieliśmy już żadnej możliwości skrętu w bok, wyjechał wielki traktor. Krzyknęłam "Boże, nie!", dalej nic nie pamiętam. Nie wiem, jak to się stało, ale jakaś potężna siła wyrzuciła nasz samochód w górę. Lecieliśmy parę metrów, zatrzymaliśmy się w polu, samochód kołami wbił się w ziemię. Zobaczyłam, jak mąż leży na kierownicy bezwładny. Myślałam, że nie żyje, dlatego zaczęłam strasznie krzyczeć i mówić: "Dlaczego mnie, Boże, nie wysłuchałeś?!". Cały czas zastanawiam się, jak z tego zdarzenia wyszliśmy cało? Dlaczego przeżyliśmy? Z takich wypadków raczej się nie wychodzi, a jeżeli tak, to z wielkimi obrażeniami.

26 grudnia 1994 r. na drodze z Kutna do Młogoszyna mieliśmy kolejny wypadek. Uderzył w nas czołowo jadący z naprzeciwka samochód. Nasze auto zatrzymało się przy kapliczce z figurą Matki Bożej Niepokalanej. Podobnie jak wcześniej nic nam się nie stało. Samochód również nie został uszkodzony. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo w obu przypadkach pomogła nam Matka Boża Niepokalana. Przy tej kapliczce przyrzekłam Jej, że za ocalenie życia ufundujemy figurę Matki Bożej Różańcowej do nowo budującego się kościoła. Przyrzeczenie swoje wypełniliśmy. Od tej pory nie wiemy, jak mamy dziękować Matce Bożej i Panu Jezusowi. To był cud.

Halina i Mieczysław ze Zgierza

do góry

48. On jedyny ocalał. W czasie wybuchu II wojny światowej miałam zaledwie 8 lat, starszy brat 11, a młodszy 2 lata. Rodzice oddali całą rodzinę pod opiekę Matce Bożej i postanowili, że każdego wieczoru cała rodzina odmawiać będzie dziesiątkę Różańca św. i "Kto się w opiekę odda Panu swemu".

Nadszedł moment tragiczny dla całej rodziny. Był to czwartek, godz. 15.00. Zobaczyliśmy, jak dwóch Niemców prowadziło naszego ojca, który szedł ze spuszczoną głową. Szybko pobiegliśmy do domu. Mama zalana łzami z różańcem w ręku zawołała: "Dzieci, na kolana"... Wszyscy zaczęliśmy głośno odmawiać Różaniec, który mama przerywała wołaniem: "Matko Boża, wróć dzieciom ojca". Na kolanach zastały nas wieczór i noc. Nikt nie myślał o spaniu.

Rano mama wzięła do koszyczka przygotowane śniadanie i poszła, wraz z innymi kobietami, matkami, żonami szukać swoich. Niestety, nie pozwolono zobaczyć się z aresztowanymi, którzy byli zgrupowani w jednym miejscu. Zapłakane, zmęczone wróciły do swoich domów. Mama też wróciła, modląc się w dalszym ciągu o powrót taty. I oto doświadczyliśmy cudu! Około południa Niemiec przyprowadził ojca pod same drzwi domu. On jeden, jedyny ocalał.

s. Irena Jezierska, salezjanka, Sokołów Podlaski

do góry

49. Choroba o. Kolbe i Różaniec. Gdy złożyłem tam wizytę, o. Kolbe był w swoim pokoju, zwrócony do biurka. W pokoju tym mogły się pomieścić ostatecznie 2-3 osoby, a wyglądał on jak ubogi barak, tak że w pierwszej chwili odniosłem wrażenie, iż jestem w składzie materiałów. Krzyż, figurka Maryi, Pismo Święte, modlitewnik, papiery, pióra i pędzle do pisania, poza tym nic innego tam nie dostrzegłem. O. Kolbe po raz pierwszy witał mnie bezpośrednio. Wyciągnął do mnie rozpostarte ramiona. Gdy je ująłem, zauważyłem, że były one rozpalone wysoką gorączką. Byłem zaskoczony, ponieważ temperatura z pewnością przekraczała 38 stopni.

- Czy to nie choroba? – zapytałem.

O. Kolbe uśmiechnął się i powiedział: - Doktorze! Czy może pan to sprawdzić?

Wyciągnąłem więc słuchawki lekarskie i badałem. Następnie mocnym, podnieconym głosem zawołałem: - To straszne! Ojca obydwa płuca zajęte są przez gruźlicę! Co więcej, stan jest ciężki! Natychmiast trzeba zachować szczególny spokój.

O. Kolbe jednak spokojnie, z uśmiechem, powiedział: - Dziękuję, doktorze. Jest pan dobrym lekarzem. Tak samo w Rzymie, w Polsce i w innych krajach, znani lekarze badając mnie wydali opinię całkowicie zgodną z diagnozą, którą Pan obecnie postawił. Ta sama diagnoza stawiana jest już od 10 lat.

- Ee! Od 10 lat...!? - zdusiłem w sobie okrzyk i z zapartym tchem patrzyłem na Ojca.

A on uśmiechał się, chociaż widać było, że nie jest mu łatwo oddychać. Przez słuchawki lekarskie do mojego ucha dochodziły z jego płuc opisane przez Rassela, ostre, o różnym, większym, średnim, małym natężeniu dźwięki. Jak z tak ciężką chorobą wędrować po świecie i przez długie lata kontynuować działalność Rycerstwa Niepokalanej...?! Co więcej, jak się to stało, że stan chorobowy ustalony przed 10 laty ani się nie poprawił, ani nie pogorszył...!

Z punktu widzenia wiedzy medycznej było to zupełnie nie do pomyślenia. Cztery piąte płuc było zajęte i nieczynne, dlatego utrzymywała się wysoka gorączka. Gdy tak od czasu do czasu w zamyśleniu kręciłem głową, o. Kolbe wyciągnął różaniec i z widoczną radością powiedział:

- To jest to! To jest to!

do góry

50. Weźcie te ziarenka. Podanie głosi, że św. O. Dominik, gdy żegnał swych duchowych synów Jacka i Czesława wracających z Rzymu do ojczyzny wręczył im różaniec i wypowiedział te znamienne słowa: „Weźcie te ziarenka i siejcie w swojej ojczyźnie, a zobaczycie, że wzejdą wspaniałym plonem tak, że wasz kraj stanie się ogrodem Maryi, któremu podobny nie będzie na świecie”.

do góry

51. Różaniec drogą do nieba. Kiedy umierał św. Stanisław Kostka, pytali go bracia zakonni co trzeba czynić, żeby jak on - umierać szczęśliwie. Odpowiedział: „Najmilsi bracia, kochajcie Maryję i codziennie na Jej cześć modlitwy odmawiajcie.”

A jakie modlitwy? „Przede wszystkim te, które Święci Pańscy ułożyli i sami je za życia odmawiali, przez nie Serce Matki Bożej sobie zjednali i zasłużyli na Królestwo Niebieskie. Kto zaś pragnie modlić się najlepiej i najskuteczniej, kto chce w najmilszy sposób uczcić Matkę Bożą, kto chce pozyskać sobie Jej serce i zaskarbić najobfitsze łaski, ten powinien zamknąć wszystkie książki, przerwać wszystkie pieśni i wziąć do ręki różaniec - ten najprostszy, a zarazem najwznioślejszy modlitewnik Maryi. Niech Ją czci i pozdrawia tym pacierzem nie ziemskim, ale prawdziwie niebieskim, niejako z ust samego Jezusa wyjętym, który z nieba pochodzi! Niech Ją wielbi tym wieńcem różanym, który Matka Najświętsza sama z rajskich ogrodów na ziemię spuściła w ręce św. O. Dominika, na pomoc i pociechę swoim dzieciom.”

do góry

52. Różaniec ocalił życie mojego tatusia. Różaniec to siła, moc i ocalenie. Właśnie Żywy Różaniec ocalił mojego tatusia. Kiedy enkawudzista wyprowadził z celi ojca, aby kopał dla siebie grób (poza więzieniem), w czasie kopania dołu wypadł tatusiowi z kieszeni różaniec. Enkawudzista rozkazał, aby ojciec go podeptał. Tatuś podniósł różaniec święty i gorąco ucałował i przycisnął do serca. Enkawudzista obiecał, że jeśli go podepcze - daruje mu życie. Gest ucałowania różańca przez tatę wprowadził oprawcę w szaleńczą wściekłość. Bił i kopał ojca, że całe ciało pokryły wylewy podskórne. Ojciec był zmaltretowany, miał wybite kolbą przednie zęby. Tak zbitego, prawie bez życia, enkawudzista pozostawił nad wykopanym grobem, odwołano go bowiem na chwilę do naczelnika więzienia, a ucieczka ojca była w tym stanie oczywiście nie możliwa.

Bóg chciał inaczej. Przejeżdżał wówczas tamtędy wozem i koniem wieśniak, który zabrał ojca. Ojciec zachował przytomność, więc wskazał adres. Człowiek ów bezinteresownie podwiózł cierpiącego pod dom. Tatuś jeszcze kilka metrów czołgał się do domu. Był tak opuchnięty i zbity, że mama w pierwszej chwili nie mogła go poznać. Leczeniem zajął się przyjaciel ojca, ksiądz kapelan wojskowy, ponieważ ojciec mój był wojskowym, pracującym na terenach wschodnich. Zdrowie odzyskał całkowicie. Dalsze losy ojca to Kazachstan, Kamczatka i cała Syberia, z której wrócił także cały i zdrowy.

Różaniec, kwiecień/1996

do góry

53. Niech pan wyrzuci różaniec za okno. Było to na początku XIX stulecia. Pewien student uniwersytetu jadący pociągiem z Dijon do Paryża zajął miejsce obok mężczyzny ubranego po chłopsku. Mężczyzna odmawiał Różaniec, wolno przesuwając paciorki w palcach. Student przerwał staremu człowiekowi pytając:

- Proszę pana, czy naprawdę wieży pan jeszcze w takie staromodne zabobony? Proszę skorzystać z mojej rady, wyrzucić różaniec za okno i dowiedzieć się, co na ten temat mówi nauka.

- Nauka? Nie rozumiem tej nauki. Może ty możesz mi ją wyjaśnić? - z pokorą odpowiedział mężczyzna.

Student zauważył że mężczyzna był głęboko poruszony, więc odpowiedział:

- Proszę mi dać pański adres, a ja prześlę panu literaturę, która panu w tej sprawie pomoże.

Mężczyzna wsunął rękę do kieszeni płaszcza i podał młodemu człowiekowi swoją wizytówkę. Spojrzawszy na nią student spuścił głowę i zamilkł zawstydzony. Na wizytówce było napisane: "Ludwik Pasteur Dyrektor Instytutu Badań Naukowych, Paryż, Francja."

do góry

54. Bóg nas wysłuchał. Siostra Łucja z Fatimy powiedziała: „Nie ma takiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać modlitwą różańcową”. Te słowa dały mi i mężowi wielką nadzieję, wbrew diagnozie postawionej przez lekarza.

Nasza córka Wiktoria liczy już pięć lat. Według lekarza najprawdopodobniej mogła nie przeżyć porodu, bo dziecko miało słabe serduszko. – Jako że jestem człowiekiem, który wierzy w Pana Boga – powiedział lekarz – módlcie się do Matki Bożej Nieustającej Pomocy w kościele Ojców Redemptorystów w Toruniu. Ja do Niej udaję się ze wszystkimi kłopotami i Matka Boża zawsze przychodzi mi z pomocą.

Korzystając z dobrej rady lekarza, wybraliśmy się z mężem do Torunia. Gdy stanęliśmy przed Jej obrazem, mąż szepnął: – Wiesz, odczuwam, że Matka Boża zna naszą sprawę.

Poprosiliśmy o Mszę Świętą w intencji szczęśliwego urodzenia dziecka i w czasie gdy była odprawiana, przyjechaliśmy, aby w niej uczestniczyć. Postanowiliśmy też codziennie wieczorem odmawiać Różaniec ze słuchaczami Radia Maryja w intencji naszego maluszka. Swoją wieczorną modlitwą różańcową z Radiem Maryja wsparli nas rodzice – moi i męża.

Wierzyliśmy w moc modlitwy różańcowej. Nasze dziecko urodziło się silne i zdrowe, umacniając nas w wierze, że każda modlitwa, jeśli jest zgodna z wolą Bożą, zostanie wysłuchana.

W modlitwie różańcowej stale trwamy i dziękujemy Panu Bogu, że pomaga nam w tym katolicki głos w naszym domu – Radio Maryja.

2025.03.17. Alicja, lat 34, Włocławek

do góry

Objawienia i cuda Matki Bożej

początek

Spis treści

1. Guadalupe, Maryja zawsze Dziewica.
2. Quito, Jestem Królową Zwycięstwa.
3. Paryż, Maryja i Cudowny Medalik.
4. La Salette, Płacząca Piękna Pani.
5. Lourdes, Maryja Niepokalanie Poczęta.
6. Champion, Matka Dobrej Pomocy.
7. Gietrzwałd, NMP Niepokalanie Poczęta.
8. Fatima, Królowa Różańca Świętego.
9. Tre Fontane, Dziewica Objawienia.
10. Portugalia cudownie ocalona.
11. Lepanto, zwycięstwo przez Różaniec.
12. Chocim, polskie Lepanto.
13. Polska pod opieką Matki Bożej Łaskawej.
14. Rzym, Matka Bożej Miłości.
15. Austria, różańcowy cud.
16. Hiroszima, cud Różańca.
17. Nagasaki, ocalenie klasztoru.
18. Filipiny ocalone przez Różaniec.
19. Akita, wielkie ostrzeżenie.
20. Medjugorie, Królowa pokoju.
21. Kibeho, orędzia Matki Słowa.
22. Vailankanni, Matka Boża Uzdrowicielka.
23. Nigeria. Różańcowe zwycięstwo.

do góry

1. Guadalupe, Maryja zawsze Dziewica

Cudowny wizerunek Maryi z Meksyku zalicza się do grupy najświętszych relikwii, tzw. nie ręką ludzką uczynionych.

Żaden ze znanych cudownych obrazów nie był tak gruntownie przebadany jak wizerunek Matki Bożej z Guadalupe. Przez ostatnie sto lat poddawano go coraz to nowszym analizom przy użyciu najnowszych narzędzi, którymi dysponują największe i najbardziej prestiżowe laboratoria na świecie.

Uczeni specjaliści z różnych dziedzin odkryli w wielu szczegółach obrazu niepojęte dla nauki zjawiska. I są bezradni. Jest to najcudowniejszy obraz na ziemi. Nie ma drugiego takiego wizerunku na świecie jak ten.

24 kwietnia 2007 roku zalegalizowano w Meksyku aborcję. Zebrani w tym dniu w bazylice wierni byli świadkami wstrząsającego cudu. Wszyscy zamarli. Na ich oczach bowiem cudowny obraz zaczął w jednym miejscu nagle zanikać. Po chwili jednak ukazało się niezwykłe światło

Ziemia pogańskich kultów. Pierwsi ewangelizatorzy – franciszkańscy misjonarze, przybyli na tereny dzisiejszego Meksyku w 1524 roku. Pierwsze nawrócenia odnotowano już kilka lat później.

Wśród politeistycznych bóstw w panteonie tubylców najważniejszy był bożek Quetzalcoatl, przedstawiany jako uskrzydlony wąż. Oddawano mu cześć głównie przez ofiary z ludzkich serc i krwi. Aztekowie składali ofiary z ludzi na wielką skalę. Na tę umęczoną ziemię zstąpiła Maryja, depcząca stopami pierzastego węża. Objawienia te zmieniły historię kontynentu amerykańskiego.

Objawienia. Na wzgórzu Tepeyac, obecnie północno-wschodnia część 25-milionowego miasta Meksyk, interwencja z nieba nastąpiła w sobotę, 9 grudnia 1531 roku. W tamtym czasie święto Maryi Niepokalanej obchodzono właśnie w tym dniu. 57-letni biedny Indianin Juan Diego Cuauhtlatoatzin (co znaczy „mówiący orzeł”) zobaczył po raz pierwszy Najświętszą Maryję Pannę. Kolejne objawienia miały miejsce 11 i 12 grudnia. Maryja przedstawiła się, mówiąc w jego ojczystym języku nahuatl: „Jestem Maryja zawsze Dziewica, Matka prawdziwego Boga”. Maryja miała wspaniały strój: różową tunikę spiętą pod szyją broszą i błękitny płaszcz ozdobiony gwiazdami. Przepasana była czarną wstęgą, jak indiańskie kobiety podczas ciąży, i tak jak one miała też spięte włosy.

Zwróciła się do Juana w słowach: „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”.

Ówczesny pierwszy biskup Meksyku, franciszkanin Juan Zumárraga, zrazu nie uwierzył, by nie powiedzieć: zlekceważył opowiadanie Juana. Jednak kiedy ten w środku zimy przyniósł mu na poparcie swych słów całe pęki pięknych kastylijskich róż zerwanych na zamarzniętej w tym czasie ziemi, jego zdumienie nie miało granic. Gdy Juan wysypał róże z tilmy (płaszcza, chusty), a na niej zobaczył nieznany mu wcześniej wizerunek Maryi, biskup wprost oniemiał. I uwierzył.

Bazylika. Po przeprowadzeniu kanonicznego procesu już po dwóch latach – w 1533 roku – potwierdzona została urzędowo wiarygodność i autentyczność objawień. W miejscu, gdzie stała Maryja, postawiono kaplicę. Wraz z upływem lat wzniesiono dwa kolejne, coraz większe kościoły w związku z dynamicznie rosnącym ruchem pielgrzymkowym. Wielką świątynię – bazylikę, oddano do użytku w 1709 roku. Przetrwała do naszych czasów jako najbardziej znane miejsce pielgrzymowania na terenie Ameryki Łacińskiej i jedno z najważniejszych sanktuariów maryjnych świata. By sprostać współczesnemu nieustannemu napływowi pielgrzymów do świętego wizerunku, obok starej, zapadającej się, trzystuletniej już bazyliki zbudowano w 1976 roku nową. Swoim kształtem nowe sanktuarium przypomina wielki namiot, w którym mieści się do 15 tys. wiernych, a święty obraz jest widoczny dla pielgrzyma z każdego miejsca. Kopułę świątyni zwieńcza ogromna litera M oznaczająca Maryję i Meksyk jednocześnie. Na niej zaś umocowano 12-metrowy krzyż. Sanktuarium w Guadalupe jest dziś – po Bazylice św. Piotra – drugą najczęściej odwiedzaną katolicką świątynią na świecie. Przybywa tu corocznie ponad 20 milionów pątników.

Papież życia u Matki życia. Święty Jan Paweł II Wielki pielgrzymował do Guadalupe aż czterokrotnie. Swą pierwszą pielgrzymkę apostolską ten św. Papież, obrońca życia, jakby pośpiesznie, bo już w styczniu 1979 roku, odbył właśnie tutaj. Do Meksyku, gdzie stara demoniczna walka z życiem odżyła na nowo podczas powstania Cristeros w latach 1926-1929. Z dziką wściekłością mordowano katolickich współbraci zupełnie jak za czasów Azteków, składając ofiarę z blisko stu tysięcy istnień ludzkich na ołtarzu bożka antykatolickiej rewolucji.

Druga pielgrzymka papieska miała miejsce w 1990 roku, kiedy Ojciec Święty beatyfikował Juana Diego. Podczas trzeciej wizyty – w 1999 roku – ogłosił 12 grudnia świętem liturgicznym Matki Bożej z Guadalupe. W 2002 roku przybył do Guadalupe po raz ostatni, by dokonać historycznej kanonizacji pierwszego w historii Indianina, któremu Maryja zostawiła swój autoportret, najcudowniejszy ze wszystkich Jej cudownych wizerunków.

Tajemnice cudownego wizerunku. Dziesiątki niezwykłych i niewytłumaczalnych szczegółów sprawiają, że święty wizerunek Maryi z Guadalupe sam w sobie jest jednym wielkim i niepojętym cudem rzucającym wyzwanie współczesnej nauce. Zacznijmy więc od tego, że tilma (płaszcz zawiązywany na ramionach) Juana Diego, na której Maryja zostawiła swą podobiznę (o wymiarach 140 x 170 cm), utkana jest z chropowatych i nierównej grubości włókien agawy, zwanej po indiańsku ayate, rosnącej tam do dziś. Z powodu owych nierówności i szorstkości materiał ten nie przyjmuje farby. Próbowano na nim malować – różnymi farbami i technikami – lecz bez skutku. Zarówno wtedy, jak i dziś tkaniny z agawy (ayate) są używane we włókiennictwie do produkcji taniej, roboczej odzieży, o krótkotrwałej przydatności.

Po wielekroć sprawdzano trwałość tkanin z ayate i udowodniono, że nie przekracza ona 20 lat. W 1987 roku dr José Bartolache de Porada z niemałym trudem – po uprzednim malarskim zagruntowaniu tkaniny ayate – namalował na niej dwa identyczne wizerunki Maryi. Jeden z nich umieścił w sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe, drugi w pobliskim urzędzie. Oba malowidła rozpadły się jeszcze przed upływem zaledwie 10 lat.

Trwałość wizerunku. Natomiast święte ayate Juana Diego od blisko pięciuset lat pozostaje ciągle w tym samym doskonałym stanie. W wyniku badań stwierdzono też, że święte ayate i odbity na nim wizerunek Maryi w tajemniczy i niewytłumaczalny sposób oddycha i nie przyciąga do siebie insektów, bakterii, grzybów, a nawet i kurzu.

Na szatach Maryi – pod mikroskopem – widać również idealnie równe linie grubości ludzkiego włosa. Namalowanie czegoś takiego ręką człowieka, choćby przy użyciu najbardziej precyzyjnych narzędzi malarskich, jest niemożliwe nawet dzisiaj. Na całym obrazie nie widać ponadto nigdzie żadnych śladów czy pociągnięć pędzla.

Świętego wizerunku – zanim został umieszczony za szkłem – przez pierwsze ponad 100 lat dotykały setki tysięcy rąk. Pielgrzymi pocierali o niego swoje dewocjonalia. W efekcie kolory powinny były przecież wyblaknąć, a sam obraz sczernieć. Nic takiego jednak się nie stało.

Kolejną tajemnicą jest odporność wizerunku świętego ayate na uszkodzenia. W 1795 roku przy czyszczeniu ramy na lewą stronę obrazu z potrąconego naczynia nieopacznie wylał się kwas azotowy. O dziwo, nie doszło – a przecież powinno! – do zniszczenia samej świętej tkaniny. Pojawiła się jedynie plama dość długo widoczna, która po jakimś czasie po prostu (?) zniknęła, jakby jej nie było.

14 listopada 1921 roku, z inspiracji ówczesnego fanatycznego prezydenta Meksyku, Álvara Obregóna, dokonano zamachu na święty wizerunek. W bukiecie kwiatów stojącym blisko obrazu umieszczono bombę zegarową, która eksplodowała podczas sprawowania Mszy św. Wybuch spowodował wygięcie grubego metalowego krzyża, zniszczenie marmurowego ołtarza i paramentów liturgicznych. Obraz nie doznał jednak najmniejszego nawet uszkodzenia.

Oczy Maryi. Oczy Matki Najświętszej na cudownym wizerunku badali profesorowie optycy z największych ośrodków badawczych i wybitni znawcy technik komputerowych. Najnowocześniejszy sprzęt sprowadzony został nawet z NASA. Oczy Maryi na Jej wizerunku są wyzwaniem rzuconym wielu dziedzinom współczesnej nauki. Stanowią niewytłumaczalną zagadkę, wobec której największe autorytety, specjaliści i nobliści pozostają bezradni.

W oczach Maryi odbija się ta chwila, w której Juan Diego wysypuje z tilmy róże mające być dla biskupa Juana Zumárragi znakiem prawdziwości objawień.

Peruwiański badacz, José Tonsmann, badaniu oczu Maryi poświęcił 20 lat. Wykorzystując swoje doświadczenie analityka zdjęć mikroskopowych i satelitarnych, powiększył tęczówki w oczach Matki Bożej do skali 2500 razy większej niż w rozmiarze rzeczywistym. Dzięki temu był w stanie dostrzec (aż!) 13 postaci odbitych w oczach Maryi. W końcu stwierdził: „Te oczy nie zostały i nie mogły być namalowane ludzką ręką”. Fenomenem sprawiającym duchowy wstrząs jest fakt, że pod wpływem intensywnego światła źrenice Maryi się zmieniają. Ten wizerunek więc po prostu żyje.

Tajemnica braku farb. Już w 1936 r. niemiecki chemik, laureat Nagrody Nobla, Richard Kuhn, stwierdził, że na ayate Juana Diego brak jakichkolwiek farb. Włókna płaszcza są więc prawie samą celulozą, z którą nie wiążą się żadne – właściwe farbom – składniki: pigmenty mineralne lub barwniki pochodzenia zwierzęcego albo roślinnego. Oczywiście nie ma też barwników syntetycznych, które wynaleziono dużo później.

W badania amerykańskich z 1979 r. zwrócono uwagę na to, że kolorystyka wizerunku – w zależności od kąta patrzenia – ma cechy ubarwienia charakterystyczne dla ptaków i owadów, co też wyklucza technikę malarską. Prześwietlanie podczerwienią wykazało również, że powierzchnia pod badanym wizerunkiem nigdy nie była zagruntowana, bez czego nie da się absolutnie nic namalować na materiale z agawy. To samo prześwietlenie wskazało także na nieobecność ewentualnego szkicu obrazu oraz na brak werniksu chroniącego dzieło przed kurzem i zmianą barw.

Autoportret Maryi. Niezwykłe jest również i to, że strój Maryi, jaki widzimy na wizerunku, jest nietypowy: nieindiański ani hiszpański. Kulturoznawcy twierdzą, że przypomina ubiór z czasów biblijnych noszony przez kobiety na Bliskim Wschodzie. W broszy dostrzec można nawet krzyż. Aztekowie po prostu nie znali takich strojów. Tak więc fenomenu wizerunku – tak niezwykłego w dziesiątkach szczegółów – nie da się wyjaśnić inaczej, jak tylko tym, że Maryja po prostu sama stworzyła na tilmie Juana swój fascynujący autoportret. Stąd święte ayate to jedyny nowożytny acheiropoietos. Zalicza się do grupy najświętszych relikwii, tzw. nie ręką ludzką uczynionych, jak Całun Turyński, Całun z Manopello czy Chrystus z kaplicy św. Wawrzyńca na Lateranie.

Matka brzemienna. Zupełnie niepojęte i budzące świętą bojaźń jest to, że temperatura świętego ayate, na którym znajduje się nie ręką ludzką uczyniony wizerunek, wynosi zawsze – przy zmiennej ciepłocie wnętrza świątyni – 36,6 stopni. Specjaliści z NASA odkryli w ikonie tętno. Okazuje się, że puls wynosi 115 uderzeń na minutę – co odpowiada biciu serca dziecka w łonie matki! Maryja z Guadalupe jest przecież Matką Brzemienną. Wskazuje też na to ułożenie fałd na Jej sukni z lekkim uwypukleniem obecności Dzieciątka w Jej łonie po prawej stronie obrazu. Także czarna przepaska to symbol nienarodzonego jeszcze dziecka. Na sukni Maryi jest również umieszczony czteropłatkowy kwiat jaśminu – kwinkunks, który dla Azteków był symbolem życia. Obraz jest więc jedną wielką katechezą, Maryja urodziła Chrystusa, jest Matką Boga, który przyszedł na świat, by czynić ludzkie życie godnym wieczności.

Wszystkie herezje zniszczyłaś. W barbarzyńskiej kulturze i wierzeniach Azteków, gdzie tak lekceważono ludzkie życie, Maryja w Guadalupe przypomniała o jego świętości i nienaruszalności o tym, że jest darem Boga. Dla Azteków był to szok. Prawda ta miała niezwykle doniosłe konsekwencje: spowodowała przemianę ich światopoglądu z pogańskiego na chrześcijański. Z radością porzucali demoniczne kulty i z wdzięcznością przyjmowali wiarę, wchodząc w cywilizację życia. W ciągu parunastu lat ochrzczonych zostało ponad 10 mln tubylców.

Przesłanie Matki Bożej z Guadalupe jest ciągłym apelem nieba skierowanym do każdego i do wszystkich, byśmy odrzucali cywilizację śmierci.

Matko życia z Twojego żyjącego wizerunku w Guadalupe, ratuj nas!

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 04.02.2020.

do góry

2. Quito. Jestem Królową Zwycięstwa

Podczas objawień w Quito Maryja zapowiedziała odnowę, która nastąpi po czasach moralnego upadku.

Objawienia Matki Bożej Pomyślności w Quito trwające niemal pół wieku (1588-1634) są wyjątkowe pośród wszystkich innych objawień maryjnych. Mówią bowiem bardzo konkretnie o wielu zdarzeniach mających nastąpić w dalekiej przyszłości tak Ekwadoru, jak i świata.

Maryja zapowiedziała na przykład, że w XIX wieku Ekwador zostanie poświęcony Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. I rzeczywiście jako pierwszy na świecie uczynił to prezydent Gabriel García Moreno, za co 6 sierpnia 1875 roku, w pierwszy piątek miesiąca, tuż po wyjściu z katedry został zamordowany na rozkaz masonerii.

Maryja z Quito mówiła wiele o czekających Kościół prześladowaniach, a nawet o przyszłych dogmatach. Zapowiedziała ogłoszenie przez Papieża, „więźnia Watykanu”, dogmatów o Niepokalanym Poczęciu i nieomylności Papieża w sprawach wiary i moralności. Co się też dokładnie kolejno wypełniło w decyzjach Piusa IX z 1854 i 1870 roku. Maryja zapowiedziała też wielkiego i niezwykłego męża i ojca Kościoła, którego słusznie upatrywać możemy w św. Janie Pawle II Wielkim.

Wizjonerka: Marianna Torres. W 1480 roku w Toledo w Hiszpanii zostało założone przez bł. Beatrycze (Beatriz) de Menezes Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Niepokalanego Poczęcia NMP, które od początku cieszyło się wielkim rozwojem. Stąd w 1576 roku pięć sióstr pod przewodnictwem matki przełożonej Marii od Jezusa Taboada udało się na ewangelizację do Ekwadoru. Zamieszkały w Quito, w klasztorze ufundowanym przez króla Filipa II (zm. 1598). Wśród nich była też 14-letnia nowicjuszka, siostrzenica przełożonej, Marianna Franciszka de Jesús Torres y Berriochoa (1563-1635). Po trzech latach pobytu w klasztorze i formacji duchowej złożyła też śluby zakonne.

Marianna od dzieciństwa przeżywała doświadczenia mistyczne. Rozmawiała z Chrystusem i Matką Najświętszą. Już w wieku 9 lat – co w tamtych czasach było czymś niezwykłym – przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. Jeszcze przed jej wyjazdem do Ekwadoru usłyszała słowa Pana Jezusa: „Zabiorę cię do mojego domu, gdzie za grubymi murami będziesz żyła z daleka, ukryta i zapomniana. Tak jak Ja będziesz niosła krzyż i doznasz wielkich cierpień. Nie zabraknie ci ani sił, ani wytrwałości. Pragnę tylko, by wolą twoją było być zawsze gotową, aby spełnić Moją wolę”.

I rzeczywiście, w życiu zakonnym Marianna przeszła swoją golgotę. Nie zabrakło jej wielkiego cierpienia i bolesnych doświadczeń. Znalazła się nawet w więzieniu. Jej życie – jak tylu innych wielkich świętych mistyczek w dziejach Kościoła – było jednym wielkim męczeństwem i doskonałą ofiarą z samej siebie za grzeszników.

W 1588 roku – po dwunastu latach pobytu w klasztorze – w pierwszej z siedmiu wielkich wizji, jakich doświadczyła siostra Marianna, Matka Najświętsza powiedziała do niej: „Jestem Maria del Buen Suceso [Dobrej Pomyślności bądź Dobrego Zdarzenia], Królowa nieba i ziemi, którą wzywałaś. Bóg przeznaczył cię do rzeczy wielkich. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce, bo ja jestem Królową Zwycięstwa”. To zapewnienie było siłą Marianny przez dalsze 53 lata wielkiego, ale cichego i ofiarnego męczeństwa wynagradzającego za grzechy świata.

Mistyczne doświadczenia Marianny. W 1582 roku podczas osobistej modlitwy przed tabernakulum Marianna widziała Pana Jezusa konającego na Golgocie. U Jego stóp byli Matka Najświętsza ze św. Józefem oraz Maria Magdalena. Czując się winną męki Chrystusa, Marianna padła na ziemię krzyżem i zwróciła się do Jezusa: „Panie, to ja jestem temu winna! Ukarz mnie i wybacz swojemu ludowi”. Wtedy Anioł Stróż podniósł ją i powiedział: „Nie! Ty nie jesteś winna. Wstań, ponieważ Bóg chce Ci objawić wielką tajemnicę”.

Marianna nie mogła uwierzyć w brak swojej winy. Widziała łzy Maryi. Zapytała więc Ją: „Pani, czyż to ja jestem powodem Twojego smutku?”. Jednak i w tym przypadku uzyskała odpowiedź przeczącą: „Nie, to nie Ty, ale grzeszny świat”. I nagle Marianna stała się naocznym świadkiem agonii Chrystusa na krzyżu. I usłyszała słowa Boga Ojca: „Ta męka jest dla XX wieku”.

Innym razem, podczas modlitwy w kaplicy zakonnej, Mariannie ukazał się Pan Jezus, który przedstawił jej dwie korony. Przypomnijmy, że przed podobnym dylematem – wyborem jednej z dwóch koron – stanął też młody Maksymilian Kolbe. Pierwsza, biała korona była natychmiastowym zaproszeniem do wiecznej chwały i przejścia do radości nieba. Zaś druga – czerwona i otoczona cierniami – oznaczała pozostanie na ziemi i gotowość do dalszego składania zadośćuczynnej ofiary z samej siebie, aby ratować błędnowierców, bezbożników, gorszycieli i wszystkich odrzucających Boga ze swojego życia. Marianna nie zawahała się ani przez chwilę, gdyż czuła w swoim sercu, że dla ratowania grzeszników od wiecznego potępienia potrzebna jest Bogu jej ofiara i cierpienie. Miała też niewzruszoną pewność, że Jezus i Maryja zawsze będą przy niej w jej ofierze z siebie samej. Przez pięć lat cierpiała męki piekielne, ofiarując je dobrowolnie za współsiostrę zagrożoną wiecznym potępieniem.

Prócz mistycznych wizji Marianna przeżywała też wielokrotnie ogromne bóle fizyczne i dolegliwości ciała. Wspomnijmy choćby wydarzenia z 17 września 1588 roku, kiedy podczas nocnej modlitwy jej ciało ogarnęły bolesne i dotkliwe dreszcze. Krzyczała, nie mogąc wytrzymać straszliwego bólu. Na jej rękach i stopach oraz na boku pojawiły się rany. Przypominały rany zadane Jezusowi podczas ukrzyżowania. Organizm Marianny w ciągu kilku chwil został całkowicie wycieńczony. Z bólu straciła przytomność. Później przez rok cały odzyskiwała siły.

Ofiara za grzechy XX wieku. Na prośbę Pana Jezusa Marianna podjęła się też cierpieć za grzechy ludzi XX wieku. Miała objawione, że rozpocznie się wtedy czas szczególnego działania złego ducha. Dowiedziała się też, że będą to czasy straszliwych wojen, jakich nie było w historii. Dziś widzimy, że zapowiedzi te się wypełniły. Siostra Marianna usłyszała też, że w naszych czasach zacznie się wielkie odstępstwo od Boga i Kościoła.

„Biada dzieciom w owych czasach” – mówiła Maryja do wizjonerki. „Rodzice zaniedbywać będą sakrament chrztu i bierzmowania”. Widzimy, że to dzieje się coraz powszechniej. Bywa, że dziś chrzest odkłada się do Pierwszej Komunii Świętej albo nawet do ślubu. Wielu mówi: jak dorośnie, niech sobie sam wybierze. Tak samo – mówiła Maryja – zaniedbywany będzie sakrament namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci.

Sakrament małżeństwa, który symbolizuje jedność Chrystusa i jego Kościoła, będzie lekceważony i profanowany. Masoneria, która wówczas będzie rządzić, zaprowadzi bezbożne, niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, skazując ludzi na życie w grzechu. Spowoduje to wzrost liczby nieślubnych dzieci, które przyjdą na świat w związkach niepobłogosławionych przez Kościół. Duch chrześcijański osłabnie i upadnie, a cenne światło wiary zgaśnie, aż dojdzie do prawie zupełnego zepsucia obyczajów.

Skutkiem bezbożnego wychowania będzie też – mówiła Maryja – zmniejszanie się i zanikanie powołań kapłańskich i zakonnych. Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Zły prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób.

Matka Boża Pomyślności. Świadkiem życia i cichego męczeństwa bł. Marianny jest do dziś w kościele klasztornym w Quito naturalnej wielkości łaskami słynąca figura przedstawiająca Matkę Bożą Pomyślności. W Polsce mówimy raczej o Matce Bożej Pocieszenia. W licznych naszych wizerunkach nosi takie właśnie imię. Jest to jedyna taka figura Maryi na świecie, gdyż wyrzeźbiona została według ścisłej instrukcji samej Matki Bożej.

W Płocku 22 lutego 1931 roku Siostra Faustyna usłyszała od stojącego przed nią Chrystusa słowa: „Namaluj obraz, który widzisz”. Podobny rozkaz 437 lat wcześniej, 2 lutego 1594 roku w klasztorze w Quito otrzymała od Maryi siostra Marianna. Maryja mówiła: „W mojej prawej ręce mam trzymać pastorał i klucze do klasztoru, jako znak mej władzy nad wami. Na lewej ręce każesz umieścić moje Boże Dziecię, aby ludzie rozumieli, że mam moc, aby złagodzić sprawiedliwość Bożą i otrzymać miłosierdzie i odpuszczenie grzechów dla każdego grzesznika, który przyjdzie do mnie ze skruszonym sercem, Ja jestem Matką Miłosierdzia i nie ma we mnie nic ponad dobroć i miłość. W końcu niech zawsze moje córki wiedzą, że wskazuję im drogę i daję swojego Najświętszego Syna, a ich Boga jako wzór doskonałości religijnej. Niech przychodzą do mnie, a Ja ich poprowadzę do Niego”.

Statuę Maryi wyrzeźbił znany i ceniony już wtedy artysta Francisco del Castillo. Był to – co istotne dla powierzonego dzieła – człowiek Boży, gorliwy w praktykach religijnych i szczególnie oddany Maryi. Po zakończeniu pracy nad figurą artysta postanowił udać się do Europy po najlepsze dostępne na rynku farby do położenia polichromii na rzeźbie. W nocy, przed dniem, w którym miał wyjechać, statua w niewyjaśnionych okolicznościach i w sposób niewyobrażalnie piękny została pomalowana.

Kiedy siostry o świcie przyszły na zakonną jutrznię, kaplica promieniała niebieskim światłem, które intensywnie otaczało postać Maryi. Dla wszystkich stało się ewidentne, że nastąpił cud. Nikt bowiem w ciągu jednej nocy nie zdołałby dokonać tego, na co potrzeba byłoby wielu miesięcy pracy. Francisco del Castillo, jak i otoczenie – ci, co śledzili etapy powstawania dzieła – zeznali pod przysięgą, że musiał to być niezwykły cud. Zeznanie rzeźbiarza wraz z podpisem ówczesnego biskupa Quito możemy oglądać w klasztornym archiwum po dzień dzisiejszy.

2 lutego 1611 roku biskup Salvador Ribera y de Avalos uroczyście poświęcił i ukoronował cudowną figurę. Statua została wniesiona w procesji na wyższy chór kościoła klasztornego. Co roku, 24 stycznia, Matka Boża była przenoszona z chóru przed główny ołtarz na czas dziewięciodniowej nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Pomyślności, które w Ekwadorze i Hiszpanii obchodzone jest wraz z ofiarowaniem Pana Jezusa w świątyni 2 lutego. Od 1941 roku, podczas wojny Ekwadoru z Peru, po uproszonym przed Maryją pokoju, figura już na stałe została umieszczona przy głównym ołtarzu.

Aprobata Kościoła. Mistyczne doświadczenia, przeżycia i proroctwa bł. Marianny jej spowiednik – franciszkanin o. Michał Romero – nakazał dokładnie spisywać. Takie samo polecenie – jak pamiętamy – bł. Michał Sopoćko dał wizjonerce św. Faustynie.

Wkrótce po śmierci bł. Marianny, 16 stycznia 1635 roku, kolejni biskupi Quito: Piotr Falconi, Augustyn Sarabia i Alfons Montenegro przeprowadzili kanoniczne badanie zapisków siostry Marianny. Z czasem została opracowana biografia mistyczki oraz jej doświadczenia duchowe. W 1906 roku podczas prac remontowych w klasztorze otwarto trumnę mistyczki, w której znaleziono zachowane od rozkładu jej ciało.

Matka Najświętsza zapowiedziała, że orędzie z Quito przez długi czas będzie mało znane, a rozpowszechni się szerzej dopiero po trzystu latach.

Trzeba mocno podkreślić, że zapowiedzi Maryi z Quito nie są katastroficzne. Ukazują one potęgę zła niszczącego życie doczesne i wieczne człowieka. Ludzie, często nawet nasi bliscy, żyją tak, jakby Boga nie było. Widzimy, jak dziś zło narasta i powszednieje, jak jest sponsorowane przez ukryte ośrodki antyewangelizacji i propagowane w powabnym opakowaniu przez ideologiczne agentury w mass mediach.

Maryja z Quito – podobnie jak z Fatimy – zapowiada, że po upadku przyjdzie odnowa. Ufajmy więc – ostatnie słowo należy do Boga. Kiedy wszystko będzie wydawało się stracone, Ona zdepcze głowę węża. „Na koniec moje Niepokalane Serce zwycięży” – powiedziała w Fatimie. Zaś blisko trzysta lat wcześniej w Quito zapewniła: „Jestem Królową Zwycięstwa”. Wielki Prymas Tysiąclecia też po wielekroć powtarzał: Matka Boża jest w Polsce zawsze Matką Bożą Zwycięską.

I na koniec. Maryja w Quito powiedziała o naszych czasach: „ci, którzy powinni mówić, będą milczeć”. Chrześcijanin nie może być letni, wycofany, milczący, ma być odważnym świadkiem i głosicielem prawdy oraz jej obrońcą.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 11.02.2020.

do góry

3. Paryż, Maryja i Cudowny Medalik

Osoby, które będą go nosiły, dostąpią wielkich łask. Cudowny Medalik Niepokalanej jest jednym z trzech – obok Różańca świętego i szkaplerza karmelitańskiego – szczególnie ważnych w Kościele sakramentaliów. Święty Maksymilian Kolbe, szaleniec Niepokalanej, nazywał go tarczą obronną przed szatanem. Objawienie przez Maryję Cudownego Medalika w 1830 roku w decydujący sposób przyczyniło się do ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Chrystusa.

Wybrana przez Maryję. Katarzyna była ósmym kolejnym dzieckiem z dziesięciorga żyjących dzieci Piotra Labouré (rolnika) i Ludwiki z domu Gontard (byłej guwernantki). Urodziła się 2 maja 1806 roku w burgundzkiej wiosce Fain-lès-Moutiers. Gdy miała dziewięć lat, straciła matkę. Odczuwając boleśnie jej brak, mała zrozpaczona Kasia z ufnością oddała się pod opiekę Maryi. Jak napisał biograf późniejszej świętej: „Myśląc, iż jej nikt nie widzi, weszła na krzesło, wspięła się na palcach, by dosięgnąć stojącej na komodzie figury Maryi. Obejmując ją rękami, wyszeptała: ’Teraz Ty bądź moją Matką’”. Najświętsza Maryja wysłuchała sierocego wołania i zaprosiła ją do współpracy w realizacji Bożych planów. Katarzyna stała się – jak ją później nazwano – powiernicą Niepokalanej.

Już w latach młodości wyraziście ukształtowało się jej powołanie, które po przyjęciu Pierwszej Komunii Świętej odzywało się bardzo mocno w jej sercu. W wieku 19 lat Katarzyna miała przejmujący sen. Oto znalazła się przy łóżku nieznanego sobie chorego, przy którym stał też stary ksiądz. „Córko moja – powiedział do Katarzyny – jakże pięknym zajęciem jest pielęgnowanie chorych. Pan Bóg ma wobec ciebie pewne plany: nie zapomnij o tym”.

Po przebudzeniu myśl o służbie chorym i cierpiącym nieustannie do niej wracała. Potem musiała wyjechać do Paryża, gdyż zmarła żona najstarszego brata, Karola, i trzeba było pomóc mu w prowadzeniu taniej restauracji.

Pracując w Paryżu, Katarzyna postanowiła udać się do Sióstr Miłosierdzia, zwanych powszechnie szarytkami, do których wcześniej wstąpiła jej starsza siostra Maria Luiza, by porozmawiać o swym powołaniu. W rozmównicy ze zdumieniem dostrzegła portret starszego księdza. To właśnie jego widziała we śnie przy łóżku chorej osoby. Rozmówczyni objaśniła jej, że to św. Wincenty à Paulo, założyciel ich zgromadzenia. Od tego czasu Katarzyna coraz częściej myślała o powołaniu zakonnym. W końcu z początkiem 1830 roku, po uzyskaniu zgody ojca i mając lat 24, zaczęła nowicjat w domu generalnym sióstr szarytek w Paryżu przy Rue du Bac 140. I to jest najważniejszy adres w Paryżu: podawajmy go wszystkim, którzy się tam udają. Dla katolika nie ma nic ważniejszego w Paryżu niż miejsce, na które zstąpiła Matka Najświętsza.

Maryja przybywa na ratunek. Dzieciństwo i młodość Katarzyny to czasy porewolucyjnego zamętu, chaosu i leczenia w społeczeństwie głębokich ran po obłędzie i szaleństwach demonicznej rewolucji francuskiej. Szatańska dechrystianizacja Francji, w której 20 tysięcy kapłanów zmuszono do porzucenia stanu duchownego, a ponad trzy tysiące zamordowano, przyniosła smutne żniwo w postaci nienawiści, upadku obyczajów i deprecjacji wyższych wartości. Rzeź katolików w Wandei – słusznie zwana pierwszym holokaustem – pochłonęła tysiące ofiar. W szatańskim amoku niszczono relikwie i paramenty kościelne. W gruzach legły setki kościołów i klasztorów z historycznymi dziełami sztuki, na czele z tysiącletnim opactwem św. Piotra i Pawła w Cluny. Arcybiskup Paryża Jean-Baptiste Gobel został zgilotynowany w 1794 roku. Zakazano składania ślubów zakonnych i ukrywania kapłanów. Wprowadzona tzw. konstytucja cywilna kleru, której głównym celem było łamanie sumień i podporządkowanie duchowieństwa władzy świeckiej oraz grabież własności kościelnej, doprowadziła do głębokich podziałów w społeczeństwie. Warto dodać, że z zapisów tej konstytucji w walce z Kościołem korzystali potem nasi rodzimi komuniści.

Potem nastały rządy Napoleona, który prowadząc długie i wyniszczające wojny, podejmował też różne próby ujarzmienia Kościoła. W 1808 roku zajął Rzym, złupił go doszczętnie, a skradzione wtedy z kościołów dzieła możemy dziś oglądać w Luwrze. Przez sześć lat więził Papieża Piusa VII w Fontainebleau. W takich czasach nieustannego zamętu, przewrotów, rzezi i bezbożności przyszło żyć św. Katarzynie.

W końcu Francji – pierwszej córze Kościoła – pogrążonej w żałobie i rozlewie bratobójczej krwi przychodzi na ratunek Maryja: Uzdrowienie chorych, Pocieszycielka strapionych i Wspomożenie wiernych. I jest to niesamowite, że aż trzykrotnie, w tak krótkich odstępach czasu: 1830 (Paryż) – 1848 (La Salette) – 1858 (Lourdes) Maryja zstępuje z nieba, by zdeptać głowę piekielnego węża.

Niepokalana objawia się Katarzynie zaledwie osiem dni przed wybuchem kolejnej rewolucji, zwanej lipcową. Król Karol X, który zaczął przywracać niektóre swobody religijne (organizacja misji, pielgrzymek, zakładanie bractw i stowarzyszeń), musiał – w kobiecym przebraniu – uciekać z kraju do Anglii. Rewolucjonista generał wolnomularz z 1791 roku Marie Joseph de La Fayette znowu – po 39 latach – objął dowództwo Gwardii Narodowej.

Początek objawień. Kwiecień 1830 roku przyniósł katolikom paryskim chwile nadziei i radości. Władze kościelne zdecydowały bowiem o wydobyciu z ukrycia relikwii św. Wincentego à Paulo – opiekuna i ojca opuszczonych, głodnych, chorych, zagubionych biedaków Paryża. Po ćwierć wieku doczesne szczątki świętego wystawiono na widok publiczny, po czym w uroczystej procesji przeniesiono je do kaplicy św. Łazarza w macierzystym domu księży misjonarzy.

Katarzyna, wdzięczna św. Wincentemu za wskazanie jej drogi życiowej, przychodzi wraz z tysiącem paryżan, by modlić się przy jego trumnie. I przeżywa niesamowitą wizję: widzi serce świętego unoszące się nad jego relikwiami. Za pierwszym razem serce ma delikatną barwę ciała, co Katarzyna odczytała jako znak delikatności i niewinności. Przez kolejne trzy dni wizja powtarza się, zaś serce ukazuje się już w barwie ognistej. Katarzyna domyśla się, że symbolizuje ono miłosierdzie, które rozpala świętego i promieniuje na założone przez niego Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, do którego wstąpiła. Potem serce jawi się jako purpurowoczerwone, co napełnia nowicjuszkę wielkim smutkiem. Mimo braku wykształcenia i obeznania w polityce, Katarzyna rozumie, co oznacza ten kolor. To zapowiedź kolejnych przewrotów i krwawych rewolucji. Dziś serce świętego złożone w relikwiarzu możemy adorować w kaplicy objawień u sióstr szarytek.

Powiernica Niepokalanej. Pierwsze spotkanie Katarzyny z Maryją miało miejsce w nocy 19 lipca 1830 roku i trwało ponad dwie godziny. Anioł Stróż w postaci pięcioletniego dziecka w bieli – jak później z rozkazu spowiednika zapisała wizjonerka – „zawołał mnie: chodź do kaplicy. Najświętsza Panna czeka na ciebie”. Zaprowadzona przez Bożego wysłańca do prezbiterium kaplicy usłyszała „szmer, jakby szelest jedwabnej sukienki. Piękna Pani usiadła w fotelu księdza dyrektora”, pod obrazem św. Anny. Do dziś możemy oglądać fotel stojący w tym samym miejscu.

Matka Boża skarżyła się Katarzynie na odstępstwa od wiary, na lekceważenie i łamanie przykazań. Zapowiedziała też kary, jakie spadną na ludzi i Francję, oraz zachęcała Katarzynę do modlitwy i pokuty wynagradzającej za grzeszników.

Trzeba podkreślić, że Maryja wybrała na początek swych objawień dzień św. Wincentego à Paulo, który wówczas obchodzono 19 lipca, a nie jak obecnie 27 września. W czasie tego nocnego spotkania Maryja powiedziała Katarzynie, że pragnie powierzyć jej specjalną misję. Mówiła też o wielu trudnościach i przeciwnościach, z jakimi będzie musiała się zmierzyć, tak w samym zgromadzeniu, jak i poza nim. Jednocześnie wskazując ręką na tabernakulum, Matka Najświętsza zachęciła Katarzynę, aby w chwilach trudnych przychodziła do stóp ołtarza. Zapewniła ją też, że potrzebne siły i rozwiązanie każdego problemu znajdzie u Chrystusa Eucharystycznego.

Objawienie Cudownego Medalika. Najważniejsze objawienie miało miejsce również w nocy – 27 listopada 1830 roku. Sama Katarzyna tak opisała to zdarzenie wiele lat później: „W sobotę przed pierwszą niedzielą Adwentu, gdy jak zwykle odprawiałam wieczorem rozmyślanie, usłyszałam znowu jakby szelest jedwabnej sukni. Ujrzałam Najświętszą Dziewicę obok obrazu św. Józefa. Była średniego wzrostu, ale tak nadzwyczajnej piękności, że jest to niemożliwe wyrazić. Stała w czerwonawo połyskującej sukni z wąskimi rękawami, zapiętej pod szyją. Jej głowę aż do stóp okrywał biały welon. Czoło zdobiła obszyta drobną koronką opaska przylegająca ściśle do włosów. Pod nogami Maryi była kula ziemska, a raczej pół kuli, bo widziałam tylko jej połowę. W rękach lekko trzymała drugą kulę ziemską – symbol całego wszechświata. Wzniosła oczy ku niebu, składając jakby w ofierze cały wszechświat Panu Bogu. Jej twarz promieniała jasnością. Nagle na jej palcach zjawiły się kosztowne pierścienie wysadzane drogimi kamieniami. Z nich zaś na wszystkie strony wychodziły jasne promienie. Bił z nich taki blask, że Jej twarz i szata stały się prawie niewidzialne. […] Gdy olśniona tym widokiem wpatrywałam się w Jej majestat, Maryja zwróciła wzrok na mnie, a głos wewnętrzny mówił mi: ’Kula ziemska, którą widzisz, przedstawia cały świat i każdą osobę w szczególności… Promienie, które widzisz spływające z mych dłoni, są symbolem łask, jakie zlewam na tych, którzy mnie o nie proszą’. Zrozumiałam, że Matka Najświętsza jest tak bardzo hojna dla tych wszystkich, którzy się do Niej uciekają i Jej pomocy wzywają. Następnie otoczył Najświętszą Pannę, która miała ręce zwrócone ku ziemi, pas, a na nim znajdował się napis złotymi literami: ’O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy’. Potem usłyszałam głos mówiący do mnie: ’Postaraj się o wybicie medalika według tego wzoru; osoby, które będą go nosiły, dostąpią wielkich łask, szczególnie jeżeli go będą nosiły na szyi. Łaski w wielkiej obfitości spłyną szczególnie na tych, którzy go będą nosić z ufnością’. W tej chwili obraz się obrócił. Na jego drugiej stronie ujrzałam literę M z wyrastającym ze środka krzyżem, a poniżej monogramu Najświętszej Panny Serce Jezusa otoczone cierniową koroną i Serce Maryi przeszyte mieczem”.

Podczas trzeciego krótkiego objawienia w grudniu 1830 roku Katarzyna widzi znowu Maryję w kaplicy powyżej tabernakulum. Matka Boża potwierdza zleconą jej misję i zachęca do działania. Jej ostatnie słowa brzmią: „Nie zobaczysz mnie już więcej”.

Rozpowszechnianie Medalika. Święta Katarzyna po wielekroć rozmawiała o swych objawieniach ze spowiednikiem o. Jeanem Marie Aladelem. Ten zaś ją ofuknął: „Strzeż się urojeń”. I zakazał jej o tym mówić i myśleć. Przez ponad rok daremnie prosiła go o zezwolenie na wybicie medalików. On jednak ostrożnie i z dużą nieufnością podchodził do relacji siostry, wykazując daleko idący sceptycyzm.

W styczniu 1832 roku o. Aladel uzyskał audiencję u arcybiskupa Paryża, któremu zrelacjonował wszystko, co wydarzyło się w konwencie sióstr szarytek przy Rue du Bac 140. Arcybiskup Hyacinthe-Louis de Quélen potraktował informację kapelana z życzliwym zainteresowaniem i powagą, zwłaszcza że sprawy dotyczyły czasu, kiedy rewolucjoniści splądrowali i częściowo zniszczyli siedzibę biskupią. Wysłuchawszy relacji kapelana, powiedział: „Osądzimy drzewo po owocach”. Zarządził – trwające ponad rok – kanoniczne badania wydarzeń i objawień oraz łask, jakie w tym czasie otrzymali wierni. Obszerny raport biskupiej komisji stwierdził wiarygodność tak samych objawień, jak też wyraźnych i ewidentnych cudów. Arcybiskup de Quélen urzędowo wydał oficjalną aprobatę objawień i zezwolił na wybijanie medalików Niepokalanej.

W marcu 1832 roku w Paryżu wybuchła epidemia cholery. Zaraza zaczęła pustoszyć miasto. Liczba ofiar wzrastała w zastraszającym tempie. Zmarło ponad 18 tysięcy osób. 30 czerwca 1832 roku wybito pospiesznie pierwszą partię medalików i zakonnice z klasztoru objawień rozpoczęły rozdawanie ich wśród dotkniętych zarazą. Zaczęły dziać się niezwykłe cuda, rozprzestrzenianie się choroby ustało. Pod wpływem tych zdumiewających wydarzeń sam arcybiskup Paryża stał się gorącym orędownikiem i apostołem Cudownego Medalika. W swoich licznych wystąpieniach pasterskich zachęcał z wielkim przekonaniem do noszenia medalika i oddawania mu czci. W 1836 roku zaś całą archidiecezję paryską oddał pod opiekę Maryi Niepokalanej i u Papieża Grzegorza XVI wyjednał dodanie do Litanii loretańskiej wezwania: Królowo bez grzechu pierworodnego poczęta.

Odtąd też medalik Niepokalanej zaczęto nazywać Cudownym Medalikiem. Parę tysięcy medalików – wraz z relacją o cudach – zostało wysłane do Rzymu, gdzie Grzegorz XVI rozdawał je swoim gościom i pielgrzymom przybywającym na audiencje. W 1838 roku zaś oficjalnie uznał go za wielkie i niezwykłe narzędzie łaski Bożej.

W ciągu 10 lat w samym Paryżu wybito 6 mln medalików. W 1842 roku było ich już około 100 mln. I w tym właśnie roku, 20 stycznia, jeden z nich, ofiarowany przez kolegę Żydowi Alfonsowi Ratisbonne’owi, stał się narzędziem jego słynnego nawrócenia w kościele św. Andrzeja delle Fratte w Rzymie.

Niezliczone łaski spłynęły na cały świat dzięki miliardom Cudownych Medalików. Ten niezwykły znak dany nam przez Matkę nieustannie gotową pomagać swym dzieciom stał się najpotężniejszym środkiem ewangelizacyjnym w czasach nowożytnych.

Ciche i ukryte życie. Półtora roku po objawieniach, zaraz po otrzymaniu habitu, czyli zakonnych obłóczynach, Katarzyna została przeniesiona do Reuilly pod Paryżem, do pracy w przytułku dla najbiedniejszych. Pozostała w nim przez pozostałe 46 lat swego życia, pracując w pralni, kuchni, wśród starców, chorych, niepełnosprawnych. Świat nie wiedział o tym, że to ją właśnie wybrała Maryja, by obdarzyć nas Cudownym Medalikiem.

Gdy Katarzynę opuściły siły, została furtianką, by chociaż obsługiwać bramę wejściową przytułku. Przeczuwając bliską już śmierć, zapisała słowa: „Byłam tylko narzędziem. To nie dla mnie ukazała się Najświętsza Dziewica. Jeśli wybrała właśnie mnie, uczyniła to tylko dlatego, by nikt nie wątpił w prawdziwość objawień”.

Po ofiarnym, pełnym umartwień życiu Katarzyna odeszła do Pana 31 grudnia 1876 roku o godzinie 19.00. Po raz pierwszy w dziejach sióstr szarytek w godzinę jej śmierci uderzono w dzwony. Wtedy dopiero wszystkie siostry dowiedziały się od przełożonej, że to ona była powiernicą Niepokalanej.

Wizjonerkę pochowano – jak inne współsiostry – w kaplicy cmentarnej w obrębie przytułku, w którym posługiwała. W 1933 roku, tuż przed beatyfikacją Katarzyny, arcybiskup Paryża ks. kard. Jan Verdier polecił otworzyć grobowiec zakonnicy. Jej ciało zachowane od rozkładu przeniesiono do kaplicy objawień i złożono w szklanym sarkofagu po prawej stronie prezbiterium. Kanonizacji dokonał 14 lat później Papież Pius XII, który nazwał ją Świętą Milczenia. Ze wzruszeniem oglądamy dzisiaj ciało powiernicy Niepokalanej cudownie zachowane od rozkładu śmierci.

Jan Paweł II już podczas swej pierwszej pielgrzymki do Francji nawiedził kaplicę objawień na Rue du Bac 140. Powiedział wtedy: „Przychodzę jako pielgrzym za tymi wszystkimi, którzy przez 155 lat przybywali do tej kaplicy […] oddaję Tobie, Matko, moje siły i gotowość służenia”. I my czyńmy podobnie.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 18.02.2020.

do góry

4. La Salette, Płacząca Piękna Pani

W La Salette Matka Boża wzywa do nawrócenia swoje dzieci zwiedzione antyboską rewolucją.

Po szesnastu latach od objawienia Cudownego Medalika Matka Najświętsza, cudowna Lekarka w chorobach, przychodzi 19 września 1846 roku do La Salette, by tym razem w południowo-wschodniej części Francji, w Alpach, leczyć swoje zagubione dzieci, poranione i zwiedzione demoniczną rewolucją.

Walka z dotychczasowym porządkiem, wiarą i moralnością katolicką doprowadziła do zerwania odwiecznych więzów rodzinnych i sąsiedzkich i spowodowała samodegradację społeczeństwa. Ponad pół wieku ciągłych przewrotów, walk i zmian doprowadziło całe grupy społeczne do zubożenia, a nawet skrajnej nędzy i głodu. Za biedą i niedostatkiem postępował też upadek moralny.

Rewolucyjny terror, szerzenie nienawiści, mordy, grabieże i bratobójcze walki, niszczenie kościołów, kpiny z wiary i moralności, mordowanie księży, rozwiązywanie zakonów – to wszystko prowadziło do apatii, zniechęcenia i zaniechania praktyk religijnych.

Interwencja Opatrzności. Bóg odrzucony z życia osobistego, rodzinnego i społecznego zechciał przez Maryję ratować swoje dzieci z dna duchowej nędzy i moralnego upadku. Tylko nadprzyrodzona interwencja Opatrzności mogła pomóc otrząsnąć się i wyrwać z szatańskiego zamętu i bezładu, by wrócić do moralnego życia według porządku ustalonego przez Boga. Widzącym w La Salette Maryja wyraźnie powiedziała, że przychodzi z orędziem do całego ludu, który już w trzecim pokoleniu doświadczał urządzania świata bez Boga, a nawet przeciw Niemu. Można powiedzieć, że tak jak objawienie Cudownego Medalika odnowiło północno-zachodnią Francję, tak objawienia w La Salette odmieniły Francję wschodnio-południową. Dwanaście lat później, w 1858 roku, nastąpiła kolejna interwencja zatroskanej Matki na południu kraju – w Lourdes. Do La Salette już w pierwszych miesiącach po objawieniach przybyło kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów. Dziś corocznie – pomimo bardzo trudnych warunków, ponieważ trzeba dotrzeć aż na wysokość 1800 m n.p.m. – pielgrzymuje ich tu kilkaset tysięcy.

Widzący. Tak jak w wielu objawieniach, w La Salette Matka Boża również przychodzi do dzieci, które są czyste, ufne i szczere. Maksymin Giraud (ur. 26 lub 27 sierpnia 1835 roku), nazywany zdrobniale Mémin, miał wtedy 13 lat i był czwartym dzieckiem ubogiego kołodzieja. Matka zmarła, gdy miał zaledwie 17 miesięcy. Nie chodził do szkoły i mówił tylko miejscową gwarą patois. Dziećmi bliżej zainteresowano się dopiero po objawieniach i wtedy wysłano je do szkoły. Dwa lata później, w 1848 roku, Maksymin, mając 15 lat, i Melania, 17 lat, przystąpili do Pierwszej Komunii Świętej. Dalsze losy Maksymina są bardzo burzliwe. Wstąpił do seminarium, ale ze względu na wieloletnie braki w nauczaniu i wychowaniu musiał je opuścić. Potem znajdujemy go w różnych miejscach i przy różnych zajęciach, nawet w Paryżu i Rzymie. Pracował w hospicjum, był handlowcem, a nawet żuawem papieskim chroniącym Państwo Kościelne przed uzurpacją Wiktora Emanuela II. Wdając się w wątpliwe interesy, popadł w długi i choroby, wrócił w rodzinne strony i zmarł w wieku zaledwie 40 lat w Corps w 1875 roku.

Melania też była czwartym z dziesięciorga dzieci w rodzinie. Od wczesnego dzieciństwa wysyłana do różnych posług, zarabiała na utrzymanie rodziny. W domu spędzała tylko zimę, a w lecie pieliła w ogrodach, pilnowała małych dzieci, pasała bydło na górskich halach. Nielubiana przez swoją matkę, nie zaznała ciepła rodzinnego domu. Od wczesnego dzieciństwa była samotna, nieufna, nieśmiała i zamknięta w sobie. Cztery lata po objawieniach została postulantką u Sióstr Opatrzności Bożej w Grenoble. Potem przebywała w klasztorach: u karmelitanek w Anglii i u pasjonistek w Marsylii. W sumie przez 23 lata – z przerwami – przebywała we Włoszech, gdzie dawała świadectwo swojego spotkania z Maryją wsparta autorytetem i pomocą wielu biskupów. Napisała też swoją autobiografię. Siostry antonianki z Altamura przyjęły ją do swojej wspólnoty na krótko przed śmiercią, 15 grudnia 1904 roku. Pochowana została w kościele Niepokalanego Poczęcia, gdzie cieszy się lokalną czcią jako ta, która rozmawiała z Matką Najświętszą.

Matka Boża Płacząca. 19 września 1848 roku Melania i Maksymin jak co dzień doglądali pasącego się bydła na hali Planeau. W kotlinie, gdzie płynie strumyk, spostrzegają nagle kulę ognia, „jakby to spadało słońce”. W oślepiającej jasności ukazuje się im Belle Dame – Piękna Pani – siedząca na kamieniu z łokciami opartymi na kolanach. Ukrywa twarz w dłoniach i szlocha. Nagle Piękna Pani podnosi się i ciepło mówi do nich: „Zbliżcie się, moje dzieci. Nie bójcie się. Jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.

Wtedy dzieci zbiegają ze zbocza. Stają tuż przy Niej. Piękna Pani cały czas płacze. Jak później opowiadali: była wysoka i cała ze światła. Ubrana odświętnie jak miejscowe kobiety z pobliskich wiosek: w długą suknię sięgającą stóp, w wielki fartuch opasujący biodra, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach. Na jej głowie był czepek wieśniaczki ozdobiony różami podobnie jak brzeg chusty i stopy. Przy brzegach chusty miała płaski łańcuch. Drugi łańcuch podtrzymywał na piersiach wielki krucyfiks, na którego ramionach po jednej i drugiej stronie zwisały obcęgi i młotek – znaki Męki Pańskiej. Z postaci Ukrzyżowanego wypływa wielka światłość. Na czole Pięknej Pani jasność jakby gęstniała, tworząc iskrzący się diadem. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę,

Przekażcie to całemu mojemu ludowi. W rozmowie z dziećmi na początku Maryja uzasadnia swój płacz. Jak dobra, kochająca matka z żalem płacze nad biedą moralną swych dzieci. I mówi do pastuszków: „Jeżeli mój lud nie zechce się nawrócić, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna już cierpię z waszego powodu! Chcę, by mój Syn was nie opuścił. Nieustannie Go o to proszę, a wy nic sobie z tego nie robicie”.

Przesłanie Płaczącej Matki jest krótkie i sprowadza się do wyrażenia bólu i smutku z powodu ludzkich grzechów i niewdzięczności za Boże dary, a zwłaszcza za pokarm i płody ziemi.

„Jeżeli zbiory się psują – to tylko wasza wina. Wszystko, co posiejecie, zjedzą robaki”. W tych słowach Maryja poucza, że grzech niszczy nie tylko duszę, ale też wprowadza zamęt w przyrodzie i świecie. W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii.

Szczególnie dwa grzechy: lekceważenie niedzieli i przekleństwa – jak mówi Maryja – czynią ciężkim ramię Jej Syna. Troskliwa Matka przypomina o obowiązku święcenia dnia świętego: „Dałam wam sześć dni do pracy, a siódmy zarezerwowałam dla siebie, i nie chcecie mi go poświęcić. Ten właśnie grzech obciąża tak bardzo ramię mojego Syna!”. Maryja przypomina ważność trzeciego przykazania, powszechnie wtedy lekceważonego. I boleje: „W lecie tylko niewiele starszych kobiet chodzi na Mszę świętą. Inni zaś przez całe lato pracują w niedzielę. Zimą, kiedy nie wiedzą, czym się zająć, idą na Mszę świętą jedynie po to, aby sobie dworować z religii”. A co by Maryja powiedziała dziś o naszym święceniu niedzieli? Święta niedziela niszczona jest dziś przez lenistwo, przez natłok imprez sportowo-rozrywkowych, przez handel, różne giełdy, przez brak zrozumienia, że dzień ten jest dla Pana.

Na drugim miejscu Maryja mówi o grzechach popełnianych także obecnie. Są to grzechy języka: złorzeczenia, przekleństwa, wulgaryzmy, pomówienia i lekceważenie imienia Bożego. Matka z bólem skarży się: „Także wozaki, którzy złorzeczą, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna”. A dziś? Wulgaryzacja języka nie dotyczy już tylko woźniców, ale stała się powszechna wśród ludzi z cenzusami, nawet wśród dzieci. „To są właśnie te dwa grzechy – po raz drugi mówi Maryja – które tak bardzo obciążają ramię mojego Syna”.

Kolejnym grzechem, który opłakuje Matka Najświętsza, jest zaniedbanie i lekceważenie modlitwy. „Czy dobrze się modlicie moje dzieci? – Nie, proszę Pani, nie bardzo – odpowiedziały dzieci. – Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem! Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej ’Ojcze nasz’ i ’Zdrowaś Maryjo’, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej”. Modlitwa jest najgłębszą istotą życia chrześcijańskiego. We wszystkich swoich objawieniach Maryja zachęca, prosi i przynagla do modlitwy, bo jej moc zmienia świat. Czytający te słowa niech uczynią mottem swego życia błaganie Maryi z La Salette: Módlcie się więcej! Od dziś i my też, jeśli chcemy być dziećmi Maryi – módlmy się więcej!

Orędzie nawrócenia. W istocie całe orędzie Maryi jest wezwaniem do porzucenia grzechu i nawrócenia, do odkrycia Boga czułości zatroskanego o swoje błądzące dzieci.

„Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą”. Ład Boży w człowieku przekłada się na ład Boży w świecie. Potrzebna była aż interwencja z niebios, by wyrwać ich z obojętności i zagubienia. Przesłanie objawień z La Salette jest aktualne także w naszych czasach, gdy świat coraz bardziej pogrąża się w totalnym chaosie moralnym. Doskonale skomentował to ks. bp Guy André Marie de Kérimel, obecny biskup Grenoble, w 2016 roku z okazji 170. rocznicy objawienia: „Przesłanie Matki Bożej z La Salette dla naszych czasów jest jasne: jeśli zapomina się o Bogu, zastępując Go bożkami, które proponuje społeczeństwo konsumpcyjne, człowiek się wyjaławia, nie ma na czym budować życia osobistego ani społecznego”.

Maryja z La Salette zaprasza również nas do ciągłej odnowy życia i świadectwa wiary.

Kończąc swoje przesłanie, Matka Boża powtarza po raz drugi z naciskiem: „A więc, moje dzieci, ogłoście to, co słyszałyście, całemu mojemu ludowi”. Po czym Piękna Pani oddala się, przekracza strumyk, lekko jakby kreśląc literę S (Sanctissima – Najświętsza) po krętym zboczu, które wznosi się w stronę małej przełęczy le Collet. Tam unosi się do góry. Dzieci biegną za Nią. Ona zaś spogląda w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, „rozpływa się w świetle”. Z czasem tak właśnie – zgodnie z oddalaniem się Maryi – ustawiono na zboczu stacje drogi krzyżowej. W miejscu objawień zaś umieszczono piękną spiżową postać Płaczącej Pięknej Pani.

Zatwierdzenie objawień. Dnia 19 września 1851 roku, po pięcioletnim i rygorystycznym dochodzeniu, po wnikliwym zbadaniu samego zdarzenia, świadków, treści orędzia i jego skutków, biskup Grenoble Philibert de Bruillard oświadczył uroczyście: „Objawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 roku na jednej z gór we francuskich Alpach, położonej w parafii La Salette posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”. W 1855 roku kolejny biskup Grenoble Jakub Achilles Ginoulhiac po nowym śledztwie potwierdza decyzję swojego poprzednika, oświadczając: „Misja pasterzy się skończyła, zaczyna się misja Kościoła”.

19 września 1879 roku, w 33. rocznicę objawień, Leon XIII nadał świątyni prestiżowy tytuł bazyliki mniejszej i zezwolił na uroczystą koronację figury Maryi pod wezwaniem Pojednania Grzeszników. W 1934 roku dekretem Papieża Piusa XI, który żywo interesował się objawieniami, ustalono doroczne święto Matki Bożej z La Salette na dzień 19 września. Od 1986 roku – za aprobatą Jana Pawła II Wielkiego – nowy oficjalny tytuł Madonny z La Salette brzmi: Maryja, Matka Pojednania.

Bazylika w La Salette. Jest najwyżej położonym sanktuarium maryjnym na świecie, bo aż 1820 m n.p.m. Mówi się o nim „sanktuarium blisko nieba”, bo często skrywają je chmury. Już sześć lat po objawieniach, 1 maja 1852 roku, sędziwy 88-letni biskup diecezji Grenoble Philibert de Bruillard wjechał konno na świętą górę, by położyć kamień węgielny pod budowę kościoła. Piękna dwuwieżowa bazylika wznosi się pośród majestatycznych alpejskich szczytów. Potężną neoromańską trzynawową świątynię – ze skał pobliskiego stoku góry Gargas – zbudowano na planie krzyża w ciągu zaledwie 9 lat. Konsekrowano ją w 1861 roku, choć prace wykończeniowe trwały jeszcze 4 lata. W świątyni umieszczone zostały serca biskupa Philiberta i Maksymina. Na szczególną uwagę we wnętrzu świątyni zasługuje kilka dzieł słynnego Arcabasa, malarza ognistej wiary (wł. nazwisko Jean-Michel Pirot), wielkiego odnowiciela europejskiej sztuki sakralnej w XX wieku. W centrum absydy Arcabas umieścił genialny fresk Chrystusa Pantokratora nawiązujący do „Powrotu syna marnotrawnego” Rembrandta. Chrystus Arcabasa ma też prawą rękę bardziej delikatną, co ma wskazywać na Jego nieskończone miłosierdzie.

Początkowo przybywających pielgrzymów obsługiwali kapłani wyznaczeni przez biskupa de Bruillard. Jego następca biskup Ginoulhiac w 1858 roku powołał w tym celu specjalne Zgromadzenie Misjonarzy Matki Bożej z La Salette. Cieszymy się też ich obecnością w Polsce. Trzynaście lat później powstała pierwsza wspólnota zakonna sióstr, potem kolejne. Dziś złączone razem noszą nazwę Zgromadzenia Sióstr Naszej Pani z La Salette.

Rozpoczęty w La Salette płacz Maryi nad grzesznikami trwa dalej. Świat szaleje, a Matka płacze nad swoimi dziećmi. Płacze w Akita w Japonii, w Civitavecchia we Włoszech, w Naju w Korei Południowej. Pamiętajmy o łzach Maryi w Lublinie. Od 3 lipca 1949 roku czcimy w archikatedrze lubelskiej wizerunek Matki Bożej Płaczącej. Od 2014 roku – na mocy decyzji Kongregacji Kultu Bożego – dzień ten jest w archidiecezji lubelskiej świętem Najświętszej Maryi Panny Płaczącej.

Maryja płacze nad całym światem. Dlaczego? Bo świat tonie w grzechu i nieprawości. Najlepsza Matka lęka się o naszą wieczność. I wzywa do nawrócenia i pokuty. Na łzy naszych bliskich, a nawet obcych wzruszamy się, wypowiadamy słowa pokrzepienia i pociechy. A jak odpowiadamy na łzy naszej najlepszej Matki Maryi?

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 25.02.2020.

do góry

5. Lourdes, Maryja Niepokalanie Poczęta

Już po 12 latach od objawień w La Salette Maryja podaje Francji kolejne koło ratunkowe w Lourdes.

Zrujnowany i skłócony przez rewolucje naród, będący w głębokiej moralnej zapaści, mogło podźwignąć tylko Niebo. Maryja, cudowna lekarka w chorobach, w ciągu jednego tylko pokolenia przychodzi po raz trzeci, tym razem do Lourdes, by opatrywać rany swoich dzieci, które dały się zwieść i uległy pokusie wolności od Boga. Wstąpmy więc dziś i my do Lourdes, gdzie Maryja – według słów św. Piusa X – ustanowiła „stolicę swej przeogromnej dobroci”.

Miejsce objawień. Skała Massabielska to olbrzymie wypiętrzenie skalne i odosobniony górotwór mający 27 metrów wysokości. W miejscowej gwarze nazywano go „massavielle”, tzn. stara skała. Od strony rzeki Gave de Pau ma trzy groty. Największa z nich nosi nazwę Grota Massabielska. Ma 60 m powierzchni oraz 6 m wysokości.

Wewnątrz największej groty, nieco powyżej, po prawej stronie, na wysokości około 4 metrów jest mała owalna nisza, w której Maryja objawiała się Bernadecie Soubirous. Umieszczono w niej figurę Niepokalanej wykutą z karraryjskiego marmuru według wskazówek Bernadety. Polskie serca raduje fakt, że statua została wykonana przez znanego medaliera i rzeźbiarza polskiego pochodzenia Józefa Hugo Fabisza z Akademii Sztuk Pięknych w Lyonie. Statua została umieszczona w grocie w 1864 roku.

Wizjonerka Bernadeta. Na chrzcie otrzymała imię Bernarda Maria. Od początku nazywano ją jednak Bernadetą. Urodziła się jako pierwsze dziecko 7 stycznia 1844 roku w pobożnej i biednej rodzinie młynarza Franciszka i Ludwiki Soubirous. Mając osiem lat, zachorowała na cholerę, po której na resztę życia pozostała jej astma. Później kolejno zaatakowała ją gruźlica kości, która zahamowała jej wzrost na 140 cm. Dopiero w wieku 14 lat, a był już rok 1858, zaczęła przygotowywać się do Pierwszej Komunii św. Do tego czasu nie uczęszczała nawet do szkoły, nie umiała czytać ani pisać. Znała jedynie podstawy wiary, a na co dzień zwykle pomagała w pracach domowych, podejmowała pracę zarobkową bądź pilnowała młodszego rodzeństwa. Był to ważny argument w późniejszym procesie kanonicznym. Bowiem dziecko tak zaniedbane, bez elementarnej wiedzy, nie byłoby w stanie mistyfikować widzeń i przekazać logicznie z całym przekonaniem orędzia Maryi. Nie zdołałoby wymyśleć aż takiej historii.

Cierpienie nie opuszczało Bernadety przez całe życie. Lekceważona od dzieciństwa jako wiejska pasterka, potem wyśmiewana i zastraszana ze strony bezbożników i urzędników gminnych podczas objawień, a w końcu ledwo tolerowana w zakonie. A do tego trzeba dodać wzmagające się cierpienia z powodu astmy i gośćca, które ostatecznie przyczyniły się do jej śmierci w 35. roku życia. Znosiła wszystko, pamiętając co usłyszała od Niepokalanej już w trzecim objawieniu 18 lutego: „Nie obiecuję, że uczynię cię szczęśliwą na tym świecie, ale na tamtym”. Widzialnym znakiem wybrania i świętości jest do dziś zachowane od rozkładu ciało świętej Bernadety w kaplicy burgundzkiego klasztoru Saint-Gildard, złożone tam w kryształowej trumnie 3 sierpnia 1925 roku.

Pierwsze objawienia. Objawień było w sumie osiemnaście. Zaczęły się 11 lutego i trwały do 16 lipca 1858 roku. Podczas sześciu objawień Maryja nic nie mówiła, milczała, patrzyła tylko na Bernadetę i przyjaźnie się do niej uśmiechała. 11 lutego 1858 był nasz tłusty czwartek przed Środą Popielcową. Bernadeta ze swoją siostrą Antoniną i koleżanką Joanną poszły do lasu, aby nazbierać chrustu na opał. Nagle, przechodząc koło groty, Bernadeta usłyszała dziwny szum. W niszy skalnej z przerażeniem zobaczyła „ubraną na biało Panią”. Chwyciła więc za różaniec, ale ze strachu, cała drżąc, nie mogła się nawet przeżegnać. „Ta oto tam” (dosł: Aquèro) – jak na początku Bernadeta określała zjawiającą się Panią, przyjaźnie się do niej uśmiechała. Zdjęła z nadgarstka żółty różaniec i razem z Bernadetą przesuwała paciorki, nie poruszając ustami.

Na drugie objawienie, 14 lutego, Bernadeta wzięła ze sobą wodę święconą, aby się upewnić, że Aquèro była od Boga, a nie od szatana. Powiedziała do Pani: „Jeżeli jesteś od Boga – zostań! Jeśli nie – odejdź”! Im więcej kropiła, tym więcej Pani się uśmiechała i pokornie skłoniła głowę.

W trzecim objawieniu, 18 lutego, Pani po raz pierwszy przemówiła. Z Bernadetą, jak później zapisała „były osoby godne najwyższego szacunku”. Wzięły one ze sobą papier, atrament i pióro. Wszyscy odmówili Różaniec. Po czym Bernadeta poprosiła, by Pani napisała to, co chce powiedzieć. Wtedy po raz pierwszy Pani się odezwała. Powiedziała, że ma wiele do powiedzenia i nie da się tego wszystkiego spisać na kawałku papieru. Prosiła Bernadetę, by przychodziła na to miejsce jeszcze 15 razy.

Przesłanie Maryi. Na kolejne objawienia przychodziło coraz więcej ludzi. Bernadeta, ze względu na dorywcze prace zarobkowe i obowiązki domowe, przychodziła o różnych porach. Dwa razy była też z matką, a raz z ciotkami. Na dwunastym objawieniu, 1 marca, był też ksiądz Antoni Desirat, który akurat w innych sprawach przyjechał do Lourdes. Wtedy to Pani oddała Bernadecie swój różaniec. Okoliczni księża, nastawieni sceptycznie do objawień, nigdy nie pojawiali się przed grotą.

Dwukrotnie w siódmym (23 lutego) i w trzynastym objawieniu (2 marca) Pani prosiła, żeby księża wznieśli tu kaplicę. W tej sprawie Bernadeta pierwszy raz poszła do parafii sama, a po raz drugi w towarzystwie dwóch ciotek. Odpowiedź proboszcza Dominika Peyramale’a raz i drugi była taka sama i stanowcza: niech poda swoje imię i niech zimą zakwitną róże w grocie. Owe róże, o które dopominał się proboszcz, mogą sugerować, że ksiądz znał objawienia w Guadalupe, gdzie róże przyniesione w zimie przez Juana Diego przekonały biskupa o prawdziwości jego relacji.

Wezwanie do pokuy i nawrócenia. Podczas niektórych objawień Maryja była bardzo smutna. Tak było 21 lutego podczas szóstego objawienia. Bernadeta zapytała o powód tego przygnębienia i usłyszała odpowiedź: „Módlcie się za grzeszników”. Podczas ósmego objawienia, 24 lutego, Bernadeta przekazała prośbę proboszcza o podanie imienia i róże. Maryja jednak nic na to nie odpowiedziała. Znowu prosiła tylko o modlitwę i wołała: „Pokuta, pokuta, pokuta. Módlcie się do Boga o nawrócenie grzeszników! Całujcie ziemię na znak pokuty za grzeszników”. Od tego czasu znak ucałowania ziemi w XIX wieku znany był w całej Europie. Starsi pamiętają, że jeszcze w latach powojennych w wielu regionach Polski wchodzący do kościoła przed samym wejściem na znak pokuty klękali i całowali posadzkę. Przypomniał nam to przecież Jan Paweł II Wielki. Gdy nie mógł już uklęknąć, podawano mu misę z ziemią kraju, do którego przybył.

Na dziesiąte (27 lutego) i jedenaste (28 lutego) objawienia przybyło już po paręset osób. I znowu Maryja w oba te dni ze smutkiem na obliczu prosi o pokutę za grzeszników. Po raz drugi mówi o pokutnym geście całowania ziemi. Samą zaś Bernadetę wręcz prosi: „Całuj ziemię na odkupienie dla grzeszników”. Na piętnaste objawienie, 4 marca, do groty przybyło już tysiące osób nawet z dalekich stron. Po odmówieniu trzeciego „Zdrowaś” drugiego dziesiątka Różańca Bernadeta weszła w ekstazę. Stojący obok zaświadczali potem, że na twarzy wizjonerki na przemian widać było radość bądź ból i smutek. Tak potem Bernadeta sama opisała to spotkanie: „Byłam smutna, gdy Ona była smutna, a gdy się uśmiechała, ja też się uśmiechałam; mówiła mi często, że trzeba się modlić o nawrócenie grzeszników, wtedy posmutniałam”. W sumie więc Maryja czterokrotnie wzywała do nawrócenia i pokuty. Za każdym razem, gdy Maryja mówiła o grzesznikach, Bernadeta widziała smutek na Jej obliczu, zaś świadkowie mówili o smutku na twarzy Bernadety. Maryjo z Lourdes, ratunku ginących grzeszników, módl się za nami!

Źródło. Podczas dziewiątego objawienia, 25 lutego, padał deszcz i było zimno. Bernadeta, ze względu na możliwość zarobku w tym dniu, przybyła do groty już o 5 rano. Przy grocie czekało na nią ponad tysiąc osób. Wieczorem musiała iść na drugie przesłuchanie do prokuratury. Tak sama opisała potem to zdarzenie: „Gdy się modliłam, Pani poleciła mi przyjaznym, ale poważnym tonem, abym poszła się napić i umyć do źródła. Udałam się do rzeki Gave, bo nie wiedziałam o żadnym źródle. Pani przywołała mnie i wskazała palcem miejsce w grocie, po lewej stronie. Poszłam, ale nie widziałam żadnej wody. Nie wiedząc, skąd mam ją wziąć, zaczęłam drapać w ziemi i nagle się pojawiła. Na początku była brudna i błotnista, więc trzykrotnie ją wyrzuciłam, ale za czwartym razem wytrysnął strumień i udało się mi napić i umyć. Pani kazała mi również zjeść zioła, po czym zniknęła”. Po obmyciu wodą ze źródła nazajutrz, 26 lutego, kamieniarz Ludwik Bouriette odzyskał wzrok w prawym oku, którym od dwudziestu lat nie widział. W podzięce za ten cud kamieniarze jeszcze tego samego dnia odkuli lewą część skały utrudniającą dostęp do groty.

Najważniejsze objawienie. Objawienie 25 marca, w święto Zwiastowania, było najważniejsze ze wszystkich. Na to, już szesnaste, objawienie w Massabielle zgromadziły się tysiące ludzi. Słusznie spodziewając się, z racji święta Zwiastowania, objawienia szczególnego. I rzeczywiście tak się stało. Gdy Bernadeta przybyła do groty, Pani w szczególnie uroczystej błękitnej poświacie już na nią czekała. Bernadeta po trzykroć pytała Maryję, kim jest, lecz odpowiedzią był ciągle tylko słodki uśmiech. Dopiero za czwartym razem Pani złożyła ręce jak do modlitwy, podniosła oczy ku niebu i w gwarze baskijskiej odpowiedziała: „Que soy era Immaculada Councepciou” – Jestem Niepokalanym Poczęciem.

Po czym zniknęła. Bernadeta zupełnie nie pojmowała tych słów. Nigdy nie słyszała takiego imienia. Odwróciła się do tłumów, powtarzając słowa Pani. Lud też był zdumiony, bo wtedy głównie używano określenia, że Maryja jest bez grzechu. Wielu wraz z Bernadetą pobiegło więc do proboszcza. Wizjonerka, by nie zapomnieć, całą drogę powtarzała: „Immaculada Concepciou, Immaculada Concepciou”. Proboszcz Dominik Peyramale, gdy usłyszał to, co powiedziała Bernadeta, wprost oniemiał. I nie mógł wydobyć z siebie słowa. Było dla niego oczywiste, że ta prosta dziewczyna nie mogła tego wcześniej wiedzieć ani wymyślić. Przez kolejne 13 dni Bernadeta, jak zwykle, przychodziła do groty codziennie. Maryja po raz siedemnasty pojawiła się jednak dopiero 7 kwietnia. Bernadeta trwała przez kilkadziesiąt minut w ekstazie wpatrzona w Maryję, która nic nie powiedziała, tylko się uśmiechała. Na objawieniu tym był też, wtedy po raz drugi, dr Dozous, ateista i niedowiarek, który uczestniczył w siódmym objawieniu. Przybył z zamiarem ostatecznej demistyfikacji objawień. Stało się jednak inaczej. W tym dniu zaczął się jego powrót do wiary. Zobaczył bowiem cud świecy. Bernadeta w ekstazie cały czas trzymała w lewej dłoni dużą świecę. Prawą trzymała nad płomieniem. Wszyscy ze zdziwieniem patrzyli, że płomień nie parzy jej dłoni.

Ostatnie, osiemnaste objawienie, miało miejsce 16 lipca. Bernadeta, jak miała w zwyczaju, pobiegła rano do groty. Odmówiła Różaniec. Ale Maryja nie przybyła. Wieczorem, ponieważ był to dzień Matki Bożej Szkaplerznej, poszła do kościoła. Nagle odczuła silne przynaglenie, by udać się do świętej groty. Nie mogła jednak wejść do niej, bo cały teren był już odgrodzony płytami i zasiekami przez bezbożną administrację gminy. Uklękła więc nad brzegiem rzeki Gave. I zobaczyła Panią. Tak potem zanotowała to zdarzenie: „Wydawało mi się, że jestem przed grotą w tej samej odległości, co zwykle i zobaczyłam Niepokalaną jeszcze piękniejszą, niż dotąd. Nic mi nie powiedziała, tylko jak zawsze serdecznie się do mnie uśmiechała”.

Dezawuowanie objawień. Masoneria i inni wyznawcy postępu, negujący istnienie nadprzyrodzoności, widząc napływających do Lourdes pątników, rzucili się z furią na Bernadetę. Dyspozycyjni dziennikarze umieszczali w prasie relacje pełne kpin, nazywając ją brudaską, tępą i niedorozwiniętą. Wiele wysiłków i niemałych kosztów włożonych „w oświecenie” prostego ludu poszło na marne. Każdego dnia coraz więcej pątników przybywało do Lourdes, by zobaczyć miejsce objawień, modlić się i nawracać. Chcąc zatrzymać religijne przebudzenie, ogłoszono, że były to halucynacje i wymysły biednego dziewczęcia, które w ten sposób kompensowało swoje braki. Podjęto starania, aby Bernadetę umieścić w zakładzie psychiatrycznym. Zastraszano ją, aby odwołała zeznanie i przyznała się, że wszystko to tylko jej fantazja i czcze wymysły. Wielokrotnie była przesłuchiwana i zastraszana przez naczelnika policji, prokuratora i sędziego. Próbowano ją w końcu przekupić obietnicami lepszego mieszkania dla rodziny bądź pieniędzmi i prezentami. Wtedy odpowiadała: „Wolę zostać biedna”. Szlachetne dziewczę mimo drwin, kpin i zastraszania trwało wiernie i ufnie przy prawdzie. Po przedostatnim objawieniu, 7 kwietnia, miejscowe władze 4 maja postanowiły zamknąć miejsce objawień. Uznano je, a jakże, za nielegalne miejsce kultu. Znamy i my te uzasadnienia z niedawnych czasów. Tyle lat minęło, a motywacja ta sama.

Blokada trwała 5 miesięcy. W tym czasie pielgrzymi kilka razy burzyli ogrodzenie, za co płacili wysokie mandaty. Wreszcie na rozkaz cesarza Napoleona III 5 października grota została odblokowana. Woda z Lourdes, podana przez jedną z dam dworu, uleczyła bowiem jego jedynego syna, następcę tronu Ludwika, zwanego Lulu.

Zatwierdzenie objawień. Dwanaście dni po ostatnim objawieniu, 28 lipca 1858 roku, ks. bp Bertrand Lawrence, biskup diecezji Tarbes, na terenie której leżało Lourdes (dziś Tarbes-Lourdes), powołał, zgodnie z prawem kościelnym, kanoniczną komisję do zbadania objawień w świętej grocie. Wielokrotnie przesłuchiwano samą Bernadetę, jej rodziców oraz dziesiątki świadków. Ukoronowaniem czteroletnich prac komisji było orzeczenie o autentyczności i nadprzyrodzonym charakterze objawień. W oficjalnym dekrecie pasterza diecezji z 18 stycznia 1862 roku czytamy: „Jesteśmy przekonani i uznajemy, że Niepokalana Maryja Panna, Matka Boża, rzeczywiście ukazała się Bernadecie Sobirous 11 lutego 1858 roku i w następnych dniach, w sumie osiemnaście razy, w grocie Massabielle, w pobliżu miasta Lourdes. Te objawienia noszą wszelkie znamiona prawdy i wierni mają podstawę do uznania ich za pewne”.

Sanktuarium. Teren sanktuarium obejmuje ponad 60 najrozmaitszych obiektów sakralnych i pielgrzymkowych znajdujących się na 51 hektarach. Przede wszystkim jest to majestatyczna bazylika Niepokalanego Poczęcia z 70-metrową wieżą, wzniesiona zaledwie trzynaście lat po objawieniach i posadowiona na 27-metrowej skale. Tuż poniżej przylega do niej pierwsza kaplica. Wzniesiono ją z polecenia Maryi, wypowiedzianego podczas siódmego i trzynastego objawienia. W rozpoczęciu jej budowy, w 1866 roku, uczestniczyła też Bernadeta, tuż przed swoim odejściem do klasztoru w Nevers. Jeszcze poniżej, już na poziomie samego placu, znajduje się dwa razy większa od świątyni górnej bazylika różańcowa, zwana też dolną. Konsekrowano ją w 1901 roku.

Największa ze świątyń, bazylika św. Piusa X, znajduje się przy południowym wejściu na plac. Ma kształt elipsy i cała znajduje się pod ziemią. Jest to wotum wdzięczności Francji za zakończenie II wojny światowej. Konsekrowana była w 1958 roku, w stulecie objawień, przez nuncjusza apostolskiego ks. abp. Giovanniego Roncallego, późniejszego Papieża św. Jana XXIII. Może pomieścić nawet 30 tysięcy osób.

Najważniejsza w Lourdes jest cudowna woda. Mikrobiologicznie taka jak każda inna. To właśnie ta woda, używana do picia i obmywania się, została wskazana przez Maryję do uzdrawiania ciała i duszy. Cuda, które rozpoczęły się w czasie objawień, trwają do dziś. Ponad siedem tysięcy z nich uznano za niewytłumaczalne z punktu widzenia aktualnej w danym czasie wiedzy medycznej. Zaś 70 Kościół i specjalistyczne komisje medyczne uznały za oczywiste cuda. Za grotą funkcjonuje obecnie 17 basenów z wodą ze źródła, osobnych dla mężczyzn, kobiet i dzieci, w których obmywa się rocznie blisko 400 tysięcy pielgrzymów, zanurzających się z nadzieją i wiarą w tej świętej wodzie. Wypływa jej ze źródła do 72 tys. litrów dziennie.

Matka Boża chce nas i dziś uzdrawiać nie tylko z chorób ciała, ale też i z chorób o wiele gorszych, bo ducha i duszy. Potrzebujemy uleczenia z duchowego lenistwa, obojętności, egoizmu, zazdrości, bezideowości, uzależnień od kolejnych bożków, teorii, mód, prądów oraz bezbożnych ideologii, jak gender. A zwłaszcza od podatności na odwieczne kłamstwa, które serwuje się nam w coraz to nowym, powabnym opakowaniu. Kolejne pomysły na poszukiwanie wolności od Boga i odrzucenie Go z życia osobistego i społecznego, jak pokazuje historia, kończą się jednak zawsze katastrofą. Trzymajmy się Maryi, stawajmy przed nią jak Bernadeta z gromniczną świecą, abyśmy nie dali się zwieść, aby nas nie ogarnęły ciemności fałszu.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 03.03.2020.

do góry

Z listu św. Marii Bernadety Soubirous.

(List do P. Gondrand, rok 1861).

Pani przemówiła do mnie. Pewnego dnia, kiedy wraz z dwiema dziewczynkami udałam się nad rzekę Gave, aby nazbierać chrustu, usłyszałam jakby szelest wiatru. Obróciłam się ku łące, ale zobaczyłam, iż gałązki drzew nie poruszają się wcale. Uniosłam wtedy głowę i spojrzałam w kierunku groty. Zobaczyłam Panią odzianą w białe szaty. Miała na sobie białą suknię, przepasana była niebieską wstęgą, na każdej z Jej stóp spoczywała złocista róża. Taki sam kolor miały ziarenka Jej różańca.

Kiedy Ją zobaczyłam, przetarłam oczy sądząc, iż mi się przywidziało. Zaraz też włożyłam rękę do kieszonki i znalazłam swój różaniec. Chciałam przeżegnać się, ale nie mogłam unieść opadającej ręki. Dopiero kiedy Pani uczyniła znak krzyża, wtedy i ja drżącą ręką spróbowałam, i udało się. Równocześnie zaczęłam odmawiać różaniec. Także Pani przesuwała ziarenka różańca, ale nie poruszała wargami. Kiedy skończyłam odmawianie, widzenie ustało natychmiast.

Zapytałam więc obydwie dziewczynki, czy czegoś nie widziały. Odpowiedziały, że nie. Spytały natomiast, co takiego mam im do opowiedzenia. Wtedy oznajmiłam im, że widziałam Panią w bieli i że nie wiem, kim Ona mogłaby być. Upomniałam je jednak, aby nie mówiły o tym nikomu. One znowu namawiały mnie, żebym nie wracała na to miejsce, ale ja się na to nie zgodziłam. Wróciłam więc na to samo miejsce w niedzielę, czując wewnętrznie, że coś mnie tam woła.

Pani przemówiła do mnie dopiero za trzecim razem. Zapytała, czy nie zechciałabym przychodzić tu do Niej przez dni piętnaście. Odpowiedziałam, że chcę. Pani powiedziała jeszcze, że mam powiedzieć kapłanom, aby postarali się o wybudowanie na tym miejscu kaplicy. Następnie poleciła mi napić się wody ze źródła. Ponieważ nie widziałam tam żadnego źródła, zwróciłam się w stronę rzeki Gave. Ale Pani dała mi znak, że nie tam, i palcem pokazała na źródło. Kiedy podeszłam bliżej, znalazłam zaledwie odrobinę błotnistej wody. Nadstawiłam dłoń, ale nic nie mogłam pochwycić. Zaczęłam więc drążyć ziemię w tym miejscu i dopiero wówczas mogłam zaczerpnąć nieco wody. Odrzuciłam trzy razy, za czwartym razem wypiłam. Widzenie znikło, a ja powróciłam do domu.

Przez piętnaście dni powracałam na to miejsce, a Pani ukazywała mi się za każdym razem, z wyjątkiem jednego wtorku i piątku. Polecała na nowo, abym zachęciła kapłanów do wybudowania kaplicy, zachęciła także, abym się obmyła w źródle i abym się modliła o nawrócenie grzeszników. Wielokrotnie zapytywałam, kim jest, ale Ona uśmiechała się tylko łagodnie. W końcu, trzymając ręce uniesione i kierując wzrok ku niebu powiedziała, że jest Niepokalanym Poczęciem.

W ciągu owych piętnastu dni powierzyła mi także trzy sekrety, których zabroniła komukolwiek wyjawiać. Zachowałam je wiernie aż po dziś dzień.

Źródło: Brewiarz t. III.

do góry

6. Champion, Matka Dobrej Pomocy

Pierwsze i jedyne uznane przez Kościół Maryjne objawienie w USA.

Rok po objawieniach w Lourdes Matka Najświętsza udała się z pomocą na drugą półkulę, do Champion w USA, by tam nieść nadzieję, pomoc i otuchę biednym emigrantom, w tym Polakom, którzy przypłynęli z Europy ogarniętej kryzysem gospodarczym i szukali środków do przeżycia w Ameryce. Często i tam w biedzie i morderczej pracy – choć z nadzieją – wykuwali swoją lepszą przyszłość. Maryja przybyła na bezkresne farmy, by pokrzepić ducha i pomóc zakorzenić się przybyszom z różnych stron na nowej ziemi, by jednoczyć Amerykę przez wiarę.

Wizjonerka. Jest nią Adela Brisé, córka belgijskich emigrantów Lamberta i Marii Katarzyny Brisé, którzy wraz z trzema córkami i synem przybyli do Stanów Zjednoczonych za chlebem w 1855 roku i osiedlili się w rejonach zamieszkałych przez belgijskich i polskich emigrantów.

Adela przyszła na świat 30 stycznia 1831 roku w niewielkim walońskim miasteczku Dion-le-Val. Od dzieciństwa była bardzo pobożna i nosiła w sercu pragnienie wstąpienia do klasztoru. Gdy przyszedł czas wyjazdu do USA, nie chciała opuszczać ojczystego kraju. Ponieważ razem ze swoimi koleżankami – a miała już 24 lata – chciała wstąpić do zakonu. Jednak pod wpływem spowiednika zmieniła decyzję, gdy usłyszała: jeśli twoje pragnienie jest wolą Bożą, to zostaniesz siostrą zakonną w Ameryce.

Z czasem, po wielu przeciwnościach, ciężkiej harówce u innych i tułaczym życiu, rodzina Brisé zakupiła 100 ha ziemi w stanie Wisconsin, w pobliżu miasta Green Bay, na obrzeżach jeziora Michigan. Wszyscy dalej ciężko pracowali, ale teraz już na własnej farmie Robinsonville.

Mijał czwarty rok ich obecności w USA. Pewnego razu, gdy Adela szła do oddalonego blisko sześć kilometrów młyna z workiem pszenicy na plecach, nagle między dwoma drzewami zobaczyła Panią w bieli, która po paru chwilach zniknęła.

Objawienia. Po kilkunastu dniach, w niedzielę, 9 października 1859 roku, Adela jak zwykle udała się na Mszę św. do odległego o mniej więcej 18 km kościoła Świętego Krzyża w Bay Settlement. I znowu zobaczyła Panią w tym samym miejscu, w którym ukazała się jej, gdy szła do młyna. Przejęta widzeniem, poszła do spowiedzi, by poprosić o radę spowiednika. Ojciec Wiliam Verdhoef poradził jej, by niczego się nie bała i w Imię Boga zapytała tę postać, kim jest i czego od niej chce.

Po Mszy św., umocniona słowami kapłana, Adela wracała do domu razem z dwoma sąsiadkami. I wtedy znowu w tym samym miejscu ukazała się jej Maryja po raz trzeci. Pani miała na sobie białą, lśniącą tunikę, przepasaną żółtym pasem. Złote pofalowane włosy spływały na Jej ramiona. Na głowie miała koronę z 12 gwiazd. Niebieski blask otaczał całą Jej postać. Pani w bieli patrzyła na Adelę – podobnie jak rok wcześniej w Lourdes na Bernadetę – z miłością i też nic nie mówiła.

Pouczona przez spowiednika Adela odważnie zapytała: „Kim jesteś, Pani?”. W odpowiedzi usłyszała: „Jestem Królową Niebios, która prosi o nawrócenie grzeszników. Pragnę, byś i ty robiła tak samo. Przyjęłaś dzisiaj Komunię Świętą – to bardzo dobrze, lecz trzeba zrobić dużo więcej. Idź do spowiedzi generalnej i często ofiarowuj Komunię za nawrócenie grzeszników. Jeśli się nie nawrócą i nie będą pokutować, mój Syn będzie zmuszony ich ukarać”.

Jedna z kobiet wracających z Adelą zdziwiła się, że rozmawia ona z kimś, kogo one nie widzą. „Uklęknijmy!” – dała rozkaz Adela. „Pani powiedziała, że jest Królową Niebios”. Na jej słowa Pani się uśmiechnęła, spojrzała z miłością na niewiasty i dodała: „Błogosławieni, którzy wierzą, choć nie widzą!”. A potem rzekła do Adeli: „Co tu robisz bezczynnie, podczas gdy twoje rówieśniczki pracują w winnicy Mego Syna?”. Na to Adela z przejęciem i łzami zapytała: „Co mam więc czynić Pani?”. Maryja odpowiedziała: „W tym dzikim kraju zbieraj i szukaj zaniedbanych dzieci z okolic i pouczaj ich o tym, co jest konieczne do zbawienia”. „O Pani! – odpowiedziała na to Adela – przecież sama rozumiem niewiele. Jak więc zdołam ich nauczać”. Na to Maryja rzekła: „Tłumacz im katechizm, pokazuj, jak dobrze robić znak krzyża oraz jak pobożnie przystępować do świętych sakramentów. O to cię proszę. Idź, niczego się nie lękaj. Ja będę cię wspomagać!”.

Adela przejęła się słowami Maryi i wzięła je sobie głęboko do serca. Od razu z energią zabrała się do pracy. Rozpoczęła ewangelizację dzieci, pokonując dziennie ogromne odległości. Docierała z prawdą o Bogu i chrześcijańskim stylu życia na tereny nawet w promieniu 80 km.

Kaplica. Na początku Lambert Brisé, ojciec Adeli, na miejscu objawień, będącym własnością pobożnej donatorki Izabeli Doyen, zbudował małą drewnianą kapliczkę. Pragnął, by zapamiętano dokładnie miejsce, gdzie jego córka ujrzała Królową Niebios. Po latach, w 1880 roku, został tu wzniesiony kościół z cegły oraz szkoła i klasztor. Wtedy też ścięto – dla pozyskania miejsca – owe dwa drzewa, pomiędzy którymi zjawiła się Maryja. Ich pocięte części przechowywane są do dziś.

Obecnie stoi tam okazała, trzecia już świątynia – sanktuarium Matki Bożej Dobrej Pomocy. Zbudowana została przy wsparciu ks. bp. Pawła Piotra Rhode’a i została poświęcona przez niego w lipcu 1942 roku. Jest to neogotycka świątynia w stylu Tudorów, która może pomieścić kilkaset osób. W dolnym oratorium objawień znajduje się również zbiór kul pozostawionych w dziękczynieniu za uzdrowienie. Wokół sanktuarium rozpościera się obszerny teren do odprawiania Drogi Krzyżowej i procesji różańcowych zapoczątkowanych przez ks. Bernarda Penningsa w 1895 roku. Największe doroczne zgromadzenie odbywa się 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia NMP, oraz 9 października, w rocznicę objawień.

Od blisko 170 lat trwają w tym miejscu nieustanne modlitwy. Z najdalszych stron USA i świata przybywają niezliczone rzesze pielgrzymów. W sanktuarium przechowywane są różne dokumenty z czasu objawień oraz świadectwa i opisy cudów, uzdrowień, nawróceń, które się tu od początku dokonywały. Największy z cudów to fakt niepojętego zachowania tego miejsca i stojących na nim obiektów od tzw. wielkiego pożaru.

W ciągu paru lat wokół wizjonerki zgromadziła się pokaźna grupa kobiet. W efekcie w 1864 roku zawiązała się nowa wspólnota zakonna, która otrzymała status kanoniczny franciszkańskiego tercjarstwa i nowy budynek przy kościele. Liczne nawrócenia, uzdrowienia i otrzymywane dary sprawiły, że miejsce to stawało się coraz bardziej znane, dlatego też z roku na rok rzesze pielgrzymów i zwykłych ciekawskich docierały do kaplicy w Robinsonville.

Adela Brisé po objawieniach wraz z ks. Philipem Crudem, proboszczem belgijskiej parafii, założyła też szkołę, poświęcając się całkowicie i do końca – już jako siostra tercjarka – kształceniu i wychowaniu kolejnych pokoleń zaniedbanych dzieci. W szkole uczyło się prawie 100 dzieci. Następne 35 lat życia siostra Adela oddała sprawie Bożej jako gorliwa i dynamiczna ewangelizatorka.

Dziś w miejscu objawień istnieje promieniujące na całą Amerykę sanktuarium Matki Bożej Dobrej Pomocy. Na prośbę siostry Adeli władze cywilne w 1890 roku zmieniły nazwę miejscowości Robinsonville na Champion. W Belgii bowiem Adela pragnęła wstąpić do klasztoru właśnie w Champion. Władze USA spełniły w ten sposób jej młodzieńcze marzenie.

Siostra Adela zmarła 5 lipca 1896 roku, mając 65 lat, i została pochowana na cmentarzu przy sanktuarium.

Wielki pożar. Dzieje tego świętego miejsca wiążą się ściśle z niezwykłym i zachowanym do dziś w pamięci Amerykanów tzw. wielkim pożarem, uznawanym powszechnie za największy i najtragiczniejszy pożar w historii USA. Zginęło w nim też wielu polskich emigrantów.

Pożar po wielomiesięcznej suszy wybuchł 8 października 1871 roku jednocześnie w dwóch oddalonych od siebie miejscach. Z jednej strony rozpoczął się w Chicago, gdzie strawił doszczętnie 10 km kw. zabudowy miasta. Zginęło kilkaset osób. Z drugiej strony pożar zaczął się od miasteczka Peshtigo, ale objął znacznie większy obszar. Spaliło się aż 2500 osób. Żywioł przemieszczał się z szybkością 100 km na godzinę i przemieniał piasek w szkło. Do dziś nie poznano przyczyn tego kataklizmu, a zwłaszcza przerzucenia się ognia przez zatokę na odległość trzech kilometrów. Nie brakuje opinii, że mogło to być uderzenie i rozprysk komety.

W całej sprawie dotyczącej objawień Maryjnych w Champion nie wolno zapomnieć o wielkim pożarze. Sam ks. bp David Ricken w procesie o uznanie nadprzyrodzonego charakteru objawień traktował zatrzymanie się ognia jako cud ocalenia.

W każdą rocznicę pożaru w sanktuarium odbywa się w Champion niezwykle wzruszająca uroczystość. Do dziś potomkowie tych, których życie zostało ocalone, pielgrzymują do sanktuarium, dziękując za uratowanie swoich praojców, bez których ich samych nie byłoby dziś na świecie.

Cud. Nie da się bowiem inaczej wytłumaczyć faktu, że w morzu ognia całkowicie uchował się ten dwuhektarowy skrawek ziemi, na którym stała Maryja, i upamiętniające to miejsce obiekty sakralne, szkoła, klasztor oraz całe ich zaplecze. Do kościoła przed pożarem uciekło setki – nawet z daleka – okolicznych mieszkańców. Siostra Adela zorganizowała przebłagalne modlitwy w kaplicy oraz procesje z figurą Matki Bożej. Ludzie schronieni w kaplicy zanosili nieustannie żarliwe modlitwy. Całą noc – gdy pożar coraz bardziej się zbliżał – chodzili wokół kaplicy na kolanach, odmawiając nieustannie Różaniec.

Gdy ogień docierał do kaplicy i czuć już było jego żar, nagle z nieba spadł deszcz! Pożar został całkowicie ugaszony. Wszyscy licznie zgromadzeni w tym miejscu wierni przeżyli, podczas gdy wszystko na wiele kilometrów wokół kaplicy zostało spopielone. Nikt nie miał wtedy wątpliwości, że modlitwy Adeli i zebranych na tym miejscu zostały wysłuchane i sama Najświętsza Matka ochroniła swoją umiłowaną ziemię, na której się objawiła.

To zdarzenie odbiło się szerokim echem w całej Ameryce i świecie, umacniając wiarę wielu ludzi. Przyczyniło się też do jeszcze większej popularności miejsca, które w sposób widzialny stało się cudowne jako szczególnie wyróżnione przez Chrystusa i Jego Najświętszą Matkę.

Uznanie objawień. Szczególną dbałość i staranie o kult Matki Bożej w Champion wykazywali – o czym się zapomina, a nie powinno – pasterze diecezji Green Bay pochodzenia polskiego: wspomniany wyżej ks. bp Paweł Piotr Rhode (w latach 1915-1945), ks. bp Stanisław Bona (w latach 1945-1967) oraz ks. kard. Adam Majda (w latach 1984-1990), wielki opiekun Polonii.

9 stycznia 2009 roku ks. bp David Ricken, ordynariusz diecezji Green Bay, rozpoczął dochodzenie w sprawie autentyczności objawień w Champion. Powołał specjalną komisję do ich kanonicznego zbadania. Komisja pod kierunkiem trzech wybitnych ekspertów mariologii o światowej renomie przestudiowała wszystkie dostępne dokumenty, listy, świadectwa i zeznania złożone na piśmie.

W procesie badania cudów i objawień ustala się przede wszystkim, czy nie istnieją sprzeczności w zeznaniach złożonych przez wizjonera bądź świadków oraz czy są one zgodne z nauką katolicką. Bada się też od strony psychologicznej, psychicznej i emocjonalnej samego wizjonera. W przypadku Adeli Brisé nie znaleziono w jej charakterze i relacjach z innymi niczego, co mogłoby w czymkolwiek podważyć prawdziwość i autentyczność jej przekazu.

W efekcie dwuletniej pracy komisji wydano werdykt: widzenia, które miała Adela Brisé, są nadprzyrodzonego pochodzenia. Na tej podstawie 8 grudnia 2010 roku, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, głównej patronki Stanów Zjednoczonych – wobec 250 zaproszonych na tę okazję specjalnych gości – sam biskup uroczyście odczytał swój dekret: „Oświadczam z moralną pewnością i zgodnie z normami prawa kanonicznego Kościoła, że objawienia, jakie miała Adele Brisé w październiku 1859 roku, mają istotnie nadprzyrodzony charakter i niniejszym zatwierdzam te objawienia jako godne wiary dla wszystkich chrześcijan. Zachęcam wiernych, aby pielgrzymowali do tego świętego miejsca dla pocieszenia i modlitwy”.

Champion jest więc pierwszym kanonicznie zaaprobowanym miejscem objawienia maryjnego w USA. Decyzja ks. bp. Davida Rickena przyczyniła się do ogromnego wzrostu liczebności pielgrzymek do sanktuarium. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że niektóre polskie tłumaczenia mówią o kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy (Our Lady of Perpetual Help). Jest to błąd, Maryja jest bowiem w Champion czczona jako Matka Dobrej Pomocy (Good Help). Dziś świątynia dzięki decyzji Konferencji Biskupów USA z 15 sierpnia 2016 roku jest Narodowym Sanktuarium Naszej Pani Dobrej Pomocy (The National Shrine of our Lady of Good Help).

Głównym przesłaniem Maryi w Champion była ewangelizacja biednych, zaniedbanych dzieci. Takie dzieci, żyjące w nędzy i zaniedbaniu duchowym, posłała Maryja ze swoim orędziem w La Salette, Lourdes i Fatimie. Wokół nas już prawie nie ma dzieci żyjących w nędzy materialnej. Wiele ich jednak żyje na pustyni i w nędzy duchowej. Nie ma ewangelizacji w rodzinach. A przecież rodzice, dziadkowie, chrzestni powinni być pierwszymi ewangelizatorami dzieci. W Quito – ponad 400 lat wcześniej – Maryja mówiła tak dużo o zaniedbanych duchowo w naszych czasach dzieciach, które mają wszystko w nadobfitości, ale schodzą z Bożych dróg, nie mając przykładu najbliższych. Osadnicy w Champion też za wszelką cenę dążyli do dobrobytu. Nawet kosztem zaniedbania własnych dzieci harujących na farmach. Maryja przyszła z ostrzeżeniem. Potem był już tylko wielki pożar.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 10.03.2020.

do góry

7. Gietrzwałd, NMP Niepokalanie Poczęta

W Gietrzwałdzie Matka Boża wezwała do porzucenia grzechów i niewoli duchowej.

Był dzień 27 czerwca 1877 roku, święto Matki Bożej Nieustającej Pomocy, gdy w Gietrzwałdzie zjawiła się Maryja Niepokalanie Poczęta. Objawiała się – jak nigdy dotąd – aż 160 razy. Przychodziła codziennie przez 82 dni z wyjątkiem 10 i 11 września. Ostatnie objawienie było 16 września 1877 roku.

Pod pruskim butem. Po zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku i powstaniu Cesarstwa Niemieckiego pierwszy kanclerz II Rzeszy Otto von Bismarck przystąpił do zdecydowanej germanizacji anektowanych terenów Warmii i Wielkopolski. Kulturkampf, czyli walka kulturowa, zaczął się jednak najpierw od ostrej rozprawy z katolicyzmem. Bismarck uważał bowiem katolicyzm za ostoję polskości. Chodziło głównie o przeciwstawienie katolicyzmowi protestantyzmu, a dalej kultury laickiej, bezideowej i bezbożnej. Najbardziej represyjne rozporządzenia, tzw. ustawy majowe wymierzone przeciwko Kościołowi, wydał w 1873 roku mason pruski i minister oświaty Adalbert Falk. Wzorował się wiernie na antykatolickim ustawodawstwie rewolucji francuskiej.

W szkołach warmińskich rugowano całkowicie język polski. Zabraniano nawet dzieciom rozmawiania po polsku między sobą. Za złamanie tego zakazu wymierzano dotkliwe kary cielesne. W końcu do uciemiężonego i zniewolonego ludu przyszła z pomocą i otuchą Pocieszycielka Strapionych.

Nad Warmią otwarło się niebo. Jak podają kroniki objawień, 27 czerwca po egzaminie do I Komunii Świętej 13-letnia Justyna Szafryńska wraz z matką wyszły z kościoła. Na głos dzwonu zatrzymały się, aby odmówić Anioł Pański. Nagle w koronie wielkiego klonowego drzewa, rosnącego blisko świątyni, Justyna zobaczyła jasność, a w niej na biało ubraną postać niewiasty siedzącą na wspaniałym złocistym tronie. Po odmówieniu modlitwy królewska postać wraz z aniołem uniosła się do nieba.

Podobnie jak w Lourdes, przez dwa pierwsze dni objawień, tj. 27 i 28 czerwca, Maryja milczała. W dzień parafialnego odpustu, 29 czerwca, Pani powiedziała w języku polskim: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec”. Dopiero w niedzielę, 1 lipca, w piątym dniu objawień i zarazem w dniu I Komunii św. Justyny, Maryja przedstawiła się: „Ja jestem Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta”. I znów prosiła, aby nie tylko widzące Ją dziewczęta: Justyna Szafryńska i Barbara Samulowska, ale wszyscy codziennie odmawiali Różaniec i przestali się upijać.

Najważniejszy jest Różaniec. Maryja w Gietrzwałdzie objawia się nam przede wszystkim jako ewangelizatorka i katechetka swojego ludu. W Jej orędziach na pierwszym miejscu są wezwania do pogłębienia życia duchowego i odmawiania Różańca. Bywa, że niektóre pytania, podobnie jak w Lourdes, pomija milczeniem, by uświadomić, że sprawy i kłopoty doczesne nie są najważniejsze. Zaś prawdziwym naszym zmartwieniem powinien być nasz los wieczny.

Po wielekroć Matka Najświętsza zachęcała i przynaglała do modlitwy różańcowej, do codziennego sięgania po różaniec. Różańcowe przesłanie było najważniejszym elementem objawień. Nawet na pytania, czy uzdrowi chorych, nie dała odpowiedzi wprost, a tylko odrzekła: „Chorzy powinni się modlić na różańcu”. Maryja wciąż powtarzała: „Pragnę, abyście odmawiali Różaniec. Jeśli wszyscy gorliwie będą się modlić na Różańcu, wtedy rozwiążą się wszystkie dręczące i palące problemy”. Maryja pokazywała, że źródłem siły i zwycięstwa jest Różaniec. On ma moc przemieniania nas i świata.

Podczas objawienia 6 lipca Maryja poprosiła, żeby w miejscu objawień ustawiono figurę Niepokalanego Poczęcia. Pierwotnie miała być ona gotowa na 8 września. Zamówiono ją w prestiżowej pracowni w Monachium. Do Gietrzwałdu dotarła jednak z opóźnieniem. Za to w swoje urodziny, 8 września, Matka Boża, by ukoić smutek zebranych z powodu braku figury, pobłogosławiła gietrzwałdzkie źródełko. Pielgrzymi od blisko już 150 lat czerpią z niego wodę, która wlewa nadzieję w serca, przynosi ulgę cierpiącym i powoduje niezwykłe uzdrowienia, z których szczegółowe relacje zawierają księgi sanktuarium. 6 lipca Maryja powiedziała, że u stóp figury będzie można kłaść płótno dla uleczenia chorych. Stąd do dziś w sanktuarium istnieje pobożny zwyczaj, że niewielkie kawałki płótna kładzie się na to miejsce, by później ofiarować je chorym.

Po opóźnionym zainstalowaniu figury Niepokalanego Poczęcia. 16 września dokonano jej poświęcenia. Wtedy to Maryja objawiła się po raz ostatni. Powiedziała tylko: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”.

Niezwykłą cechą maryjnych objawień w Gietrzwałdzie, niespotykaną dotąd w żadnych innych objawieniach, były dialogi Matki Bożej – poprzez wizjonerki – z przybyłymi pielgrzymami. W kolejnych dniach nieustannie padało wiele pytań i były one bardzo konkretne. Czy uzdrowi chorych? Co będzie z osobą, która odeszła z klasztoru? Czy do parafii wrócą księża usunięci przez zaborcę? Czy otworzone zostaną pozamykane klasztory? Maryja cierpliwie wyjaśniała wszystko pytającym, ale ciągle wracała do tego, że wypełnienie próśb i pragnień jest uzależnione od naszej modlitwy.

Wizjonerki. Ze względu na przerażenie zaborców ożywieniem duchowym i patriotycznym, poważnie liczono się z możliwością aresztowania Barbary i Justyny. Umieszczono je więc w zakładzie opiekuńczym sióstr w Lidzbarku Warmińskim. Zaborcy jednak zaraz zamknęli zakład, zakonnice zaś zostały zmuszone do opuszczenia miasta. Wizjonerki uczyły się więc dalej w szkole prowadzonej przez zakonnice w Chełmnie. Następnie przeniesiono je do Pelplina.

Po ukończeniu szkół dziewczęta, zgodnie z sugestią Matki Najświętszej, wyraziły pragnienie wstąpienia do klasztoru Szarytek w Chełmnie. Stąd zaś przeniesiono je do domu generalnego w Paryżu. Barbara przyjęła imię zakonne Stanisława, po 11 latach pobytu w Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia w Paryżu została wysłana na misje do Gwatemali. Była tam dyrektorką szpitala i przełożoną zgromadzenia. Zmarła w opinii świętości 6 grudnia 1950 roku. 2 lutego 2005 roku w bazylice gietrzwałdzkiej ks. abp Edmund Piszcz, ówczesny metropolita warmiński, otworzył jej proces beatyfikacyjny.

Z kolei Justyna, która w klasztorze przyjęła imię Augusta, po trzynastu latach życia w zakonie z nieznanych przyczyn opuściła zgromadzenie. Nie było w tym nic zdrożnego. U szarytek bowiem siostry składają śluby czasowe i po ich upływie każda może opuścić klasztor. Dalsze losy Justyny nie są pewne.

Komisja biskupia. Z każdym kolejnym dniem objawień zewsząd ciągnęli do Gietrzwałdu pątnicy. Niemieckie władze, widząc przebudzenie się polskości, na wszystkie sposoby – głównie w gazetach i na zebraniach – próbowały ośmieszać tak same wizjonerki, jak i pątników. Od księdza bp. Filipa Krementza żądano, by zakazał pielgrzymowania do Gietrzwałdu. Dzielny pasterz najpierw jednak poprosił o szczegółowe sprawozdanie proboszcza, a potem wydelegował do Gietrzwałdu kanoników kapituły katedralnej, aby uczestniczyli w nabożeństwach różańcowych, obserwowali stan i zachowanie wizjonerek w trakcie objawień. Ci po przeszło dwóch tygodniach lustracji sporządzili protokoły, w których szczegółowo zaprezentowali swoje obserwacje wizjonerek i pielgrzymów, oceniając wydarzenia jako znak Bożej interwencji.

Z kolei 20 sierpnia 1877 roku na zaproszenie ks. bp. Krementza przybyli do Gietrzwałdu pierwsi teologowie, aby obserwować widzące oraz analizować słowa Maryi usłyszane przez nich podczas objawień. Jest to jedyny taki przypadek w historii objawień, żeby w ich trakcie pracowały już komisje analizujące ich przebieg i treść. Badano przede wszystkim osobowość i wiarygodność dziewcząt, treść i zgodność ich wypowiedzi, a także oddziaływanie wydarzeń na społeczeństwo. Na początku września biskup powołał kolejną, oddzielną komisję, składającą się z trzech cieszących się poważaniem i autorytetem lekarzy, by zbadali wizjonerki. Ci orzekli, że żadna symulacja z ich strony nie wchodzi w rachubę.

W opracowanym później, a liczącym 47 stron sprawozdaniu, zaprezentowano stanowisko pozytywne wobec objawień, a dziewczęta określono jako „bezpretensjonalne, proste, naturalne, dalekie od jakiejkolwiek przebiegłości”.

Bractwa wstrzemięźliwości. Skuteczną metodą obezwładniania społeczeństwa pod zaborami, tak pruskim, jak i rosyjskim, było propagowanie pijaństwa. Dziś się do tego nie zachęca, ale pijaństwo się ułatwia. Całonocne sklepy z alkoholem są ewenementem w Europie. W niewielkim Gietrzwałdzie w czasach objawień pod obcą okupacją też było kilka karczm. Gdy wizjonerki prosiły o zdrowie dla chorych, Maryja odpowiadała: „Będą zdrowi, jeżeli będą się modlić i nie będą pić wódki”. Zaś po przekazaniu prośby proboszcza o modlitwę za spętanych alkoholowym nałogiem, Maryja tylko głęboko westchnęła i powiedziała: „Oni będą ukarani”. Słowa te uświadamiają nam, że pijaństwo i uzależnienie od alkoholu prowadzi do zguby doczesnej i wiecznej.

Słowa Matki Bożej w trakcie objawień w Gietrzwałdzie odnośnie do pijaństwa dały silny impuls do walki z tym wyniszczającym i upokarzającym nałogiem. Proboszcz ks. Augustyn Weichsel napisał, że pod wpływem objawień „wszyscy wyrzekają się tu wódki i przyrzekają zawsze modlić się na różańcu”. Zaś w innym miejscu troskliwy proboszcz zaznaczył: „Ogromna ilość pijaków została wyrwana z doczesnej i wiecznej zguby”.

Trwałym owocem objawień były też spontaniczne powstające na Warmii bractwa wstrzemięźliwości walczące z odczłowieczającym nałogiem. Stąd też niestrudzony apostoł trzeźwości i wyzwolenia z nałogu pijaństwa błogosławiony kapucyn o. Honorat Koźmiński z Zakroczymia (1829-1916) w swoich naukach i rekolekcjach podkreślał, że przyjście Maryi do Gietrzwałdu jest znakiem Bożego błogosławieństwa i niezwykłej łaski udzielonej uciemiężonym i demoralizowanym przez zaborców rodakom.

Objawienia gietrzwałdzkie były prawdziwym SOS dla naszego zniewolonego Narodu. Królowa Polski upomniała się o swe zbezczeszczone dziedzictwo i na świętej Warmii zapaliła iskrę wolności: przede wszystkim od grzechu i niewoli duchowej, a w konsekwencji od niewoli zaborców. Słusznie ks. prof. Krzysztof Bielawny zatytułował swą, wydaną przez Księgarnię „Naszego Dziennika”, książkę: „Niepodległość wyszła z Gietrzwałdu”. Powinna ona znaleźć się w każdym polskim patriotycznym domu, stanowić wartościowy prezent i być podawana z rąk do rąk, abyśmy wszyscy – jak mówił Prymas Tysiąclecia – byli przede wszystkim „Bogiem silni”.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 17.03.2020.

do góry

8. Fatima, Królowa Różańca Świętego

Maryja zapowiedziała triumf swego Niepokalanego Serca.

Papież Benedykt XVI uznał objawienia fatimskie za zdarzenie wyjątkowe nie tylko w historii mariofanii, ale w całych dziejach Kościoła. Dlaczego? Bo serce otwarte na Boga na wzór Maryi jest „silniejsze niż karabiny i broń wszelkiego rodzaju”. Objawienia w Fatimie są kluczem do zrozumienia rzeczywistości współczesnego świata. Kto po ten klucz nie sięga, sam się pozbawia możliwości pojmowania tego, co dzieje się wokół nas.W Fatimie dostaliśmy ostatnią szansę, by z Maryją zmieniać bieg historii.

Przed objawieniami. W 1910 r., po zamachu na króla Karola I oraz jego syna, następcę tronu Ludwika Filipa, nastąpił w Portugalii zbrojny przewrót. Rozpoczęła się październikowa rewolucja portugalska. Władzę przejęła stworzona przez masonerię Partia Republikańska. Wnet też pierwszy premier Teófilo Braga z dumą ogłosił, że w ciągu dwóch pokoleń wiara katolicka zostanie z Portugalii ostatecznie wyrugowana. Rozpoczęto bezpardonową walkę i usuwanie Kościoła z życia publicznego. Wśród pierwszych dekretów władzy rewolucyjnej było rozwiązanie klasztorów i zagrabienie ich własności.

Zasadnicza walka z Kościołem zaczęła się w 1913 roku, gdy ster rządów objął António Costa. Mnożono jedne po drugich ustawy antykatolickie. Zlikwidowano dni wolne od pracy związane z katolickimi świętami. W ramach wprowadzania demokracji spalono ponad sto kościołów, w samej tylko Lizbonie dokonano profanacji, grabieży i dewastacji kilkudziesięciu świątyń i obiektów kultu. Pozamykano prawie wszystkie instytucje dobroczynne, domy opieki i szpitale prowadzone przez zakony. W przestrzeni publicznej zakazano nawet używania stroju duchownego. Na tę rewolucyjną przemoc ostro zareagował św. Pius X swą encykliką „Iamdudum in Lusitania”. Antykościelne bojówki, tzw. białe mrówki, mając pełną aprobatę władz, z zacietrzewieniem nękały katolików. Zamknięto wszystkie redakcje pism katolickich i pozamykano seminaria duchowne. Za samo tylko posiadanie różańca można było trafić do więzienia. Obłędna szatańska antykatolicka rewolucja pochłonęła więcej ofiar, niż zginęło portugalskich żołnierzy na frontach I wojny światowej. 15 marca 1917 r. abdykował w Rosji car Mikołaj II, a już 9 kwietnia Niemcy w zaplombowanym wagonie wyprawili Lenina z Zurychu do Piotrogrodu, by unicestwił carską Rosję.

Wnet też rozpoczyna się bolszewicka rewolucja październikowa – od tej pory Rosja rozpowszechnia swoje błędy po całym świecie. Benedykt XV i Stolica Apostolska nie ustawali w zabiegach dyplomatycznych, by zapobiec samobójstwu Europy. Ojciec Święty w specjalnym liście do całego świata wezwał do modlitwy o pokój. 5 maja 1917 r. dołączył do Litanii loretańskiej wezwanie „Królowo Pokoju”. Od tego też dnia polecił wszystkim dzieciom Kościoła rozpoczęcie wielkiej światowej nowenny o uratowanie pokoju. 13 maja 1917 r., w ostatni dzień nowenny, na krańcu naszego kontynentu, w Fatimie, na ratunek Europie zstąpiła na ziemię Najświętsza Maryja Panna. Zauważmy, że dotąd przychodziła do poszczególnych państw, regionów i narodów. Teraz jest to objawienie kontynentalne. Cała bowiem Europa – od Portugalii po Rosję – znalazła się w kleszczach bezbożnej, antyludzkiej komunistycznej ideologii.

Objawienia. 13 maja 1917 r. to była szósta niedziela po Wielkanocy. Po porannej Mszy św. w kościele parafialnym w Fatimie trójka dzieci z wioski Aljustrel, odległej 2 km od Fatimy, jak co dnia popędziła owce na pastwisko w dolinie zwanej Cova da Iria. Dzieci fatimskie – jak większość ich rówieśników – nie chodziły do szkoły, nie umiały czytać ani pisać. Łucja dos Santos miała dziesięć lat, zaś jej kuzyni: rodzeństwo Franciszek i Hiacynta, kolejno dziewięć i siedem lat.

Pastuszkowie nagle na niewielkim drobnolistnym dębie skalnym zobaczyli – jak ją później nazwali – Piękną Panią. Łucja rozmawiała z Nią bez lęku i swobodnie, zadając różne pytania, np. czy dzieci pójdą do nieba bądź kiedy skończy się wojna. Piękna Pani poprosiła pastuszków, by przez pięć kolejnych miesięcy przychodzili w to samo miejsce, w ten sam dzień i o tej samej porze.

Maryja we wszystkich objawieniach z naciskiem wzywała dzieci do codziennego odmawiania Różańca dla wyproszenia pokoju dla świata i zakończenia wojny. Zachęcała też do ofiarowywania codziennych trudów, cierpień i przykrości w intencji nawrócenia grzeszników i jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi Bóg jest obrażany. Gdy dzieci odpowiedziały twierdząco, że podejmą ofiary, Maryja oświadczyła: „Będziecie musieli wiele wycierpieć, ale łaska Boża będzie waszą siłą!”. Dodała też, że podczas ostatniego spotkania wyjawi, kim jest i czego pragnie.

Z każdym 13. dniem miesiąca w godzinie objawień przybywało coraz więcej ludzi. Dzieci bardzo przeżywały fakt, że Maryja, przychodząc, zawsze była bardzo smutna. Uśmiechnęła się tylko jeden raz, 13 września. W lipcu, sierpniu i wrześniu Matka Boża zapowiedziała, że w październiku uczyni wielki cud, aby wszyscy uwierzyli, że schodzi z nieba i z nimi rozmawia. 13 czerwca, w uroczysty w Portugalii dzień św. Antoniego, Maryja powiedziała do Łucji: „Jezus chce posłużyć się Tobą, aby ludzie mnie bardziej znali i kochali. Mój Syn chce ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”. Patrząc na odchodzącą Panią, dzieci ujrzały w Jej dłoniach Niepokalane Serce w koronie z cierni. Po tym widzeniu dzieci zostały wezwane do gminy na przesłuchanie, gdzie były zastraszane i wykpiwane przez lokalnych urzędników. Nawet proboszcz uznawał, że dzieci uległy wpływom diabła. Rodzice też – wyśmiewani przez sąsiadów – ostro strofowali dzieci.

Łucja postanowiła nawet, że więcej 13. dnia do Cova da Iria nie pójdą. 13 lipca na łące czekało na dzieci już kilka tysięcy ludzi. Pastuszkom zostały objawione trzy tzw. tajemnice fatimskie: o piekle, o poświęceniu Rosji Niepokalanemu Sercu oraz o prześladowaniach Kościoła. Maryja ukazała dzieciom piekło i zapewniła, że dzięki czci Jej Niepokalanego Serca można uniknąć wiecznego potępienia. Dodała też, że jeśli Rosja się nie nawróci, to „bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć”.

Na koniec jednak – jak zapewniła – „Moje Niepokalane Serce zatriumfuje”. Objawienie 13 sierpnia nie odbyło się. Bowiem wcześnie rano dzieci – pod pretekstem, że zostaną zawiezione do proboszcza – zostały aresztowane. Burmistrz i jednocześnie mason Artur Oliveira dos Santos, z zawodu kowal, podstępnie uwięził dzieci w swoim prywatnym domu, gdzie były na przemian przekupywane bądź zastraszane i zamykane w ciemnej piwnicy. W końcu zaprzysięgły obrońca „postępu” zagroził, że wrzuci je do kotła z wrzącym olejem. Dzieci nie dały się jednak zastraszyć, a prześladowca po dwóch dniach bezskutecznego nękania i po interwencjach rodzin odwiózł je do domu.

Opóźnione objawienie nastąpiło więc wyjątkowo 19 sierpnia, ale już nie jak zawsze w Cova da Iria, lecz w pobliskim Valinhos. Maryja z wielkim smutkiem znów powiedziała dzieciom: „Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”. Dzieci, przejęte smutkiem Maryi, oddawały się jeszcze gorliwiej różnym uczynkom pokutnym. Często odmawiały modlitwy, których wcześniej nauczył je Anioł Portugalii. Godzinami, stojąc z pochylonymi głowami, powtarzały: „Boże mój, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie, kocham Cię”. Odmawiały sobie picia wody mimo upalnego lata, biczowały się pokrzywami, często pościły, oddając chleb uboższym od siebie rówieśnikom. Wiązały węzły na szorstkim postronku dla zwierząt i opasywały się nim wokół bioder. Wszystko to czyniły w duchu wynagrodzenia, by ocalić dusze grzeszników od piekła. Dzieci usłyszały od Maryi, że Bóg jest zadowolony z ich serc i ofiarnego życia, ale sznur pokutny mają nosić tylko w dzień, w nocy zaś odpoczywać. 13 września Piękna Pani zjawiła się w Cova da Iria po raz piąty. Obiecała, że podczas następnego spotkania ujrzą Pana Jezusa, Ją jako Matkę Bolesną oraz Matkę z Karmelu oraz św. Józefa z Dzieciątkiem. Dzieci dobrze znały te wizerunki, gdyż często wisiały one w wieśniaczych domach. Pod takimi też wizerunkami nad dziecięcym łóżkiem wzrastał nasz wielki Prymas Tysiąclecia.

Warto podkreślić, że podczas wrześniowego objawienia na łące znajdował się również – dziś już Sługa Boży – ks. Manuel Nunes Formigao (zmarły w 1958 roku), który potem został powołany do komisji kościelnej zatwierdzającej objawienia. Zarówno ksiądz, jak i wielu z tysięcy przybyłych widziało też 13 września świetlistą kulę przesuwającą się ze wschodu na zachód, którą dotąd widziały tylko dzieci, gdy zaczynało się każde objawienie.

13 października od wczesnych godzin rannych w Fatimie trwała niezwykła ulewa. Ludzie stali wiele godzin w deszczu i błocie. Władze, by utrudnić pielgrzymom przybycie do Fatimy, wysłały w jej okolice kilkanaście tysięcy żołnierzy. Na nic jednak to się zdało. W Cova zebrało się, według różnych danych, od 70 do 100 tysięcy ludzi, którzy modlili się, śpiewali, stali w deszczu w oczekiwaniu na cud. Byli też przedstawiciele antykościelnej prasy rządowej, którzy liczyli na to, że żadnego cudu nie będzie i nastąpi totalna kompromitacja – jak głosiła propaganda – intrygi uknutej przez jezuitów.

O godz. 17.00 – jak zawsze – Maryja zjawiła się nad dębem i w pierwszych słowach przedstawiła się dzieciom: „Jestem Matka Boża Różańcowa”. Nakazała wybudować w tym miejscu kaplicę, na pamiątkę, że tu zstępowała na ziemię. Powiedziała też, że wojna dobiega końca, a żołnierze wkrótce wrócą do domów. Ostatnie Jej słowa brzmiały: „Niech ludzie już dłużej nie obrażają Boga grzechami. On zniósł już zbyt wiele zniewag”. Po tych słowach Pani uniosła się ku słońcu. Dzieci – zgodnie z zapowiedzią z września – zobaczyły obok słońca św. Józefa z Dzieciątkiem błogosławiącym światu, Maryję jako Matkę Bolesną i z Góry Karmel oraz Pana Jezusa.

Cud słońca. Tuż po odejściu Maryi miał miejsce jedyny taki w dziejach, wcześniej zapowiedziany przez Matkę Bożą, tzw. cud słońca. Dzięki temu znakowi w objawienia w Fatimie uwierzyła prawie cała Portugalia. Tak opisał cud naoczny świadek: „Tarcza słońca wirowała w niezwykły sposób. Słońce tańczyło i krążyło wokół własnej osi z zawrotną szybkością. Wśród zebranych podniosła się nieopisana wrzawa. Potężny krzyk przerażenia, jęki i zawodzenia ogarnął kilkudziesięciotysięczny tłum. Słońce oderwało się od firmamentu i kula ognia to zbliżała się, to oddalała od ziemi, jak gdyby słońce chciało spaść i zmiażdżyć nas ciężarem swej rozpalonej masy. Były to chwile pełne niezwykłej grozy i lęku. Ludzie byli w szoku, krzyczeli i drżeli ze strachu. Niektórzy zaczęli się głośno spowiadać ze swoich grzechów, wołając: „Boże, przebacz!”, sądząc, że jest to już koniec świata. Jedni jęczeli i lamentowali, inni klęczeli w błocie i płakali, modląc się." Cud słońca sprawił, że w całej Portugalii wielu niedowiarków, a nawet zaciekłych ateistów zaczęło się masowo nawracać. Wywołało to panikę władz, które swoje rządy opierały na walce z Bogiem i Kościołem. W mediach i na partyjnych konwentyklach usiłowano wykpić i ośmieszyć samo zdarzenie, jak i dziesiątki tysięcy jego świadków. Pośpiesznie drukowano ulotki i plakaty wyszydzające to, co się wydarzyło. Dziesiątków tysięcy świadków ewidentnego cudu nie udało się jednak przekupić ani uwięzić.

Losy dzieci. Zgodnie z prośbą Maryi dziewczynki zostały wysłane przez rodziców do szkoły, aby nauczyły się czytać i pisać. Tylko Franciszek odmówił i całkowicie poświęcił się już tylko umartwieniu i modlitwie. Od 1918 roku w Europie szerzyła się epidemia grypy, tzw. hiszpanki, która pociągnęła za sobą miliony ofiar. 4 kwietnia 1919 r. Franciszek, w wieku niespełna 11 lat, zmarł właśnie na hiszpankę. Jego ostatnimi słowami brzmiały: „Do zobaczenia w niebie”. Niecały rok później, 20 lutego 1920 r., w lizbońskim szpitalu – daleko od domu – zmarła, również na hiszpankę, osamotniona Hiacynta. Przed śmiercią po raz pierwszy oboje na szpitalnych łóżkach przyjęli Pierwszą Komunię św. Opiekujący się dziećmi zaświadczali, że Franciszek i Hiacynta umierali jak dojrzali święci, z pełną zgodą na śmierć. Łucja została sama. Wstąpiła najpierw do zgromadzenia św. Doroty, a w 1948 r. do Zakonu Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel w Coimbrze.

Papież Jan Paweł II 13 maja 2000 r. beatyfikował Hiacyntę i Franciszka, a 13 maja 2017 r. Ojciec Święty Franciszek kanonizował dzieci.

Pierwsze soboty. 10 grudnia 1925 r. w klasztorze w Pontevedra Maryja wraz z Dzieciątkiem stojącym obok na świetlistej chmurze znowu objawiła się Łucji. I znowu ukazała – tak jak 13 czerwca 1917 r. – swoje oplecione cierniem Serce. Przypomniała, że „nadszedł czas, w którym mój Syn pragnie ustanowić nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”. Łucja usłyszała słowa: „Moja córko, widzisz moje Serce otoczone cierniami, które niewdzięcznicy nieustannie w nie wbijają przez bluźnierstwa i niewdzięczność. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż, że wszystkim tym, którzy w pięć kolejnych pierwszych sobót miesiąca przystąpią do spowiedzi, przyjmą Komunię św., odmówią Różaniec i będą ze mną przez 15 minut, rozważając piętnaście tajemnic różańca w duchu zadośćuczynienia, obiecuję, że będę im towarzyszyć w godzinę śmierci ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia ich duszy”. W tej wizji również Dzieciątko przemówiło do Łucji: „Miej współczucie dla ugodzonego cierniami Serca Twojej Najświętszej Matki, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”. 15 lutego 1926 r. Dzieciątko Jezus objawiło się ponownie, by zapytać Łucję, czy rozpowszechnia pierwsze soboty. Na oficjalną ich kościelną aprobatę trzeba było czekać jeszcze niestety aż 13 lat. Dopiero 13 września 1939 r. publicznie ogłoszono w Fatimie zezwolenie na praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót. II wojna zdążyła się rozpocząć wcześniej.

Wypełnienie. Kolejne objawienie nastąpiło w klasztorze w Tuy 13 czerwca 1929 r. w nocy. Podczas modlitwy w kaplicy Łucja – jak zapisała – odczuła silne przynaglenie do działania, by poświęcić Rosję Niepokalanemu Sercu, o co Maryja prosiła 13 lipca 1917 r. Z wielkim, bo 55-letnim opóźnieniem, dokonał tego dopiero Papież Polak, który przez lata całe doświadczał demonicznego charakteru ateistycznej ideologii.

25 marca 1984 r. na placu św. Piotra, w obecności cudownej figury Matki Bożej Fatimskiej sprowadzonej specjalnie z Fatimy, wraz z kilkuset biskupami Jan Paweł II zawierzył cały świat Niepokalanemu Sercu. Siostra Łucja potwierdziła, że w tym akcie wypełniła się prośba Maryi z Jej trzeciego objawienia. W Fatimie wezwał nas Bóg przez Maryję do wspólnego z Nim ratowania świata. Trzy fatimskie wezwania: do nawrócenia, do pokuty i do modlitwy (pierwsze soboty) to triada, która może odmienić świat. Po Fatimie my, ludzie wierzący, idąc tą drogą i praktykując nabożeństwo pierwszych sobót, możemy współdecydować o losach świata i biegu historii. Maryja zaprosiła nas do współpracy. Droga do Miłosierdzia Bożego wiedzie przez Jej Najczystsze i Niepokalane Serce. Nasze życie, czyny i postawy mogą ratować świat od zguby albo popychać go w przepaść unicestwienia. W istocie Fatima przypomniała nam to, co mówił już św. Augustyn, że Bóg stworzył nas bez nas, ale bez nas nie może nas zbawić ani potępić.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 24.03.2020.

do góry

9. Tre Fontane, Dziewica Objawienia

W Tre Fontane Maryja ukazała się z księgą Biblii, wskazując na Słowo Boże.

W 2022 roku minie 75 lat od objawienia Matki Bożej w Tre Fontane. Brunowi Cornacchioli, 34-letniemu komuniście i bezbożnikowi zajadle walczącemu z Kościołem, ukazała się niespodziewanie Matka Najświętsza. Przedstawiła się jako Dziewica Objawienia. Trzymała w rękach księgę Pisma Świętego i przyciskała ją do serca. Przyszła jako Matka Kościoła, jako pogromczyni mocy piekielnych, które zniewoliły Bruna i zaprzęgły go do walki z Chrystusem i Kościołem. Najświętsza Panna wyrywa Bruna z ciemności niewiary i błędu. Ratuje od zguby wiecznej.

Miejsce wielkiej historii. Starożytne bagniste i malaryczne tereny oddalone kilkanaście kilometrów na południe od centrum starożytnego Rzymu swoją złą sławę zawdzięczały wykonywanym w tym miejscu wyrokom śmierci. Tam właśnie w 67 roku został ścięty św. Paweł Apostoł. Jak przekazuje tradycja, głowa męczennika upadła z pnia na ziemię, a potem – tocząc się po pochyłości gruntu, podskoczyła i zatrzymała się. W tych miejscach miały wytrysnąć trzy źródła (tre fontane).

Bruno: byłem sługą szatana. W sobotę, 12 kwietnia 1947 r. (była to wówczas sobota przed obecną Niedzielą Miłosierdzia), przybył do Tre Fontane wraz z trojgiem dzieci (10-letnią Isolą, 7-letnim Carlem i 4-letnim Gianfrankiem) rzymski tramwajarz Bruno Cornacchiola, ongiś metrykalny katolik, potem sekciarz i zawzięty komunista.

Dzieci mogły tu hasać do woli i bawić się wśród drzew, on sam zaś zajął miejsce w cieniu, by przygotować referat zlecony mu przez egzekutywę partyjną. Temat dotyczył rzekomej irracjonalności katolickiej wiary, a zwłaszcza prawd o Maryi, i zbędności Jej kultu. Nazajutrz, w niedzielę, 13 kwietnia, Bruno miał wystąpić na wiecu na rzymskim placu Czerwonego Krzyża.

W chwili objawienia Bruno był 34-letnim mężczyzną prowadzącym hulaszcze życie. Już kilka miesięcy po ślubie udał się do Hiszpanii pogrążonej w wojnie domowej. Tam zaś – pod wpływem niemieckiego sekciarza – tak go opętała nienawiść do Kościoła katolickiego i papiestwa, że postanowił, iż po powrocie do Rzymu zabije Piusa XII. W tym celu zakupił w Toledo nóż, na którym wyrył napis: „Śmierć papieżowi”.

Bella Signora. Przy pięknej pogodzie owego sobotniego dnia dwoje starszych dzieci radośnie biegało z piłką po leśnych pagórkach Tre Fontane. Najmłodszy Gianfranco z rozkazu ojca miał być blisko i się nie oddalać.

Nagle Bruno spostrzega, że nie ma przy nim synka. Zrywa się zaniepokojony i nawołuje chłopca. Bezskutecznie. Znajduje go na klęczkach, ze złożonymi do modlitwy rękoma i powtarzającego nieustannie: „Bella Signora, Bella Signora” (Piękna Pani). Próbuje podnieść syna. Nie daje rady. Szarpie! Bez efektu.

Przerażony Bruno przywołuje pozostałą dwójkę. Isola i Carlo także padają na kolana i nieruchomieją. Zapatrzeni w jeden punkt powtarzają nieustannie to samo co brat: „Bella Signora, Bella Signora”. Bruna ogarnia wściekłość! Nie wie, co się dzieje. I zaczyna – jak przystało na zajadłego bezbożnika – przeklinać i pomstować na księży jako ukrytych „sprawców – czarowników” zaistniałej sytuacji. Potem zrozpaczony i bezradny po raz pierwszy w życiu woła: „Boże! Boże!”. I nagle słyszy słowa…

Bruno, basta. W tym samym momencie widzi przy swojej twarzy przezroczyste ręce, które zdejmują z niej jakby zasłonę. W niezwykłej światłości we wnętrzu groty Bruno spostrzega, że naprzeciw niego stoi „Bella Signora”. Ma około 165 cm wzrostu. Jej bose nogi wspierają się na kawałku skalnego tufu. Jest w śnieżnobiałej sukni przepasanej różową szarfą, w długim zielonym płaszczu okrywającym głowę i całą postać. W skrzyżowanych na piersiach dłoniach przyciska do serca Biblię w szarej obwolucie. Na ziemi obok Niej leży porzucona czarna sutanna oraz złamany krzyż, podobny do tego, który Bruno sam kiedyś świętokradzko zniszczył.

Twarz Pięknej Pani o semickich rysach była niezwykłej śniadooliwkowej urody. Jej piękne oczy były pełne miłości, ale też i smutku. Owładnięty zachwytem i niezwykłym pokojem serca wizjoner usłyszał słowa: „Bruno, basta! Koniec. Jestem Dziewicą Objawienia”.

Bella Signora mówi dalej. Swoista „audiencja” trwała blisko półtorej godziny. Głos Maryi – jak później Bruno wyznawał – brzmiał jak niesłyszana nigdy na ziemi najdelikatniejsza muzyka. Cała postać Matki Najświętszej promieniowała niebiańskim blaskiem.

Bella Signora mówiła: „Jestem Dziewicą Objawienia, a Objawienie to są słowa Boga, które mówią również o Mnie. Prześladujesz Mnie, przestań mnie prześladować. Czas najwyższy, abyś z tym skończył. Wracaj do świętej wspólnoty Kościoła katolickiego. Owczarni Królestwa Niebios na ziemi. Obietnica Boga jest i pozostaje wieczna i niezmienna. Dziewięć pierwszych piątków do Serca Jezusowego, które odbyłeś, zanim wstąpiłeś na drogę kłamstwa, uratowały cię, Bruno! Moje ciało nie uległo zepsuciu. Mój Syn i Aniołowie przyszli, aby Mnie zabrać z tego świata. Proszę o to, aby tutaj dużo się modlono i codziennie odmawiano Różaniec o nawrócenie grzeszników, niewierzących i o jedność chrześcijan. Na tej ziemi pełnej grzechu dokonam potężnych cudów dla nawrócenia niewierzących”.

W nawiązaniu do tych słów Maryi „o ziemi” pielgrzymi nawiedzający Tre Fontane zabierają grudki tej świętej ziemi, po której stąpała Dziewica Objawienia. Tak jak woda z Lourdes, tak ziemia z Tre Fontane jest bowiem narzędziem łask. Świadczy o tym niezliczona liczba tabliczek dziękczynnych wokół sanktuarium.

Powrót do Kościoła. Po pewnym czasie, tak jak Maryja powiedziała, Bruno spotkał starszego kapłana, który przyszedł mu z pomocą. Był nim ksiądz Gilberto Carniel, znany powszechnie z charyzmatu przygotowywania odstępców do powrotu do Kościoła katolickiego. Okazało się, że był to ten sam ksiądz, któremu Bruno kiedyś celowo, z nienawiści do kapłanów, zatrząsnął drzwi tramwaju, łamiąc mu przez to nogę. Wzruszony nawróceniem grzesznika ksiądz Gilberto uściskał Bruna i przeprowadził z nim oraz z jego żoną Jolandą i dziećmi kilka spotkań, aby duchowo przygotować ich wszystkich do powrotu do Kościoła katolickiego. 18 maja 1947 roku po odpowiednim przygotowaniu wszyscy złożyli wyznanie wiary i nastąpił ich oficjalny powrót do wspólnoty katolickiej.

Spotkanie z Piusem XII. Wieść o objawieniach w Tre Fontane rozniosła się lotem błyskawicy. Pisały o nich obszernie gazety rzymskie i europejskie. 9 grudnia 1949 roku Bruno spotkał się z Papieżem Piusem XII. Z bólem wyznał, że na 8 września 1947 roku, święto Narodzenia Maryi, wiedząc o papieskiej celebracji w tym dniu w Bazylice św. Piotra, planował zamach na życie Biskupa Rzymu. Wręczył też Papieżowi sztylet z wyrytym przez siebie napisem: „Śmierć papieżowi”, mówiąc: „Proszę o przebaczenie, gdyż przy użyciu tego sztyletu planowałem zamach na Waszą Świątobliwość”. Pius XII, uśmiechnąwszy się, pobłogosławił Cornacchiolę, dodając: „Dałbyś, synu, Kościołowi nowego męczennika, a Chrystusowi kolejne zwycięstwo miłości”.

Warto dodać, że Pius XII poświęcił naturalnej wielkości figurę Dziewicy Objawienia autorstwa Domenico Ponziego, którą już 5 października 1947 roku umieszczono w grocie. Niesiono ją w największej w historii Rzymu procesji różańcowej, która szła z placu św. Piotra aż do Tre Fontane pośród półmilionowej rzeszy zebranych na jej trasie.

Już w pierwszą rocznicę objawień Bruno założył braterską wspólnotę ewangelizacyjną SACRI (Schiere Arditi di Cristo Re Immortale), która owocnie wykonuje swą misję w wielu krajach – nawet w Australii – w środowiskach dalekich od Boga i Kościoła. Sam Bruno przyjął imię brat Paolo, bo z prześladowcy, jak św. Paweł, stał się apostołem Bożej sprawy.

Przez całe lata (aż do śmierci 22 czerwca 2001 roku) przychodził często na miejsce objawień, a także na wszystkie oficjalne uroczystości. Często też prowadził na tym miejscu wspólny Różaniec. Bruno był mistykiem, otrzymywał od Maryi liczne orędzia i proroctwa, m.in. widział oczyma duszy zamach na Jana Pawła II Wielkiego.

Już jako zaangażowany katechista Bruno spotykał się też wielokrotnie z kolejnymi Papieżami: św. Janem XXIII, św. Pawłem VI i wielokrotnie ze św. Janem Pawłem II Wielkim, który był w Tre Fontane jeszcze jako kard. Wojtyła w 1975 roku, a potem poprzez ks. kard. Andrzeja Marię Deskura i ks. prałata Bogumiła Lewandowskiego wiedział o cudach i znakach dokonujących się w Tre Fontane. Warto tu dodać, że uwagę przyszłego Papieża na Tre Fontane zwrócił Prymas Tysiąclecia, który nawiedził to miejsce już w 1958 roku.

Obecnie. Po przeszło 70 latach Tre Fontane jest niezwykle żywym ośrodkiem kultu Dziewicy Objawienia. W setkach liczą się zarejestrowane cudowne uzdrowienia duchowe i fizyczne, jakie się tu dokonały. Te drugie bada specjalna komisja medyczna uwiarygodniająca szczególnie spektakularne przypadki.

Wśród słynnych uzdrowień duchowych warto wspomnieć nawrócenie w 1948 roku słynnego włoskiego aktora komediowego Carla Campaniniego.

12 kwietnia 1980 roku, w 33. rocznicę objawień, podczas Mszy św., w której uczestniczyło ponad trzy tysiące osób, miał tu miejsce cud słońca – taki sam jak w Fatimie. Ksiądz Pietro Santiangelo, jeden z ośmiu koncelebransów, tak zapamiętał to zdarzenie: „Słońce podniosło się aż do zenitu, zaczęło krążyć wokół własnej osi i posyłać na wszystkie strony wielokolorowe błyskawice. Figura Matki Bożej stała się czerwona i również zaczęła promieniować błyskawicami łączącymi się ze słonecznymi. Ludzie się przestraszyli: jedni płakali, inni krzyczeli, jeszcze inni modlili się na głos. Zjawiska trwały około pół godziny”.

Istotą orędzia z Tre Fontane – jak we wszystkich objawieniach Maryjnych – jest przede wszystkim wezwanie do nawrócenia i pokuty, do ekspiacji za uczynione zło, zerwania z grzechem i piekielnymi ideologiami, które niszczą nasze życie doczesne i wieczne. Oryginalnością tego orędzia jest wskazanie na Biblię jako ostateczną normę wiary i postępowania. W czasach wielkiej apostazji objawienie w Tre Fontane przypomina, że jeden jest tylko pewny i odwieczny fundament i czyste źródło życia duchowego, czyli Słowo Boga.

Prawdę zawartą w Biblii od początku wiernie i niezmiennie od czasów apostolskich strzeże i wyjaśnia tylko Kościół katolicki. W Tre Fontane Maryja, pierwszy raz w dziejach ukazując się z Biblią, przypomina, że tylko ta Księga zawiera niezmienną i wieczną mądrość.

Zwiedziony po wielekroć w życiu przez różne sekty Bruno wraca w końcu do źródła, którym jest Chrystus w swoim Słowie i sakramentach w Kościele katolickim. Samym sercem objawień w Tre Fontane jest przesłanie, że ten, „kto odrzuca Kościół, odrzuca też Chrystusa”, oraz „że nie ma prawdziwego Kościoła bez jedności z Papieżem”. Warto przypomnieć to wszystkim pseudoreformatorom Kościoła, którzy chcieliby kreować Mistyczne Ciało Chrystusa według swoich wyobrażeń albo grzechów.

Tre Fontane jest dziś niezwykle żywym miejscem odnowy wiary i działania łaski Bożej. Wielka szkoda, że standardowe pielgrzymki do Rzymu – niestety też katolickie – nie mają już czasu, by dotrzeć na to cudowne miejsce (trzeba dojechać do końcowej stacji metra B – Laurentina, i dalej autobusem linii 671).

W 50. rocznicę objawień Jan Paweł II Wielki nadał świątyni tytuł „Święta Maryja Trzeciego Tysiąclecia w Tre Fontane”. Benedykt XVI zaś ogłosił Dziewicę Objawienia Patronką Trzeciego Tysiąclecia. W styczniu 2017 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny brata Paola – Bruna Cornacchioli.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 31.03.2020.

do góry

10. Portugalia cudownie ocalona

Maryja przywróciła niepodległość, choć po ludzku siły wroga były zdecydowanie większe.

Od VIII wieku cały Półwysep Iberyjski został podbity przez muzułmańskich Maurów z Afryki. Rekonkwista, czyli odzyskiwanie i odbijanie ziem zagarniętych przez islam, odbywało się wolno i z dużym wysiłkiem przez ponad 200 lat. Pierwszy król Portugalii Alfons I Zdobywca w 1139 roku w bitwie pod Ourique i po pokonaniu marokańskich islamistów Almorawidów pod wodzą Ali ibn Jusufa odzyskał znaczną część terytorium dzisiejszej Portugalii z rąk muzułmanów. W 1147 roku w bitwie pod Santarém – po czteromiesięcznym oblężeniu – przy pomocy krzyżowców z Anglii i Niderlandów odbił najeźdźcom Lizbonę, która w 1255 roku stała się stolicą. Widocznym do dziś znakiem powrotu katolickiej wiary na swoje historyczne miejsce jest imponujący kościół i klasztor w Alcobaça, ufundowany w 1153 roku przez króla Alfonsa I dla reewangelizacji tych terenów.

Zamieszkiwało w nim w różnych czasach nawet do tysiąca cystersów, którzy co dnia recytowali słynną modlitwę: „Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że od wieków nie słyszano…”. Opactwo odwiedzał sam założyciel cystersów – św. Bernard z Clairvaux. Wraz z przybyciem mnichów zaczął się czas wielkiego entuzjazmu patriotyczno-religijnego, który w XIII i XIV wieku osiągnął swoje apogeum za czasów królowania Dionizego I (zm. 1325) i jego małżonki Izabeli Aragońskiej (zm. 1336), późniejszej świętej. W Polsce św. Izabela nosi imię Elżbieta.

W portugalskim przekładzie ewangelii św. Łukasza czytamy, że Matka Boża przybyła do Ain Karim do Izabeli (Łk 1, 39). W 1383 roku umarł Ferdynand I Burgundzki, dziewiąty i ostatni król z dynastii burgundzkiej. Jego córka Beatrice była małżonką Jana I Kastylijskiego, który zgłosił pretensje do tronu w Lizbonie. Spotkało się to z gwałtownym i powszechnym sprzeciwem Portugalczyków, którzy dopiero co pozbyli się najeźdźców muzułmańskich. Nie bacząc na opór ludności, wojska hiszpańskie w 1385 roku najechały na Portugalię, mając zamiar włączyć ją do królestwa Kastylii. Najeźdźcy wzbudzili przerażenie. Ich przewaga była ogromna. Wojska kastylijskie liczyły blisko 30 tys. żołnierzy. Naprzeciw nim Portugalia wystawiła zaledwie 7700 obrońców.

Ślubowanie. Sromotna klęska wydawała się nieunikniona. Za nią bowiem poszłoby włączenie kraju do królestwa Kastylii jako kolejnej prowincji. Była to po części wojna bratobójcza, ponieważ na stronę przeciwnika przeszło wiele formacji portugalskich i kilku możnowładców, którzy – widząc beznadziejność sytuacji i pewną klęskę – liczyli na profity i gratyfikacje od nowych zwycięskich panów. Wobec tak ewidentnego braku szans na zwycięstwo wielki mistrz rycerskiego zakonu Avis – Jan został przez portugalskich patriotów okrzyknięty obrońcą i regentem królestwa Portugalii. On zaś całą nadzieję złożył w Bogu i Maryi.

Uroczyście ślubował, że jeśli Bóg przez wstawiennictwo Maryi pomoże mu ocalić ojczyznę od zawładnięcia i podbicia przez Kastylię (Hiszpanię), wtedy wybuduje na cześć Maryi świątynię, jakiej nigdy jeszcze dotąd nie widziano. Przy niej zaś wzniesie klasztor, gdzie osadzi braci różańcowych – dominikanów, którzy po wieczne czasy wysławiać będą w tym miejscu Imię Maryi. Całe wojsko i dowództwo portugalskie po wcześniejszym wysłuchaniu Mszy św., przyjęciu Komunii św. i błogosławieństwie stanęło w imię Boga i Maryi do obrony swojej ojczystej ziemi, kraju i narodu przed potężnym i zuchwałym najeźdźcą.

We wszystkich świątyniach rozpoczęto gorliwe modlitwy, zaś w klasztorach zarządzono ponadto surowe pokuty. Pamiętajmy, że życie mnisze wiązało się wtedy z głęboką ascezą i codziennie praktykowanymi dolegliwymi pokutami. W pełnym rozkwicie życia zakonnego w połowie XVIII wieku trzymilionowa populacja Portugalczyków miała w klasztorach ponad 200 tys. osób konsekrowanych w 538 klasztorach. Maryja odbierała niezwykłą cześć w Portugalii, którą przecież od 1142 roku powszechnie nazywano już szczególną Ziemią Maryi. Każdy fragment odbity spod władzy islamistów natychmiast uroczyście oddawano na własność Maryi.

Bitwa. odbyła się 14 sierpnia 1385 roku, w przeddzień uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Głównodowodzącym wojsk portugalskich był Nuno Álvares Pereira, zaś jego dwaj bracia – Petro i Diego – stanęli po stronie najeźdźców. Do zwarcia obu armii doszło pod miastem Aljubarrota, w odległości zaledwie 12 km od dzisiejszej Fatimy. Stąd też nawiedzenie tego świętego miejsca – cudu uratowania Portugalii od unicestwienia – wiąże się często z pielgrzymowaniem do samej Fatimy.

Wojsko portugalskie ustawiło się na płaskowyżu św. Jerzego, patrona rycerzy. Podczas wielogodzinnej walki Jan, wielki mistrz zakonu Avis, o mały włos nie stracił życia. Szczęśliwie uratował go dzielny rycerz Martin Matheus Fernandes, którego nagrobek znajduje się w świątyni.

Cudownie odniesione zwycięstwo zapewniło Portugalii ponad 200-letni pokój. Historycy utrzymują, że czym dla Polaków było zwycięstwo pod Grunwaldem, tym wiktoria pod Aljubarrotą była dla Portugalczyków. Odczytano ją – i tak o niej pamięta się do dziś – jako cud uratowania Portugalii przez Matkę Najświętszą. Mimo ogromnej przewagi liczebnej Kastylijczyków ich pokonanie zajęło Portugalczykom zaledwie kilka godzin. To spektakularne zwycięstwo było głównie zasługą Nuno Álvaresa Pereiry, wspaniałego stratega i taktyka, który nigdy nie przegrał żadnej bitwy, w której brał udział.

Dzięki zwycięstwu Portugalia nie została wchłonięta przez potężne królestwo Kastylii. Pokonanie o wiele silniejszego wroga wzmocniło jedność i niezależność państwa oraz prestiż Jana I, któremu nadano przydomek Wielki i Dobry. Rozpoczął on też nową dynastię nazywaną od głównej siedziby swego zakonu dynastią Avis.

Gdyby Kastylijczycy zwyciężyli, Portugalia zostałaby jako prowincja włączona do Hiszpanii i prawdopodobnie nigdy nie wzmocniłaby się na tyle, aby stać się niezależnym państwem. Dalekosiężnym skutkiem tej bitwy była niepodległość Portugalii przez następne wieki oraz jej żywiołowa ekspansja na morzach i seria wielkich odkryć geograficznych, które wyznaczają nazwiska wielkich Portugalczyków: Henryka Żeglarza, Vasco da Gamy, Ferdynanda Magellana czy Pedro Cabrala.

Batalha – znak ślubowania. Król Jan I Dobry, zwany też Wielkim, słowa dotrzymał. Na miejscu bitwy, czyli na polach św. Jerzego, w odległości 12 km na zachód od dzisiejszej Fatimy, rozpoczęto wznoszenie przeogromnego kompleksu sakralnego: świątyni i klasztoru (178 m długości i 137 m szerokości), wokół których powstało – dziś piętnastotysięczne – miasto Batalha (po portugalsku: batalha znaczy bitwa). Gigantyczna budowa trwała ponad 150 lat. W klasztorze osiedlono dominikanów, by wysławiali Matkę Bożą Zwycięską, która ocaliła naród i państwo.

W świątyni znalazł też miejsce spoczynku wódz historycznej batalii o ocalenie Portugalii – Jan I Dobry oraz jego małżonka księżniczka angielska – Filipa Lancaster, a także ich dzieci. Szczególną uwagę i wzruszenie zwiedzających wywołuje sarkofag pary królewskiej, na którym małżonkowie, trzymając się za ręce, odchodzą na sąd Boży. Przez kolejne wieki dominikanie rozbudowywali i przysposabiali budowlę do zmiennych potrzeb czasu. W 1755 roku to cudo architektury zostało częściowo zniszczone przez trzęsienie ziemi, po którym całe lata trwała odbudowa. Olbrzymi kompleks sakralno-klasztorny Matki Bożej Zwycięskiej to perła portugalskiego gotyku. Budowę prowadziło kolejno 15 architektów, a i tak pozostała niedokończona. W niezliczonych detalach gotyk płomienisty i gotyk promienisty sąsiadują obok siebie. Znajdziemy tu w obfitości tak typowy dla Portugalii styl manueliński – od Manuela I Szczęśliwego (zm. 1521) – charakteryzujący się zdobnictwem roślinno-kwiatowym (liście laurowe, żołędzie, makówki, osty, kolby kukurydzy) i żeglarsko-marynistycznym (muszle, rośliny morskie, wodorosty, liny okrętowe, kotwice, urządzenia nawigacyjne).

W 1810 roku do Batalhi przybyły wojska napoleońskie, które jak wszędzie tak i tu rabowały i wywoziły, co się dało. Część obiektu – arcydzieła architektury wraz z biblioteką – została spalona. Dominikanie przetrwali w służbie Bogu i ludziom aż przez 22 pokolenia do 1834 roku, kiedy masoński rząd Portugalii wyrzucił ich z tego miejsca. W dzisiejszych publikacjach nie wspomina się o tym bezprawiu i krzywdzie. Zgodnie z polityczną poprawnością pisze się, że „dominikanie opuścili to miejsce bądź że „zakończyła się tam ich obecność”.

Dziś cała ta przeogromna budowla to jedno wielkie muzeum, przez które każdego dnia przetaczają się tysiące turystów z całego świata. Czy zawsze mają pełną świadomość, że patrzą na dzieło wotywne, wzniesione z wdzięczności dla Maryi za otrzymaną łaskę?

Święty – bohaterem narodowym. Wiemy już, że portugalskie wojsko do wspaniałego zwycięstwa poprowadził Nuno Álvares Pereira. Miał wtedy 25 lat. W dziesiątkach portugalskich miast do dziś stoją jego pomniki. Za najpiękniejszy – przedstawiający Pereirę na koniu – powszechnie uchodzi ten, który znajduje się na polu bitwy, po prawej stronie kompleksu klasztornego. Pereira choć był bohaterem narodowym, doskonałym strategiem i dowódcą, był też człowiekiem Bożym i bronił ojczyzny w imię Boga. Nigdy też nie przypisywał sobie zwycięstwa, które go rozsławiło na wszystkie pokolenia. Na polu bitwy odszukał dwóch swoich braci – zdrajców w służbie obcym i dokonał ich chrześcijańskiego pochówku.

Po śmierci żony Pereira wstąpił do karmelitów i do końca życia jako zwykły brat zakonny Nuno od Świętej Maryi pracował w konwencie, który sam, za swoje pieniądze, wybudował w Lizbonie. Tam też już za życia zasłynął jako człowiek głębokiej modlitwy i umartwienia posługujący gorliwie tym, którzy pukali do klasztornej furty, prosząc o pomoc. Często też brat Nuno, któremu historia dała przydomek Niepokonany, chodził po stolicy, zbierając jałmużnę dla najbiedniejszych dzieci. Przechodnie zaś całowali jego połatany habit. Zmarł w niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego 1 kwietnia 1431 roku. Już na pogrzebie okrzyknięto go świętym.

W 1918 roku Papież Benedykt XV ogłosił go błogosławionym, a Benedykt XVI – Świętym Kościoła katolickiego. Podczas kanonizacji na placu św. Piotra 26 kwietnia 2009 roku Ojciec Święty Benedykt XVI powiedział: „Święty Nuno nie pozwolił, aby jakakolwiek przeszkoda stanęła na drodze działania Bożego w jego życiu. Naśladował w tym Matkę Bożą, której był głęboko oddany i której publicznie przypisywał swoje zwycięstwa. […] Cieszę się, że mogę wskazać tę postać całemu Kościołowi, szczególnie dlatego, że człowiek ten praktykował życie w wierze i modlitwie w sytuacjach, które zdawały się dla nich nieodpowiednie. Jego życie jest dowodem, że w każdej chwili, nawet podczas wojny, można zachowywać i wprowadzać w czyn wartości i zasady życia chrześcijańskiego”. Kult św. Nuno (po polsku: Noniusz) jest żywy do dziś. Do wielu cudów za jego wstawiennictwem ciągle dopisywane są nowe.

Zwycięstwo pod Aljubarrotą zaowocowało niespotykanym wcześniej wzrostem kultu Matki Bożej Zwycięskiej (Nossa Senhora da Vitória). Uniwersytet w Coimbrze, założony w 1290 roku, stał się największym w Europie centrum studiów mariologicznych. W imię Maryi Niepokalanej składano przysięgi. Zaś w 1646 roku król Jan IV Szczęśliwy ofiarował Maryi swoją królewską koronę i odtąd żaden z 15 kolejnych królów nigdy się już nie koronował. Główną królową Portugalii była Maryja.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 30.06.2020.

do góry

11. Lepanto, zwycięstwo przez Różaniec

Cień półksiężyca nad Europą. Wraz ze zdobyciem Jerozolimy w 609 r. przez sułtana Omara rozpoczął się pochód islamu, który stopniowo objął Bliski Wschód, północną Afrykę, Hiszpanię, aż został zatrzymany w 732 r. w bitwie pod Poitiers. Wyprawy krzyżowe w 1095 r. odnowiły na krótko chrześcijańską zwierzchność w Ziemi Świętej, ale ostatecznie załamała się ona po zdobyciu w 1291 r. Akki i upadku Królestwa Jerozolimskiego w 1291 r. Ambicją każdego z islamskich władców było zdobycie dla proroka przynajmniej jednego narodu. Wraz z początkiem dynastii osmańskiej w 1299 r. pochód islamu skierował się ku Bałkanom. Pierwszym przyczółkiem w Europie był Adrianopol (dziś Edirne) zdobyty przez sułtana Murada I w 1369 r. Dalszy zwycięski pochód islamu znaczą kolejne etapy: Kosowe Pole – 1389 r., Warna – 1444 r., Konstantynopol – 1453 r. Sulejman Wspaniały w 1521 r. zdobywa Belgrad, a rok później, po opanowaniu twierdzy joannitów, zdobywa Rodos. W 1529 r. Sulejman po raz pierwszy przez blisko miesiąc oblega bezskutecznie Wiedeń. W 1565 r. flota otomańska licząca 181 okrętów wraz z trzydziestoma tysiącami muzułmanów szturmowała Maltę przez 100 dni, obronioną ostatecznie przez joannitów i osiem tysięcy katolickich ochotników. Droga na Rzym, tysiącletnie marzenie muzułmanów, stała prawie otworem.

Święta Liga. Natchniony Duchem Świętym Papież Pius V z dalekowzroczną przenikliwością przejrzał agresywne zapędy islamu. Następca Sulejmana, jego syn Selim II wiedział, że w drodze na Rzym konieczne jest zniszczenie przede wszystkim morskiej potęgi Wenecji. 2 stycznia 1571 r. zaczął od inwazji na perłę Serenissimy, którą był Cypr. Islamizacja zagroziła całej Europie.

Trzeba było natychmiast powołać europejski sojusz obronny jako jedyną szansę na uratowanie katolickiej Europy przed totalną islamizacją. Święty Papież – wcześniej uczony mnich dominikański – zaczął tworzyć dwa równorzędne fronty walki: duchowy i militarny. Niejako dwie Święte Ligi. Najpierw do całego chrześcijańskiego świata przez swoich nuncjuszy rozesłał pilne i przynaglające wezwanie do rozpoczęcia nieustannej i powszechnej modlitwy różańcowej o ocalenie wiary świętej. Z drugiej strony Papież uprzytomnił rywalizującym ze sobą władcom Europy, że tym razem już wszystkim Europejczykom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Dzięki swoim niezwykłym zdolnościom dyplomatycznym Pius V doprowadził do zgody wiecznie rywalizujące i ciągle skłócone ze sobą republiki: Wenecję i Genuę. 20 maja 1570 r. w Rzymie podpisano akt założycielski obronnej Ligi Świętej, do której poza państwem papieskim dołączyła też potężna Hiszpania oraz Księstwo Sabaudii-Piemontu, Królestwa Neapolu i Sycylii oraz Zakon Maltański. Naczelnym dowódcą – w zgodnym porozumieniu – mianowano Juana de Austria, syna cesarza Austrii Karola V i przyrodniego brata króla Filipa II. Wojskiem Genui i Parmy zarządzał jego przyjaciel i rówieśnik Andrea Doria. Tymczasem po ośmiomiesięcznym oblężeniu wojska otomańskie 9 września 1570 r. zajęły Nikozję, dokonawszy dzikiej masakry 20 tysięcy Cypryjczyków. Cała flotylla Ligi szykowała się więc do walki w 1571 r. W lecie siły Ligi koncentrowały się pobliżu Messyny na Sycylii. 17 września 1571 r. chrześcijańska armada zaczęła kierować się w stronę Korfu. Nazajutrz dowiedziała się o upadku obleganej długi czas cypryjskiej Famagusty i tym samym zajęciu przez Alego Paszę całego Cypru. Islamiści, mszcząc się za swoją wcześniejszą porażkę na Malcie, w sposób szczególnie sadystyczny wymordowali wszystkich pozostałych przy życiu obrońców Famagusty.

Wizje Piusa V. Przed zbliżającą się batalią mogącą zadecydować o losach chrześcijaństwa i Europy Papież już 27 sierpnia nakazał duchowieństwu wszystkich kościołów i klasztorów Wiecznego Miasta oraz wiernym nadzwyczajne modlitwy dzienne i nocne oraz nieustanną modlitwę różańcową. Kardynałów wezwał do postu, pokuty i hojnej jałmużny. 26 września ambasador hiszpański informował dwór w Madrycie: „Jego świątobliwość pości trzy dni w tygodniu, odwołał wszystkie audiencje i każdego dnia wiele godzin spędza na modlitwie”. Cała Europa odmawiała Różaniec. Również w Polsce z zapałem odpowiedziano na apel Ojca Świętego. Polacy mieli już złe doświadczenia z Turcją pod Suczawą, 8 września 1497 r., w Mołdawii, gdzie cudem został uratowany król Jan Olbracht.

W Rzymie trwało nieustanne wystawienie Najświętszego Sakramentu. Papież klęczał przed monstrancją i też modlił się na Różańcu. W pewnym momencie, jak opisują świadkowie tego wydarzenia, Papież wstał, wyszedł z kaplicy, podszedł do okna, otworzył je i jakiś czas stał nieruchomo. Z jego oblicza można było wyczytać, że przeżył jakąś wizję. Widział w niej – jak później opowiedział – wielką bitwę morską oraz Maryję, która swoim niebieskim płaszczem osłaniała chrześcijańskie okręty. Był to wizerunek Maryi z Santa Maria Maggiore. Następnie odwrócił się i skierował do kaplicy, oznajmiając po drodze obecnym: „Śpieszcie do kościoła dziękować Bogu, Pan dał nam wielkie zwycięstwo!”.

Noc przed bitwą, 6 października, Papież spędził na modlitwie w swoim dominikańskim klasztorze Santa Maria Sopra Minerva, z którego wezwano go na Tron Piotrowy. W kronikach zakonnych zachował się opis całego zdarzenia. Pius V ze łzami w oczach przyzywał pomocy Najświętszej Panienki: „Matko Przenajświętsza, daj zwycięstwo. Nie dla naszej chwały, ale dla Twojej. Matko i Pani nasza. Uciekamy się pod płaszcz Twego miłosierdzia. Otocz nas płaszczem, uznaj za swe dzieci, weź pod swoją opiekę”.

Strony konfliktu. W nocy z 6 na 7 października 1571 r. wrogie sobie flotylle, po uprzednich przegrupowaniach w zatoce Patras, znalazły się w pobliżu Lepanto (obecnie Nafpaktos w Grecji).

Flota turecka uformowała olbrzymi półksiężyc. Armia liczyła łącznie aż 251 okrętów z 13 tysiącami marynarzy, 28 tysiącami żołnierzy. Na pokładach statków było jednak tylko 750 dział. Głównodowodzącym wojsk tureckich był Ali Pasza Muezinowicz. Flota najeźdźców dysponowała przewagą manewrową nad okrętami państw Ligi, znacznie im jednak ustępowała siłą ognia i ilością posiadanej amunicji. Pewny zwycięstwa butny Ali Pasza wciągnął na maszt zieloną chorągiew, którą na bitwę z niewiernymi powierzył mu sułtan Selim II.

Naprzeciw Turków stanęły okręty Ligi Świętej. Wojska katolickie liczyły łącznie 212 różnego rodzaju okrętów wiosłowo-żaglowych, w tym większość, bo aż 106, było galer, 6 jednostek stanowiły potężne weneckie galeasy. Na pokładach i przy wiosłach znajdowało się ponad 40 tysięcy marynarzy, 28,5 tysiąca żołnierzy i aż 1800 dział. Okręty Ligi Świętej ustawiły się w szyku bojowym w kształcie łacińskiego krzyża. Centrum katolickiej floty kierował dowódca całej wyprawy książę Juan wraz ze swoim zastępcą, przywódcą floty papieskiej, Marcantonio Colonna. Lewym skrzydłem dowodził admirał wenecki doża Agostino Barbarigo. Pod koniec walki został ugodzony turecką strzałą w oko i głowę. Zmarł dwa dni później. Po tej stronie walczył też 24-letni Miguel de Cervantes Saavedra, późniejszy znany autor „Don Kichota”. A choć otrzymał trzy rany, z których jedna do końca życia unieruchomiła jego lewą dłoń, pisał do króla Filipa II: „Radość, która ogarnęła moją duszę, gdy zobaczyłem wrogów naszej wiary pokonanych przez chrześcijan, była tak wielka, mój królu, że aż odbierała mi świadomość bólu”.

Na chrześcijańskich okrętach morale było wysokie. Pewien wioślarz zapisał: „My, bojownicy papiescy, jesteśmy przepełnieni radością, że podjęto taką decyzję. Każdy z nas jest gotów oddać życie za Jego Świątobliwość i za wiarę i Kościół. Płyniemy, by walczyć i pragniemy zwycięstwa”.

Dzień bitwy. W dniu bitwy kapelani od świtu odprawiali na statkach Msze św. O 9.00 rano odmówiono ostatni Różaniec. Na flagowym okręcie floty chrześcijańskiej „Real di Spagna”, na wielkiej chorągwi wyhaftowany był krzyż Chrystusa Zbawiciela. Zaś w kaplicy okrętowej galery doży Genui znajdował się – podarowany mu przez króla Filipa II – obraz Matki Bożej z Guadalupe, przed którym trwała nieustanna modlitwa o zwycięstwo. W samo południe rozpoczęła się mordercza walka. Początkowo strona turecka zyskiwała zdecydowaną przewagę, głównie dzięki pomyślnemu wiatrowi. Później jednak doszło do nagłej zmiany kierunku wiatru na zatoce, dzięki czemu okręty Ligi odzyskały swobodę.

W Rzymie tego dnia Papież na przemian z kardynałami prowadził całodzienną procesję po ulicach miasta, w której niesiono najważniejszy i znany ze swej cudownej mocy wizerunek Maryi Salus Populi Romani – ten sam, który widział na placu św. Piotra cały świat w ostatni Wielki Piątek – i wtedy przewaga turecka uległa załamaniu po nagle zmienionym cudownie kierunku wiatru, co spowodowało popłoch w szeregach najeźdźców. Żołnierze i marynarze otomańscy nie byli bowiem przyzwyczajeni do tak silnego ognia. W przełomowym momencie bitwy Uluç Ali, dowódca tureckiego północnego skrzydła, widząc przegraną, uciekł na pełne morze ze swoimi 40 okrętami oraz zdobytym flagowym okrętem kawalerów maltańskich. W tym samym czasie najważniejszy turecki okręt admiralski „Sułtan” z głównodowodzącym Ali Paszą, szwagrem sułtana, został zdobyty przez trzy jednostki hiszpańskie. Schwytany admirał Ali Pasza został natychmiast ścięty, a widok jego głowy zatkniętej na długiej pice spowodował panikę po stronie tureckiej. Don Juan osobiście zdarł z okrętu flagę osmańską. Po raz pierwszy w dziejach zielony sztandar został zabrany przez niewiernych. Doprowadziło to do całkowitej dezintegracji szyków i załamania morale islamskich napastników oraz ich panicznej ucieczki.

Finał batalii. Po blisko pięciogodzinnych walkach najpotężniejsza dotąd w historii świata flota przestała istnieć. 150 okrętów zostało zatopionych, 117 galer i mniejszych jednostek zdobytych, a zaledwie 50 udało się umknąć z pola walki. Zginęła ponad połowa z 75-tysięcznej islamskiej armii, 10 tysięcy dostało się do niewoli. 15 tysięcy chrześcijańskich niewolników, przykutych do tureckich galer, odzyskało wolność. Po raz pierwszy od kilkuset lat świat islamu pozbawiony został jakiegokolwiek znaczenia na morzu, a jego flota już nigdy się nie odbudowała.

Po stronie Ligi utracono 20 galer, 30 innych jednostek odniosło poważne uszkodzenia. Straty Ligi to około 7,5 tysiąca żołnierzy i marynarzy.

Od tej pory Turcja straciła znaczenie jako potęga morska, a państwo otomańskie skierowało swoją uwagę na działania na lądzie, opanowując niemal całe południowe wybrzeże Morza Śródziemnego. W dalszej kolejności imperium skierowało swoją uwagę na północ – w kierunku Węgier, Rzeczpospolitej i Austrii. W Rzymie zaś jako symbol wielkiego zwycięstwa pozostała zielona chorągiew wojsk tureckich.

Admirał i doża Sebastiano Veniero holował zieloną chorągiew do arsenału w San Marco, a następnie podarował ją Papieżowi Piusowi V. Przez ponad 400 lat przeleżała w Watykańskich Muzeach, budząc ducha obrony wiary u zwiedzających. Niestety, błogosławiony Papież Paweł VI – w ramach polityki dialogu i zbliżenia z islamem – wielkodusznie oddał ją w 1965 r. Turcji, co islamistów tylko rozzuchwaliło. Obecnie flaga jest w trzeciorzędnym miejscu, czyli w Muzeum Morskim w Konstantynopolu. Co myślą dziś o tym w niebie don Juan, Sebastiano Veniero, Cervantes i święty Papież Pius V oraz ci, którzy oddali życie w obronie wiary?

Dziękczynienie. Dopiero dwa tygodnie później w środku nocy, 21 października, specjalny kurier dotarł z Wenecji do Rzymu z oficjalną wieścią o zwycięstwie. Pius V od razu wstał i udał się do kaplicy, aby raz jeszcze odśpiewać dziękczynne „Te Deum” za cud ocalenia Europy i chrześcijańskiego świata od inwazji islamu. Rankiem zawezwał ambasadorów i dostojników kościelnych do wspólnej dziękczynnej modlitwy za odniesioną wiktorię. Przy tej okazji, nawiązując do imienia zwycięskiego dowódcy don Juana, zacytował słowa Ewangelii: „Był człowiek posłany przez Boga, a Jan mu było na imię” (J 1, 6). Papież zarządził też, by w całym Kościele, w Rzymie i we wszystkich większych miastach Europy odbywały się procesje dziękczynne za ocalenie chrześcijaństwa. W całym świecie zapanowała powszechna radość i przekonanie, że klęska wojsk tureckich była darem Bożym wybłaganym powszechną i wytrwałą modlitwą różańcową. Sam głównodowodzący batalią w relacji dla senatu Republiki Weneckiej pisał: „Non virtus, non arma, non duces, sed Maria Rosarii victores nos fecit” („Nie potęga ani broń, ani dowódcy, lecz Maryja Różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”).

Szczęśliwcy, którym udaje się wejść do pałacu dożów w Wenecji, mogą do dziś oglądać wyryte te słowa na ścianie kaplicy pod obrazem przedstawiającym batalię pod Lepanto. Don Juan de Austria przed bitwą ślubował Matce Bożej pielgrzymkę do Loreto, jeśli bezpiecznie wróci z wyprawy. Po dopłynięciu do Neapolu, mimo złej pogody, udał się natychmiast do Loreto, by wypełnić swoje ślubowanie.

Przed cudowną figurą Matki Loretańskiej uroczyście ogłosił, że opieka Madonny prowadziła go podczas batalii, chroniąc od licznych niebezpieczeństw grożących mu podczas bitwy. Wzorem naczelnego wodza także inni dowodzący udawali się do różnych ważnych sanktuariów w swoich krajach, by dziękować Bogu i Maryi za tak wielkie i niezwykłe zwycięstwo. W całej Europie zapanował niesłychany entuzjazm. W katedrach i znacznych świątyniach trwały przez wiele miesięcy modlitwy, a miasta obchodziły procesje dziękczynne. Instynktownie się czuło, że świat chrześcijański oddycha teraz łatwiej. Niekończąca się radość rozlewała się aż na krańce Europy. „To było jak sen dla nas wszystkich” – pisał Luis de Alzamara do Don Juana z Madrytu 11 listopada 1571 r. „Wierzyliśmy i rozpoznaliśmy interwencję samego Boga”.

Jako trwały znak tak wielkiego cudu Papież Pius V ustanowił dzień 7 października doroczną uroczystością Matki Bożej Zwycięskiej, zaś do Litanii loretańskiej dodał Maryi kolejne wezwanie: Auxilium Christianorum – Wspomożenie wiernych. Do Pozdrowienia anielskiego dołączył drugą część: „Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi. Teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”.

Różaniec św. Dominika zawierał tylko słowa archanioła Gabriela. Papież zalecił, by w całym Kościele wszędzie powoływano do życia Bractwa Różańcowe, udzielając im jednocześnie wielu przywilejów i odpustów. Z kolei w 1573 r. następca św. Piusa V, Papież Grzegorz XIII (zm. 1585 r.), dotychczasowe święto Matki Bożej Zwycięskiej przemianował na święto Matki Bożej Różańcowej. Wreszcie w 1716 r. Papież Klemens XI (zm. 1721 r.) – po zwycięstwie nad Turkami pod Belgradem – rozciągnął to święto na cały świat chrześcijański.

W przyszłym roku minie 450 lat od bitwy pod Lepanto, która ocaliła cywilizację chrześcijańską. Jak dotąd cicho o zbliżającej się rocznicy.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 16.06.2020.

do góry

12. Chocim, polskie Lepanto

Cud nad Dniestrem – wiktoria pod Chocimiem 1621 r. Po zwycięstwie w 1571 r. pod Lepanto w całej Europie przez lata rozbrzmiewały dziękczynne i chwalebne modlitwy. Na różne sposoby upamiętniano tę interwencję nieba w historię Europy. Honorem było posiadanie kopii świętego rzymskiego wizerunku Matki Bożej Zwycięskiej i Różańcowej. Na prośbę św. Franciszka Borgiasza św. Pius V pozwolił skopiować święty wizerunek i wiele tych kopii rozesłał na cały świat. Te pierwsze nazywane są często „Borgiaszowymi”. Jedna z nich znalazła się w Jarosławiu, na jej podstawie malowano kolejne.

Zapotrzebowanie na najsłynniejszy obraz maryjny nie ustawało. Nie sposób było odmawiać dworom monarszym, powszechnie znanym i zasłużonym osobistościom, biskupom czy różnym konwentom zakonnym. Nie mówiąc już o nowych kościołach licznie wznoszonych jako wota dziękczynne za wiktorię pod Lepanto. Badania prowadzone nad wizerunkami kopiami, wskazują, że duża część z nich została namalowana przez utalentowanych malarzy, którzy dla większej chwały Maryi a swojej pokory kopii nie sygnowali.

Jedną z najstarszych i najdoskonalszych artystycznie jest kopia krakowska. Sprowadzona została do Krakowa już w 1600 r. na zamówienie kardynała, a później prymasa Polski Bernarda Maciejowskiego. Obraz, zwany powszechnie obrazem Matki Bożej Zwycięskiej i Różańcowej, został umieszczony w kościele Dominikanów, których charyzmatem jest Różaniec. Tradycja głosi, że przed tym wizerunkiem modlił się sam św. Stanisław Kostka.

Turcy pod Chocimiem. Po klęsce Turków pod Lepanto i całkowitym zniszczeniu floty imperium osmańskiego przez Świętą Ligę marzenia Porty o zdobyciu i islamizacji południa Europy stały się nierealne. Cała uwaga Osmanów i plany podbojów skoncentrowały się ku Bałkanom i dalej na Węgry, Austrię i Polskę.

Wiosną 1621 r. ku granicom Rzeczypospolitej szła olbrzymia, jak nigdy wcześniej, armia turecka. Liczyła wraz z taborami i zapleczem blisko 150 tys. wojska. Na dodatek armię prowadził sułtan Osman II. Pewny siebie i butny młody władca powiedział: „Najpierw połknę Polskę, a po niej całą Europę”.

Jak widzimy, Polska od wieków stała na przeszkodzie szaleńczym planom złego. Na wieść o zbliżaniu się Turków kraj ogarnęło przerażenie. Wszyscy mieli bowiem w pamięci niedawną bolesną klęskę w bitwie pod Cecorą w Mołdawii, podczas której zginął bohaterski hetman koronny Stanisław Żółkiewski, a jego syn Jan i hetman polny Stanisław Koniecpolski dostali się do niewoli.

Tym razem król Zygmunt III Waza głównodowodzącym o połowę mniejszym niż turecki korpusem wojsk polskich mianował hetmana wielkiego litewskiego Jana Karola Chodkiewicza. W wyprawie uczestniczył też królewicz Władysław. 2 września 1621 r. armia polska dotarła pod Chocim nad Dniestrem i okopała się wokół istniejącego do dziś zamku.

Modlitwa o ocalenie. Tak jak przed bitwą pod Lepanto polskiemu wojsku pod Chocimiem towarzyszyła wielka modlitwa rodaków. Wszędzie wznoszono błagalne wołania do nieba. Przed obrazem Matki Bożej Zwycięskiej i Różańcowej u dominikanów, tak jak przed pół wiekiem w Rzymie, rozpoczął się wielki modlitewny szturm do nieba. Polacy mający Bożego Ducha wiedzieli, że nawała islamska, jak raz wejdzie, to już nigdy nie wyjdzie. I znowu walczyły dwie armie: zbrojna nad Dniestrem i duchowa – różańcowa – w całej Ojczyźnie. We wszystkich większych i znaczniejszych świątyniach sprawowane były modlitwy za Ojczyznę i urządzano procesje błagalne oraz adoracje. Bractwa różańcowe na zmianę odmawiały nieustający Różaniec. Wielu ochoczo pościło i zadawało sobie wymyślne pokuty. Poruszenie było powszechne, a już zwłaszcza w Krakowie, który szczycił się przecież wizerunkiem Maryi spod Lepanto. Biskup Marcin Szyszkowski osobiście prowadził suplikacje i procesje z wizerunkiem Zwycięskiej Matki Różańcowej po ulicach miasta. Trzysta świec płonęło wokół niesionego obrazu, a stu śpiewaków intonowało Różaniec. Dzwony różnych kościołów zapraszały przez wiele dni na przemian na modlitwę. Jak zanotowały kroniki: „Kto tylko mógł, modli się o ratunek dla wiary i Ojczyzny. Nie sposób było się pytać, kto był na procesjach. Należałoby raczej pytać, kto na nich nie był”.

Bitwa. Walki wyczerpujące obie strony z małymi przerwami trwały aż miesiąc. Losy wznawianej walki nie przynosiły rozstrzygnięć. 24 września w wieku 51 lat na skutek ran i choroby umiera bohaterski hetman i wódz całej wyprawy. Można sobie wyobrazić, jaki wstrząs wywołało to w polskich szeregach. Turcy zaś triumfowali pewni zwycięstwa.

Po niespodziewanej śmierci Chodkiewicza dowództwo przejął kanclerz koronny Stanisław Lubomirski. Hart ducha i przekonanie Polaków, że bronią Ojczyzny i wiary, okazały się jednak silniejsze niż lęk i żal po stracie wodza. Kolejne ataki armii tureckiej były z powodzeniem odpierane. 3 października – miesiąc od przyjścia Osmana II – następuje decydująca bitwa, w której tureckie wojska przegrywają i nie osiągają celu. Jednak długie oblężenie i niemal codzienne walki z napierającym wrogiem wyczerpały też obrońców. Kończyła się aprowizacja oraz psychiczna i fizyczna odporność po obu stronach. Nadeszły też dokuczliwe jesienne chłody. Osman II planował szybkie rozstrzygnięcie bitwy. Gdy ta się przedłużała, uświadomił sobie, że powrót jego armii wypadnie zimą przez zasypane śniegiem Bałkany. Byłaby to katastrofa dla armii. Nieoczekiwanie sułtan proponuje więc rozejm.

Wizja hetmana. Z polskiej strony rokowania były nieśpieszne, a nawet przeciągane. A dlaczego? Bo Lubomirski pewien był stuprocentowego sukcesu. W nocy 3 października hetman miał niezwykłą wizję: „Gdym nie mógł spać, bo nieszczęścia Ojczyzny sen odegnały ode mnie, a nawet śpiąc, czuwałem, pojawiła mi się Matka Boża, bo kto by Jej nie rozpoznał po otaczającym Ją świetle ze wszystkich barw, od których noc zajaśniała mi jasnością nawet w życiu moim nie widzianą wśród dnia, i usłyszałem od Niej to jedno słowo: ’wytrwałość’. Znikła, a ja w zachwyceniu ukląkłem. Lecz potem dopiero odzyskałem wiedzę, co mi czynić należy: podniósłszy oczy, ręce i serce w niebo, złożyłem dzięki Bogu, że mnie, niegodnemu, tem napomnieniem dał poradę. I dzięki złożyłem Najświętszej Maryi. To pojawienie taką ufnością mnie natchnęło, że na drugi dzień dałem sułtanowi odpowiedź, że jedynie zapewnienie z jego strony o dotrzymaniu dawnych umów z Polską wstrzyma mnie od dalszej wojny, do której prowadzenia mieliśmy, jak mi Bóg miły, tylko jedną beczkę prochu w obozie. I tą odpowiedzią tak mu zaimponowałem, że wielki wezyr Dywaler pasza słał nam łagodniejsze warunki, ale ich nie przyjąłem, obstając przy pierwszych, które podałem. A tak po trzydniowym rokowaniu, mając w pamięci święte słowo: ’wytrwałość’, przywiodłem pogan do tego, że zrobiłem pokój, jaki sam chciałem”.

9 października zawarto więc pokój. Z sarmackim honorem – i dla prestiżu Rzeczypospolitej – na pamiątkę przekazano dary. Była to – jak zanotował obecny przy tym Jakub Sobieski, ojciec króla Jana III – „szabla ze złotem i kamieniami po świecku robiona, para pistoletów i karabin z dziwnie piękną robotą, także przy tym pozłocisty puchar i konewka srebrna”.

Strona chrześcijańska pokazała tym samym wyższość chrześcijańskiej cywilizacji, gdzie nie ma dzikiej zemsty, masowego wyrzynania wziętych do niewoli, znieważania zwłok, jak to Turcy uczynili rok wcześniej z odciętą głową hetmana Stanisława Żółkiewskiego, obnosząc ją i opluwając na ulicach Stambułu.

Wizja ojca Oborskiego. Interwencję niebios pod Chocimiem poświadczył też słynny ojciec Mikołaj Stanisław Oborski, wysłannik Papieża do badania cudów za wstawiennictwem św. Stanisława Kostki na terenie Polski. Zakonnik – modlący się w celi zakonnej jezuickiego kolegium w Kaliszu – w nocy 9 października zobaczył nagle twierdzę chocimską otoczoną aż po horyzont mrowiem osmańskich najeźdźców. Nad twierdzą zaś uczony jezuita ujrzał w obłokach Matkę Bożą – tę samą, którą widział św. Pius V pod Lepanto. Przed Maryją klęczał św. Stanisław, niedawno beatyfikowany, i prosił Maryję o ratunek dla swej ziemskiej Ojczyzny. Dziecię Jezus, zwracając się ku Matce, popierało prośby świętego. Do rangi symbolu urasta fakt, że w tym samym dniu przybył do Polski z relikwiami św. Stanisława Kostki biskup łucki Achacy Grochowski – wysłany specjalnie po nie do Rzymu, przez króla. W jednym dniu św. Stanisław przybył Ojczyźnie z pomocą z nieba i jednocześnie w relikwiach swej głowy wrócił do swojego Narodu.

Ojciec Oborski obwieścił rankiem swoje widzenie przełożonym i współkonfratrom a potem ludowi Kalisza. Kalisz był więc pierwszym miejscem, gdzie dziękowano Opatrzności za polskie Lepanto.

Polska ostoją chrześcijaństwa. Zwycięstwo chocimskie z 1621 r. zawładnęło sercami Polaków na cały XVII wiek. Znakomity historyk Józef Tretiak napisał: „Od czasu bitwy grunwaldzkiej aż do zwycięskiej odsieczy przyniesionej Wiedniowi przez króla Jana III, nie było w dziejach Polski wypadku wojennego, który by tyle blasku zlał na oręż Polski, ile tak zwana wojna chocimska 1621 roku”.

Pokonanie Turków przez Polaków ożywiło nastroje do obrony wiary w całej Europie. Na nowo na dworach Europy podjęto rozważanie planów wyzwolenia zajętych przez islam terenów. To wtedy właśnie ukształtował się też wizerunek i misja Rzeczypospolitej jako Propugnaculum Fidei (ostoi wiary).

Nowe Lepanto, tym razem na lądzie – pod Chocimiem, chętnie porównywano do Lepanto na morzu z 1571 r. Pod wrażeniem wiktorii chocimskiej pozostawał Papież Grzegorz XV, który również – na wzór święta ustanowionego przez Piusa V za zwycięstwo pod Lepanto – ustanowił dzień 10 października świętem dziękczynienia za polskie Lepanto. Królewicz Władysław otrzymał ponadto od Stolicy Apostolskiej tytuł defensor fidei – obrońca wiary, co wzmocniło prestiż zarówno samego monarchy, jak i Polski.

Doroczne dziękczynienie. Król Zygmunt III Waza co roku przypominał o dziękczynieniu za cud chocimski. Sam też uczestniczył w kolejnych rocznicach. Podczas uroczystej procesji do jezuitów na Starym Mieście monarcha sam przenosił z kaplicy zamkowej szczerozłoty relikwiarz głowy św. Stanisława Kostki. W nabożeństwie brała udział rodzina królewska, dwór, zaproszeni ambasadorowie i przedstawiciele wszystkich stanów. Na zakończenie król przystępował do stóp ołtarza i klęcząc, jako pierwszy składał pocałunek na podanej mu przez biskupa relikwii, wyrażając w ten sposób św. Stanisławowi wdzięczność całego Narodu za pomoc w zwycięstwie nad wrogami wiary świętej i Ojczyzny.

Królewicz Władysław po zwycięstwie chocimskim przybył też z darami na Jasną Górę. Jeden z obrazów wiszących do dziś w Sali Rycerskiej upamiętnia to wydarzenie. Na cześć Matki Bożej Zwycięskiej król Zygmunt ustanowił specjalny Order Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, na którym wyryty został napis: „Zwyciężyłaś – Zwyciężaj”.

Przez ponad 350 lat Kościół z roku na rok przypominał Narodowi obowiązek wdzięczności za cudowne zwycięstwo nad Dniestrem. Gdyby nie ono, nasze kościoły byłyby dziś prawdopodobnie meczetami. Tylko dzięki interwencji Maryi i wstawiennictwu św. Stanisława Kostki tak się nie stało. Szkoda, że pamięć o cudzie nad Dniestrem poszła w zapomnienie.

Piszący te słowa jeszcze w kapłańskiej młodości odprawiał Msze św. według formularza przeznaczonego specjalnie na ten dzień w mszale. Potem – w pośpiesznych reformach liturgicznych – święto zniknęło bez racjonalnych powodów. Upomniał się o nie – już jako ostatni – Prymas Tysiąclecia. W jego „Zapiskach więziennych” pod datą 10 października 1956 r. – na parę dni przed uwolnieniem – czytamy: „W dniu dziękczynienia za zwycięstwo chocimskie tylko jeden Kościół w Polsce wznosi swoje modlitwy do Boga, który obronił nas prawicą swoją. Któż z największych patriotów myśli dziś o tym zdarzeniu. A jednak może ono rozstrzygnęło o dalszym rozwoju kultury w środkowej Europie? Zapewne do Prymasa Polski należy pamiętać o obowiązku dziękczynienia za Naród, który do archiwum historycznego odesłał zdarzenie, choć ono żyje nadal w dziejach Narodu. Wielbię Victricem manum Tuam, Ojcze!”.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 23.06.2020.

do góry

13. Polska pod opieką MB Łaskawej

Cudowne interwencje Strażniczki Polski.

Warszawa, Wilno, Kraków otoczone płaszczem Jej opieki.

W dziejach Kościoła i świata nieustannie spotykamy się – a w czasach niezwykłych zagrożeń szczególnie – z niepojętymi dla ludzkiego rozumu interwencjami z nieba. Bóg spieszy z pomocą swojemu ludowi, który z ufnością ucieka się pod Jego obronę. Biblijna królowa Estera wobec zagrożeń dla całego narodu tak się modliła: „Panie, pokaż się w chwili naszego udręczenia i dodaj odwagi. Nie dopuść do zniszczenia Twojego dziedzictwa. Wybaw nas ręką Twoją” (Est 4, 17 n.).

Niezliczone znaki swojej mocy daje Bóg każdemu pokoleniu. Księgi sanktuariów do dawniejszych dopisują i dziś dokonujące się kolejne łaski Bożej mocy. Nie zapominajmy też, że za każdą beatyfikacją i kanonizacją stoi cudowny znak od Boga. Bez ewidentnego cudu nikt nie znajdzie się przecież na ołtarzach. Na rozlicznych dziejowych zakrętach i my w Polsce, uciekając się do Bożej Opatrzności, ocalaliśmy jako cały Naród naszą wiarę i Ojczyznę, przywołując Bożej mocy w sytuacjach po ludzku beznadziejnych. Krzyż Zbawiciela i wizerunki Maryi Wspomożycielki Wiernych są od ponad tysiąclecia w polskich domach, kościołach i polskim pejzażu. Krzyż i obrazy Maryi, w którą – jak pisał Jan Lechoń – „wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy”, towarzyszyły wielkim bataliom oręża polskiego w obronie wolności i wiary już od zarania naszych dziejów.

. Wśród naszych najcudowniejszych wizerunków Maryi – po jasnogórskim – jest warszawska Matka Boża Zwycięska, przed którą w 1920 roku uciekali bolszewicy, widząc Ją osłaniającą swoim niebieskim płaszczem stolicę. Zapomniano jednak o Niej jako o Uśmierzycielce zarazy.

Na prośbę króla Władysława IV (zm. 1648) skierowaną do założyciela pijarów, późniejszego św. Jana Kalasantego, w 1642 roku przybyła do Warszawy grupa 13 pijarów, którym przewodził ks. Giacinto Orselli di Brisigella. Przybyszom z Italii powierzono rozpoczęcie i zorganizowanie w Rzeczypospolitej powszechnego szkolnictwa. Jako siedzibę przydzielono im wraz z budynkami drewniany kościół pw. św. Prymusa i Felicjana na ulicy Długiej. Ksiądz Orselli, pochodzący z Faenzy, zapragnął, by i w stolicy Polski znany był tak drogi jego sercu od wczesnego dzieciństwa wizerunek Matki Łaskawej (Mater Gratiarum). Polecił wykonać jego kopię, co uczynił Isidoro Affaitati, włoski artysta pracujący dla króla Władysława IV.

Obraz o wymiarach 104 x 132 cm przedstawia Maryję wyłaniającą się ze złocistych chmur. Jest ubrana w różową suknię przepasaną złotą szarfą i niebieski płaszcz. Maryja trzyma w obu rękach siedem łuczniczych strzał, z których cztery są złamane. Najświętsza Panna ukazana więc jest jako Matka Miłosierdzia powstrzymująca zagrożenie, chroniąca przed nieszczęściami. 24 marca 1651 roku, na święto Zwiastowania, obraz został uroczyście wprowadzony do kościoła Pijarów przez nuncjusza apostolskiego Jana de Torres w obecności króla Jana Kazimierza i królowej Marii Ludwiki Gonzagi oraz kościelnych dostojników i stołecznych notabli. Nuncjusz poświęcił wizerunek i odczytał bullę papieską ustanawiającą święto Matki Łaskawej na drugą niedzielę maja (dziś jest ono obchodzone w drugą sobotę maja) wraz z błogosławieństwem papieskim dla króla na zbliżającą się wyprawę przeciwko sprzymierzonym siłom tatarsko-kozackim pod dowództwem Bohdana Chmielnickiego. Jedna z największych bitew lądowych XVII-wiecznej Europy rozegrała się w dniach 28 czerwca – 10 lipca 1651 roku pod Beresteczkiem na Wołyniu i zakończyła się wielkim zwycięstwem strony polskiej. Jak powszechnie mniemano, wiktoria była nie tylko zasługą dowodzącego wojskami króla, ale dokonała się przez wstawiennictwo i opiekę Tej, której obraz niejako w „przededniu” batalii tak uroczyście zainstalowano w stolicy wraz z papieskim błogosławieństwem Innocentego X. Król bowiem pragnął już wcześniej, by Warszawa – jako stolica – a z nią i ta część Polski miała swój wizerunek, podobnie jak Polska południowa miała swój w Częstochowie.

Po zwycięskiej batalii pod Beresteczkiem wizerunek Matki Łaskawej w pijarskim kościele cieszył się rosnącą czcią wiernych.

Custos Poloniae – Poskromicielka zarazy. Rok później, w 1652 roku, pustosząc Mazowsze, do stolicy zbliżała się budząca przerażenie czarna zaraza (mors nigra). Rajcy miejscy wraz z duchowieństwem – pomni na epidemię sprzed ćwierćwiecza – w publicznym ślubowaniu zawierzyli miasto i lud Warszawy szczególnej protekcji Matki Łaskawej, upraszając Ją o oddalenie zarazy.

Obraz Uśmierzycielki morowej zarazy, jak też zaczęto określać wizerunek, różne stany obnosiły wśród modlitw i śpiewów z udziałem orkiestr w uroczystej procesji wokół murów stolicy. W kolejnych bramach miejskich gromadzili się tłumnie mieszczanie i śpiewano pieśni błagalne. W wielkiej, uroczystej suplikacji na dzisiejszym placu Krasińskich zjednoczyło się całe miasto. I stało się: zaraza została cudownie zatrzymana przed bramami stolicy i – z niezrozumiałych po ludzku powodów – doszczętnie wygasła.

Wnet też – gdy o cudzie dowiedziano się w innych stronach – świętemu wizerunkowi Madonny od pijarów: warszawskiej Matki Łaskawej – nadano drugi tytuł: Custos Poloniae – Strażniczka Polski. Do Faenzy zaś wysłano dziękczynną chorągiew z napisem: „Miasto Warszawa składa Ci śluby i pozdrawia Cię, Maryjo. Niech obraz Twój będzie dla nas ochroną. Bądź Strażniczką Lechii. Pozwól, że będziemy Cię nazywać Patronką. Broń swoich czcicieli”.

Łaskawa ratuje Wilno. Kolejne cudowne zdarzenie miało miejsce w Wilnie. Jerzy Tyszkiewicz (zm. 1656), biskup wileński, a wcześniej żmudzki, mający identyczny – przywieziony przezeń wcześniej z Włoch – wizerunek Madonny Łaskawej w swojej prywatnej kaplicy, gdy zaraza dotarła na Litwę, przeniósł go czym prędzej na Antokol do kościoła św. Piotra i Pawła, gdzie znajduje się do dziś po lewej stronie transeptu. Od tego też dnia zaczęły się nieustanne modlitwy o ratunek i zatrzymanie epidemii. I jak zapisano w kronikach: „Nabożeństwa błagalne wzruszyły serce Najłaskawszej z Matek i Wilnianie uprosili uwolnienie miasta od śmiercionośnej plagi! Cud był na ustach wszystkich, a dziękczynieniom nie było końca”. Oba te nadzwyczajne, cudowne zdarzenia, warszawskie i wileńskie, odbiły się głośnym echem w całej Rzeczypospolitej.

…i Kraków. Pamięć o cudownej obronie Warszawy i Wilna przez Strażniczkę Polski – Uśmierzycielkę zarazy, tak bardzo utrwaliła się w pamięci potomnych, że gdy ponad pół wieku później, w 1708 roku, zaraza zaczęła dziesiątkować Kraków, mając przecież już inne święte wizerunki: Smętnej Dobrodziejki u franciszkanów, Matki Bożej Różańcowej u dominikanów czy Pani na Piasku u karmelitów – zaczęto też powszechnie przywoływać Uśmierzycielki z Warszawy i Wilna. Jak zanotował kronikarz: „Kapłani tuteczni na ten czas przytomni, z ludem schodząc się gromadno, z wielkim nabożeństwem litaniją co wieczór odprawiali”. I tak jak w Warszawie i Wilnie prośby Bożego ludu „zostały wysłuchane i zaraza nieledwie z dnia na dzień wygasła”. Zaś biskup krakowski Kazimierz Łubieński (zm. 1719) nakazał na północnej fasadzie kościoła Mariackiego, od strony ulicy Floriańskiej, namalować obraz Custos Poloniae, który otoczono pięknie kutą kamienną ramą. W dowód wdzięczności drugi wizerunek Uśmierzycielki zarazy na tle miasta Krakowa umieszczono obok ołtarza Wita Stwosza, a następnie w osobnej uroczystości zawierzono całe miasto protekcji Matki Łaskawej.

Żywa jest ciągle w Krakowie pamięć o czasach ówczesnej zarazy. Świadczy zaś o niej nieustająca tradycja składania pod wizerunkiem na ścianie mariackiej świątyni kwiatów i zapalania świec. A obecnie – właśnie pod dopiero co odnowionym jakby proroczo w ostatnich miesiącach wizerunkiem – czynią to też, jak przed wiekami, współcześni przechodnie. Odnowiony obraz został osłonięty mikroklimatyczną szybą, taką samą jak nasza „Dama z gronostajem” czy „Mona Lisa” w Luwrze. Niedawno, 19 marca 2020 roku, po Mszy św. w kościele Mariackim o ustanie zarazy przed tym wizerunkiem Strażniczki Polski modlił się ks. abp Marek Jędraszewski.

Dzieje obrazu. Z pijarami w Warszawie Uśmierzycielka zarazy przebywała w kościele drewnianym, a po jego pożarze w kolejnym – murowanym. Odebrał go zakonowi po Powstaniu Listopadowym car Mikołaj I. To ten, który po upadku powstania powiedział: „Nie wiem, czy będzie jeszcze kiedy jakaś Polska, ale jestem pewien tego, że nie będzie już Polaków”.

Pijarski kościół carski namiestnik Iwan Fiodorowicz Paskiewicz upatrzył sobie na odpowiednie miejsce dla prawosławnego soboru – katedry. Święty wizerunek wraz z pijarami przeniesiono wtedy do zrujnowanego przez Szwedów kościoła jezuickiego, gdzie znajduje się do dziś. Śladem dawnej obecności Mater Gratiarum na ulicy Długiej jest dziś figura Strażniczki Polski na szczycie frontonu obecnej katedry polowej. Warto dodać, że w kościele Jezuitów znajduje się też XVII-wieczna statua Matki Bożej Łaskawej, którą aż do Powstania Listopadowego corocznie noszono w dziękczynnych procesjach. Po 185 latach procesja z figurą po Starym Mieście została szczęśliwie wznowiona w 2015 roku. Trzymetrowa kopia z brązu statuy stanie zaś w tym roku na pięciometrowym cokole przy wjeździe do podwarszawskiego Radzymina, tam gdzie Uśmierzycielka zarazy i Strażniczka Polski obroniła nas przed czerwoną zarazą. „Chcemy w ten sposób – jak powiedział ordynariusz warszawsko-praski ks. bp Romuald Kamiński – podziękować Bogu za interwencję Najświętszej Maryi Panny i obronę przed nadciągającą w 1920 roku ze wschodu rewolucją”.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 2020.

do góry

14. Rzym, Matka Bożej Miłości

Cud dokonał się za wstawiennictwem Madonny del Divino Amore.

Wśród wielu wspaniałych obrazów Maryi, otaczanych powszechną czcią, rzymianie szczególnie rozkochani są w dwóch. W najstarszym, już 1500-letnim, wizerunku Salus Populi Romani (Ocalenie Ludu Rzymskiego) i w obrazie Mater Divini Amoris (Matka Bożej Miłości). Bez niego od 76 lat nie byłoby już Rzymu, jaki znamy.

Zabłąkany pielgrzym. Była wiosna 1740 r. Zdążający do grobu św. Piotra anonimowy pielgrzym, zamiast iść do celu utartym szlakiem, wybrał drogę na skróty i zagubił się zaledwie kilkanaście kilometrów od granic ówczesnego Rzymu. Nagle dostrzegł na wzgórzu zarysy ruin jakiejś starej budowli. Był to stary, zrujnowany zamek w miejscowości Castel di Leva. W sercu pielgrzyma obudziła się nadzieja na znalezienie kogoś, kto wskaże mu właściwą drogę. Jednak gdy przybliżył się do ruin, niespodziewanie zaatakowało go stado pasterskich psów. Przerażony pątnik, spoglądając w górę, zobaczył na murze zamkowej wieży obraz przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem Jezus, a ponad nimi gołębicę Ducha Świętego. W śmiertelnym lęku przed zagryzieniem przez sforę zgłodniałych psów, zaczął przyzywać na pomoc Madonnę z obrazu. Na rozpaczliwe wołanie: „Matko, ratuj! Maryjo, pomóż!”, rozjuszone psy, które zewsząd go otaczały, nagle rozproszyły się i spokojnie odeszły.

Wiadomość o cudownym zdarzeniu szybko rozeszła się po okolicy i dotarła do Rzymu. Zapomniany wizerunek Madonny z Dzieciątkiem na zamkowym murze w Castel di Leva wkrótce stał się celem licznych pielgrzymek nawet z odległych stron. By uporządkować rodzący się spontanicznie kult, fresk już 5 września 1740 r. został zdjęty z muru zamkowej wieży i przewieziony do pobliskiego kościoła Matki Bożej od Trzech Króli.

Pięć lat później, w Wielkanoc 19 kwietnia 1745 r., ikona została przeniesiona do nowo wybudowanego kościoła w pobliżu zamkowej wieży, w którym znajduje się do dziś. Wzrastająca cześć dla świętego wizerunku sprawiła, że 13 maja 1883 r. Kapituła Watykańska, co było rzadkością, uwieńczyła skronie Madonny koronami.

Święty obraz. Z badań specjalistów wynika, że wizerunek Maryi został namalowany w XIV w. na ścianie jednej z ośmiu wież zamku twierdzy, będącej własnością rodziny Orsinich, a później Savellich. W XV w. zamek – po zrujnowaniu przez trzęsienie ziemi – został opuszczony. Ocalała jednak wieża, z której zdjęto fresk i nałożono na deskę. Po czym uroczyście został intronizowany w głównym ołtarzu świątyni. Według znawców, fresk to typowa średniowieczna bizantyjska ikona namalowana przez jednego z uczniów ze szkoły Pietro Cavalliniego.

Podczas II wojny światowej Papież Pius XII sugerował przeniesienie czcigodnego wizerunku w bezpieczniejsze miejsce, po tym jak 8 września 1943 r. sanktuarium w Castel di Leva zostało omyłkowo wzięte za warownię i ostrzelane. Dlatego też po wylądowaniu 22 stycznia 1944 r. aliantów w Anzio, już dwa dni później święty obraz przetransportowano do Rzymu. Jeden ze świadków tak wspomina to zdarzenie: „Kiedy Madonna dotarła do Rzymu, stałem wtedy przy Coloseum i wraz z kilkoma znajomymi dołączyłem do wielkiej procesji. Był ogromny, niepoliczalny tłum. Wielu było młodych. Cały Rzym polegał wtedy tylko na pomocy Dziewicy”.

Święty obraz po uroczystym powitaniu został zaniesiony do małego kościoła w centrum miasta, niedaleko placu Fontanella Borghese. W maju zaś ze względu na wielki i nieustający napływ pielgrzymów wizerunek przetransportowano do bazyliki św. Wawrzyńca, jednej z dwunastu tzw. bazylik mniejszych Rzymu.

Wielka modlitwa. Zbliżał się dzień Zesłania Ducha Świętego, doroczne święto patronalne Matki Bożej Miłości. Jaka inna okoliczność mogłaby być stosowniejsza, by uroczyście przed Nią rozpocząć Suplikacje o ocalenie Rzymu? 28 maja wraz ze świętem Zesłania Ducha Świętego zaczęła się jednocześnie oktawa modlitw o ratunek dla Rzymu. Rzymianie natychmiast podchwycili i przyjęli zaproszenie Piusa XII do modlitwy. Jak zanotowano: „Napływ ludzi do kościoła jest tak wielki, że codziennie udziela się ponad 15 000 Komunii”.

Bazylika św. Wawrzyńca okazała się za mała, by pomieścić błagające o ratunek rzesze. Obraz więc zostaje przeniesiony do największego w ścisłym centrum Rzymu kościoła św. Ignacego Loyoli, który wybudowano jako dziękczynienie Bogu za dar kanonizacji założyciela jezuitów.

4 czerwca, tego samego dnia, w którym kończyła się oktawa modlitw przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej Miłości, decydował się los miasta Rzym, które całe było zaminowane przez Niemców. Brytyjskie czołgi wczesnym popołudniem ustawiły się, by huraganowym ogniem zaatakować centrum miasta. Nie było wątpliwości, że będzie się toczył ciężki bój o każdy dom i każdą ulicę.

Dowodzący wojskami aliantów gen. Harold George Alexander wydał rozkaz, by dwa tysiące jego czołgów wyparło wroga, nawet za cenę zniszczenia miasta. Rzymianie byli ogarnięci lękiem, pamiętając straszliwe bombardowanie dzielnicy San Lorenzo w lipcu 1943 r.

O godz. 18.00 w wypełnionym po brzegi kościele Jezuitów, na okolicznych placach i uliczkach w odpowiedzi na apel Ojca Świętego zostaje złożone ślubowanie przed Przenajświętszą Matką Bożej Miłości, mające wybłagać Wiecznemu Miastu łaskę ocalenia. W zamian za to duchowieństwo i lud wierny obiecują odnowę życia moralnego i gorliwsze praktyki religijne. Znakiem zewnętrznym ślubu jest przyrzeczenie wybudowania nowej świątyni dla jeszcze większej czci Maryi w tym świętym obrazie. Postanowienie zawierało też zobowiązanie do stworzenia nowych dzieł charytatywnych przy sanktuarium w Castel di Leva.

Ślubowanie z powodu godziny policyjnej, która rozpoczynała się o godz. 19.00, zostaje złożone w dużym pośpiechu. Pius XII, który chciał osobiście uczestniczyć w tym akcie, zostaje ostrzeżony, by nie opuszczał Watykanu, ponieważ może mu grozić niemiecka deportacja. Za Papieża ślub odczytuje jego specjalny wysłannik.

Dokładnie w tym samym czasie, gdy tysiące ludzi trwa na kolanach przed Maryją, dowództwo Wehrmachtu wydaje komendę do bezzwłocznego opuszczenia miasta. Niemcy wycofują się po cichu, nie detonując podłożonych ładunków. Po godz. 20.00, bez jednego nawet wystrzału, alianci wkraczają do Rzymu.

Miłosierna Madonna dokonała niewyobrażalnego cudu, Rzym został uratowany. Pamiątka tej niezwykłej interwencji z nieba, ewidentnego wkroczenia samego Boga w naszą historię znajduje się do dziś w kościele św. Ignacego Loyoli – mozaika Matki Bożej Miłości po prawej stronie od wejścia do kościoła, w drugiej kaplicy św. Józefa. Podpis: „Matko Boża Miłości, módl się za nami”, przypomina o wołaniu rzymian, o tamtych dniach paraliżującego lęku i przerażenia. Do dziś można spotkać tam starszych rzymian, którzy zatrzymują się w tym miejscu na chwilę modlitwy.

Dziękczynienie. 5 czerwca dziesiątki tysięcy rzymian przez cały dzień w spontanicznym odruchu wdzięczności instynktownie przybywały na plac świętego Piotra, by podziękować Bogu za cud. Wiwatowano bez końca na cześć Chrystusowego Namiestnika. Wszyscy byli przekonani, że przez sprowadzenie obrazu Matki Bożej Miłości do Rzymu i zawierzenie Jej Wiecznego Miasta Papież ocalił Rzym od apokaliptycznej katastrofy.

11 czerwca 1944 r. Pius XI udał się przed święty obraz do kościoła św. Ignacego, by odmówić modlitwę dziękczynną za cud ocalenia miasta. Zwracał się wtedy do Maryi, nadając Jej tytuł Salvatrix Urbis – Wybawicielki Miasta. Jak odnotowała prasa: „Wokół Papieża cisnęły się dziesiątki tysięcy osób. A wielu w akcie pokutnym przybywało do kościoła nawet boso”. Pius XII stwierdził wtedy: „Jesteśmy tu dziś nie tylko po to, by prosić Matkę Boga o Jej wstawiennictwo, ale przede wszystkim, by podziękować Jej za to, co – wbrew ludzkim przewidywaniom – dokonało się przez Nią dla najwyższego dobra Wiecznego Miasta i jego mieszkańców. Nasza Matka Niepokalana po raz kolejny uratowała Rzym od straszliwego niebezpieczeństwa”.

Przez wiele następnych tygodni rzymianie tłumnie oblegali kościół i nie wypuszczali świętego wizerunku. Każdy pragnął z dziękczynieniem paść przed Wybawicielką Rzymu na kolana. Dopiero 12 września 1944 r. Madonna Divino Amore uroczyście wraca na swoje odwieczne miejsce do sanktuarium w Castel di Leva. Na całej dwudziestokilometrowej trasie jest uroczyście i honorowo eskortowana, pozdrawiana przez nieprzebrane rzesze. Cała ta droga Maryi z Jej sanktuarium do Rzymu została później nazwana „Drogą Wybawicielki Rzymu” i oznaczona przydrożnymi kapliczkami, obrazami na domach i płotach, często z plakietkami przypominającymi ten wielki cud.

Nagłe i niepojęte wycofanie się Niemców z Rzymu wprawiło w osłupienie całe alianckie dowództwo. Winston Churchill w swych pamiętnikach „Od Teheranu po Rzym” zanotował, iż „zdobycie miasta odbyło się w sposób zupełnie przez nas nieprzewidziany”. Jeden ze świadków tego czasu wspominał: „Pamiętam dobrze strach tamtych godzin, pełnych napięcia i niepokoju. Wydawało się, że bitwa o Rzym rozpocznie się lada chwila. Kazano nam założyć najlepsze buty i wytrzymałe na zniszczenie ubrania, gdyż będziemy musieli uciekać. Tymczasem – wbrew wszystkim przewidywaniom – ani kropla krwi nie została przelana. Dzięki Panu Bogu i Maryi nic takiego się nie stało. Przenajświętsza Matka mocą Boga oświeciła umysły i dotknęła serc walczących”.

Dziś rozumiemy, że to za Bożym zrządzeniem Rzym – centrum chrześcijaństwa nie doświadczył skutków odbijania go z rąk niemieckich. Doszłoby wtedy do nieodwracalnego zniszczenia całego dziedzictwa wiary i kultury Europy. Rodzą się pytania: kto kazał prącym tak sprawnie na Rzym siłom alianckim nagle zatrzymać się przed miastem. Kto wstrzymał niemiecką rękę, która jednym przyciskiem mogła zdetonować ładunki, które zrównałyby z ziemią najważniejsze zabytkowe obiekty miasta? Kto wreszcie kazał Niemcom nagle wycofać się z tak szczegółowo zaplanowanego planu?

Wypełnienie ślubowania. Trudne lata powojenne i wpływ komunistów na samorządy lokalne odsunęły wypełnienie ślubowania w czasie. Wcześniej niż przyrzeczony w ślubach nowy kościół powstały liczne dzieła charytatywne przy sanktuarium, jak sierociniec dla dziewcząt czy obszerny i nowoczesny dom opieki dla starszych. W 1983 r. ukończono budowę domu pielgrzyma z ogromnym zapleczem do spotkań, sympozjów i konferencji oraz kaplicę do spowiedzi. W 1992r., wypełniając wojenne ślubowanie, u stóp wzgórza posadowiono wielką świątynię, która może pomieścić ponad 1500 osób.

Jan Paweł II Wielki jako pierwszy Papież w historii już 1 maja 1979 r. pielgrzymował do Castel di Leva, a właściwie do wyodrębnionej już administracyjnie zeń miejscowości Divino Amore. Drugi raz przybył tam na otwarcie Roku Maryjnego (7 czerwca 1987r.) i dwanaście lat później (4 lipca 1999 r.), gdy konsekrował nowe sanktuarium, w którym bywał wielokrotnie jako kardynał. Wołał wtedy: „O Matko nasza, niech nikt nie przechodzi obok tego sanktuarium bez pociechy serca Boskiej miłości”. Wyrazem miłości Jana Pawła II Wielkiego do tego sanktuarium było też umieszczenie go zamiast kościoła św. Sebastiana na liście siedmiu kościołów odpustowych na Wielki Jubileusz Roku 2000. W nowym sanktuarium znalazła się też stara ambona, z której w kościele Jezuitów przemawiał Pius XII do swoich, jak mawiał, „umiłowanych synów i córek”. W 2014 r. na ambonie umieszczono naturalnej wielkości rzeźbę z brązu Piusa XII.

Nocne pielgrzymowanie. W każdą sobotę, od Wielkanocy do końca października, z Rzymu wyrusza do Divino Amore nocna piesza pielgrzymka. Dwa razy, w maju i październiku, z polskiego kościoła św. Stanisława Biskupa pielgrzymują nasi rodacy.

W ubiegłym roku, w 75. rocznicę cudownego ocalenia Rzymu, świętą ikonę w wigilię Pięćdziesiątnicy przywieziono na plac św. Piotra. Była to specjalna uroczystość dla diecezji rzymskiej, podczas której Papież jako pasterz diecezji przestrzegał przed niebezpieczeństwem „ponownej odnowy Kościoła utożsamianej tylko z przestawianiem wszystkiego inaczej, niż było”. Po skończonym nabożeństwie wierni wraz z biskupami i kapłanami uroczyście odprowadzili cudowny wizerunek w pokutnej procesji aż do term Karakalli.

Sanktuarium Divino Amore cały rok tętni wiarą i pobożnością. W krypcie kościoła spoczywają Luigi i Maria Beltrame Quattrocchi, pierwsi błogosławieni małżonkowie patronujący rodzinom chrześcijańskim, do których pielgrzymuje się szczególnie dla wyproszenia potomstwa.

Jest też Divino Amore centrum duchowego życia włoskich Romów, którzy corocznie gromadzą się tu 4 maja. Mają też swoją wydzieloną część terenu, gdzie spoczywa Zeffirino Giménez Malla, pierwszy błogosławiony w 1997 r. Cygan i tercjarz franciszkański, zastrzelony przez komunistów w 1936 r. podczas hiszpańskiej wojny domowej za to, że bronił wleczonego po bruku kapłana.

W Roku Wiary 2013 Ojciec Święty Franciszek podczas wielkiego czuwania „Z Maryją poza noc” w Divino Amore zawierzył cały świat Jej Niepokalanemu Sercu.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 02.06.2020.

do góry

15. Austria, różańcowy cud

Dzięki narodowej Krucjacie Różańcowej Sowieci w 1955 r. wyszli z Austrii.

Na mocy postanowień konferencji w Poczdamie z 1945r. Austria i Wiedeń – podobnie jak Niemcy i Berlin – została podzielona przez aliantów na cztery strefy okupacyjne. Kraj nadzorowała tzw. Aliancka Komisja ds. Austrii, która była tylko organem doradczym i pomocniczym dla parlamentu i rządu austriackiego z kanclerzem i jednocześnie prezydentem, Karlem Rennerem. Sowieci zajęli najbogatszą i największą wschodnią część Austrii. Z marszałkiem Iwanem Koniewem na zajętych przez siebie terenach wprowadzali komunistyczne porządki. Zamierzali pozostać w Austrii na dłużej, jak w Polsce, na Węgrzech czy w pozostałych tzw. demoludach. Rabowali przy tym, co tylko się dało, wywozili maszyny i urządzenia przemysłowe. Kraj ubożał. Rujnując gospodarkę, traktowali zajęty przez siebie teren jako zdobycz wojenną.

Dla Austriaków ponure widmo długiej okupacji jednej trzeciej kraju przez „czerwonego najeźdźcę” stawało się coraz bardziej realne. Krajowi groził podobny podział na wrogie sobie państwa, w jakim znalazły się Niemcy, a więc na Austrię Zachodnią i komunistyczną Austrię Wschodnią.

Bóg – Pan ludów i narodów – i Jego Święta Opatrzność przewidywała jednak zupełnie inny scenariusz dla tego kraju, nad którym zwierzchnictwo od wieków sprawuje Wielka Matka Łaskawa Austrii z Mariazell. Bogu potrzebna była jeszcze szczera i serdeczna ofiara: pokuta, gorliwa modlitwa i ufne cierpienia ludzi kochających wieczną i doczesną Ojczyznę. Dla wielkiej sprawy trzeba było bardzo wielu, którym zależało na losie Austrii. A gdy się odnaleźli, Wielka Matka Austrii upomniała się razem z nimi o swoje wielowiekowe dziedzictwo i pospieszyła na ratunek.

Petrus Pavlicek. Do obrony przed bezbożnym komunizmem i jako swego pomocnika wybrała sobie Przenajświętsza Matka wiernego syna św. Franciszka, ojca Piotra Pavlička. Urodzony w 1902 r. w Innsbrucku, Otto Pavliček – w zakonie Petrus – skończył wcześniej Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. W środowisku przedwojennej wrocławskiej bohemy szybko jednak stracił wiarę. Potem jako wędrowny malarz przez kilka lat włóczył się po całej Europie od Pragi do Cambridge i od Paryża do Londynu. Ożenił się, ale szybko się rozwiódł. Po kilku latach – jak sam mówił – dzięki modlitwie swego brata Józefa (zm. 1949 r.) w 1935 r. – mając 33 lata – przeżył głębokie nawrócenie. Szukając głębszego sensu życia, udał się do słynnej bawarskiej stygmatyczki, Teresy Neumann z Konnersreuth (zm. 1962 r.), by poradzić się jej, co powinien zrobić ze swoim życiem. Ta zaś mu odpowiedziała: „Już najwyższy czas, żebyś został kapłanem. Będę się za ciebie modlić i składać ofiary”. Po wyjściu od świątobliwej mistyczki Otto skierował swe kroki do najbliższego napotkanego kościoła. Był to kościół franciszkański. Uklęknął i po długiej modlitwie podjął – pod Bożym natchnieniem – życiową decyzję, że zostanie franciszkaninem. Okazało się, że droga od postanowienia do jego realizacji nie była prosta. Dopiero trzecia z kolei prowincja franciszkańska, i to w Pradze, wyraziła zgodę na jego przyjęcie. Dla prowincji w rodzinnym Innsbrucku i stołecznym Wiedniu Otto był już za stary. Przed przekroczeniem klasztornej furty Pavliček rozdał cały swój majątek biednym. W grudniu 1941 r. otrzymał święcenia kapłańskie i nowe imię – Petrus. Trwała wojna i Niemcy potrzebowali ciągle nowych żołnierzy. Petrus odmówił jednak służby wojskowej. Po rozprawie przed sądem wojennym został na szczęście wcielony do wojskowych służb pomocniczych, gdzie pełnił funkcję sanitariusza. W 1944 r. Amerykanie wzięli go do niewoli. Trafił do obozu jenieckiego w Cherbourgu, w którym został kapelanem.

Odkrycie Fatimy. I wtedy wpadła mu w ręce książeczka na temat objawień maryjnych w Fatimie. Po jej lekturze doznał duchowego wstrząsu i szybko zobaczył głębszy sens dokonujących się na jego oczach historycznych wydarzeń. Zafascynował się orędziem Maryi, w którym znalazł klucz do zrozumienia otaczającego go świata.

Zrozumiał wtedy, że gdyby orędzie fatimskie było powszechnie przyjęte, dzieje świata przybrałyby zgoła inny bieg. Ojciec Petrus pojął w mig istotę tego orędzia. Wystarczyłoby, żeby ludzie posłuchali próśb Matki Bożej i nawrócili się, a historia potoczyłaby się nie aż tak tragicznie. Po wyjściu z obozu ojciec Piotr udał się natychmiast do Mariazell, duchowej stolicy kraju i najważniejszego austriackiego sanktuarium maryjnego. Celem pielgrzymowania było dziękczynienie za szczęśliwe przeżycie wojny, za powrót z niewoli i oddanie się Maryi do dyspozycji. Przed cudownym obrazem Wielkiej Matki Austrii zakonnik pogrążył się w szczerej i żarliwej modlitwie serca pełnego troski o przyszłość Austrii. Wtedy wyraziście usłyszał w duszy słowa: „Czyńcie to, co wam mówię, a będzie wam dany pokój”. To duchowe doświadczenie wywarło na Ottonie-Piotrze wstrząsające wrażenie. Całą swą duszą odczuł wezwanie do czynu i działania. Rozważał i przemyśliwał, jak on – zwykły przecież zakonny braciszek – mógłby się osobiście zaangażować w odzyskanie suwerenności okupowanej przez Rosję ojczyzny. Raz jeszcze sięgnął do orędzia fatimskiego i zrozumiał, że najważniejszą siłą – potężniejszą od bomb i armat – jest Różaniec.

Pokutna krucjata różańcowa. 2 lutego 1947 r. ojciec Pavliček na wiedeńskiej starówce w kościele franciszkańskim pw. św. Hieronima zorganizował pierwszą pokutną procesję różańcową, na której ogłosił rozpoczęcie Krucjaty Różańcowej o wyzwolenie kraju od Rosjan. Zaapelował o maksymalne zaangażowanie wszystkich katolików, o codzienny Różaniec w tej intencji. Sam też w tym celu cierpliwie, z figurą Matki Bożej Fatimskiej, pielgrzymował po parafiach, głosił rekolekcje i kazania, a także organizował spotkania z wiernymi i prowadził różańcowe procesje. W listopadzie 1947 r. Krucjata liczyła 500 zdeklarowanych na piśmie członków. Widząc apostolski zapał, żarliwość i siłę ducha zakonnika, kardynał Theodor Innitzer (zm. 1955 r.), arcybiskup Wiednia, oficjalnie zaakceptował i pobłogosławił jego zamysł i działalność.

Dwa lata później Pokutna Krucjata Różańcowa otrzymała imprimatur od wszystkich 11 biskupów diecezjalnych i od całej Konferencji Episkopatu Austrii. Pasterze aktywnie włączyli się też w rozpoczęte przez ojca Pavlička dzieło. Głównymi celami Krucjaty były: modlitwa, zadośćuczynienie i pokuta za wszystkich, którzy zapomnieli o Bogu, błaganie o pokój na świecie i o wolność dla okupowanej przez Rosję Austrii. Do krucjaty dołączyli też publicznie politycy. W 1950 r. ojciec Pavliček zorganizował w stolicy wielką maryjną procesję światła w intencji wyzwolenia od Rosjan. Setki tysięcy uczestników, głównie członków Pokutnej Krucjaty Różańcowej z całej Austrii, przeszło ze świecami i różańcami po słynnym cesarsko-królewskim wiedeńskim Ringu. Dziś tę świętą drogę wolności miasta corocznie bezcześci parada biedaków chełpiących się brakiem władzy nad swoim ciałem. W błagalnej procesji wziął udział cały rząd oraz liczne austriackie wybitne osobistości życia publicznego, ze świata nauki, kultury i sztuki. Z roku na rok liczba członków Krucjaty Różańcowej dynamicznie wzrastała. Gdy w 1950 r. było ich 200 tysięcy, to w 1952 r. już 340 tysięcy, a w maju 1955 r. liczba odmawiających codziennie Różaniec za ojczyznę i wolność przekroczyła 700 tysięcy. Dzięki staraniom ojca Pavlička i jego apostolatowi 8 grudnia 1954 r. święto Niepokalanego Poczęcia – decyzją rządu – znów stało się w Austrii dniem wolnym od pracy. Jako wotum narodu ofiarowano je Maryi w 100. rocznicę ogłoszenia dogmatu o Jej Niepokalanym Poczęciu.

Bezskuteczne negocjacje. Aż osiem lat trwały – głównie w Londynie – trudne negocjacje Austriaków z Rosjanami z udziałem pozostałych państw wielkiej czwórki: USA, Anglii i Francji. Mijały spotkania bez konkretnych wniosków dotyczących powojennego losu Austrii. Bóg, Pan Dziejów, jakby chciał sprawdzić wiarę tych, którzy tak wytrwale, cierpliwie i gorliwie modlili się o wyzwolenie kraju spod rosyjskiego jarzma. 24 marca 1955 r. sowieccy towarzysze niespodziewanie zaprosili Austriaków na rozmowy do Moskwy. Austriacy stawili się tam już nazajutrz, 25 marca, w święto Zwiastowania. Przed wyjazdem kanclerz Julius Raab błagał wprost ojca Pavlička: „Ojcze, proszę, módlcie się i proście wasz lud, aby teraz modlił się mocniej i więcej niż kiedykolwiek”. W wyniku rozmów Sowieci całkowicie zaskoczyli świat bezprecedensowym – jak dla nich – posunięciem. Zapowiedzieli zgodę na wycofanie swoich wojsk z Austrii w ciągu najbliższych miesięcy. Najświętsza Maryja Niepokalana jest zawsze Matką wierną.

Cud: Rosjanie wychodzą. Po ośmiu latach modlitewnej krucjaty austriacka delegacja wraca z Moskwy – uwaga! – 13 maja 1955 r., w dzień Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej, z podpisanym protokołem, w którym bezbożny reżim marksistowski nagle i niespodziewanie rezygnuje z dalszej okupacji i wycofuje swoje wojska z Austrii.

Już dwa dni później, 15 maja, w Wiedniu ministrowie spraw zagranicznych czterech zwycięskich mocarstw: Antoine Pinay, Harold Macmillan, John Dulles i niesławnej pamięci Wiaczesław Mołotow na 354. i ostatnim spotkaniu w tej sprawie podpisali międzypaństwowy traktat kończący sowiecką okupację Austrii i gwarantujący jej niepodległość. Wzruszony kanclerz Julius Raab w okolicznościowym przemówieniu do narodu zaczął od podziękowań Panu Bogu. Drżącym głosem oświadczył: „Dziękuję przede wszystkim Bogu Wszechmogącemu. Podpisaliśmy umowę i z radością wołamy: „Austria jest wolna”. Kanclerz Raab później przy różnych okazjach – pełniąc urząd do 1961 r. – wielokrotnie podkreślał, że wolność Austrii była darem Maryi, Wielkiej Matki Austrii. Nagle i niespodziewanie – ku zaskoczeniu Europy i świata – Austria była wolna od okupacji. I to bez straty nawet jednego żołnierza i bez jednego wystrzału.

Dziś, historycy i wojskowi strategowie wciąż nie potrafią wyjaśnić, w jaki sposób i dlaczego Rosjanie się wycofali. Nie sposób tego faktu zrozumieć w kategoriach polityki. Mogło się to stać tylko dzięki interwencji Matki Bożej i Jej Syna. 26 października 1955 r. – po dziesięciu latach rabunku i okupacji – ostatni rosyjski żołnierz opuścił ziemię austriacką. Dziś dzień ten jest świętem narodowym Austrii. Dopiero 40 lat później Rosjanie opuścili NRD.

Dziękczynienie. Maryja spełniła obietnicę. Wyrazem wdzięczności i radości za przywrócenie wolności było wielogodzinne bicie w dzwony we wszystkich austriackich kościołach. Trwało ono – z przerwami – trzy dni i trzy noce. W tych dniach, od 13 do 15 maja, w Wiedniu i innych miastach niezliczone rzesze Austriaków maszerowały w procesjach z pochodniami i różańcami w dłoniach – z wdzięcznością niosąc figury Matki Bożej Fatimskiej – Wybawicielki z komunistycznego zniewolenia. Z przepełnionymi radością sercami powtarzano dziękczynną modlitwę ofiarowaną Jej przez kanclerza: „Dzisiaj my, których serca są pełne wiary, wołamy do nieba w radosnej modlitwie: Jesteśmy wolni! O Maryjo, dziękujemy Ci!”.

Wszyscy Austriacy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, Komu zawdzięczają ten wielki przełom dziejowy, ten wielki cud. Ta wolność została wymodlona w milionach Różańców. Do dziś pamiętają tamten czas Austriacy, żywiąc gorące przekonanie, że byli świadkami nadzwyczajnych działań Boga i Jego Matki.

Sam kanclerz Raab ciągle podkreślał, że „Matka Boża uzyskała dla Austrii traktat pokojowy”. Sowieci do dziś są przecież znani z tego, że niełatwo – bez przymusu – wycofują się z podbitych przez siebie terenów. Wyjście Rosjan z Austrii było jedynym w okresie zimnej wojny przypadkiem, kiedy ZSRS dobrowolnie, bez wojny opuścił okupowany przez siebie kraj. Wytłumaczenie jest jedno: nadprzyrodzona interwencja i pomoc samego Boga i Maryi.

Już w chwili podpisywania dokumentu kanclerz Raab zdawał sobie sprawę z tego, że w przyszłości znajdą się niedowiarkowie, politolodzy czy historycy, którzy to wydarzenie będą starali się wytłumaczyć w najbardziej ludzki, zwyczajny sposób, nie odwołując się do Bożej interwencji i wstawiennictwa Maryi. Stąd znamy i taką jego wypowiedź: „Gdyby nie modlitwa, gdyby nie takie mnóstwo rąk wzniesionych ku Bogu i składanych w Austrii do modlitwy, nie osiągnęlibyśmy tego. To Matka Boża pomogła nam w uzyskaniu traktatu pokojowego”. W powszechnym przekonaniu odzyskanie niepodległości było prawdziwym cudem. Raz jeszcze okazało się, że to, co niemożliwe u ludzi, możliwe jest u Boga.

60 lat później. Wiedeń, 15 maja 2015 r., 60. rocznica podpisania traktatu. Przed historycznym Belwederem kolportowana jest rocznicowa ulotka. Ukazuje ona nie tylko zdjęcie słynnej sceny tarasowej, na której minister spraw zagranicznych Austrii Leopold Figl stoi w towarzystwie ministrów spraw zagranicznych czterech głównych mocarstw, a w środku kanclerz federalny Julius Raab z dumą pokazuje traktat ze słowami „Austria jest wolna!”. W ulotce jednak nie znajdujemy ani słowa o tym, że był to cud wymodlony przez naród. Ani słowa o tym, że Leopold Figl po wielekroć przez lata modlił się na kolanach w wiedeńskim kościele Franciszkanów o wyjście Rosjan. Ani słowa o okrzyku podpisującego traktat kanclerza Raaba: „Jesteśmy wolni! Dziękujemy Ci, Maryjo!”.

Dzisiaj nie chce się pamiętać, że w historii nie brakowało wielkich władców i polityków, którzy szczerze i na kolanach prosili Boga o pomoc. I jakże często w beznadziejnych sytuacjach otrzymywali to, o co prosili. Bóg czyni cuda proszącym Go o nie. To dzięki cudowi Austria uniknęła losu Niemiec Wschodnich. Rządzący bez bojaźni Bożej w sercach nigdy nie zapewnią pomyślności tym, którzy ich wybierają.

Trzeba przypomnieć, że dwa lata wcześniej, w czerwcu 1953 r., sowieckie czołgi krwawo stłumiły powstanie robotników niemieckich w Berlinie Wschodnim. Rok później zaś, w listopadzie 1956 r., Sowieci w Budapeszcie barbarzyńsko zgnietli węgierskie powstanie antykomunistyczne, przelewając krew ponad 25 tysięcy naszych bratanków.

Jeden z opiekunów wędrującej w procesjach po Austrii figury Matki Bożej Fatimskiej zeznał: „Trzy miesiące przed śmiercią Teresy Neumann odwiedziłem ją 18 czerwca 1962 r. Zadałem jej jedno pytanie: Dlaczego Rosjanie opuścili Austrię? Świątobliwa stygmatyczka – dziś już od 15 lat Służebnica Boża – odpowiedziała: Zaprawdę, zaprawdę, to były Różańce narodu austriackiego”.

Austriacki cud niech nas mobilizuje, byśmy z rąk nie wypuszczali Różańca, bo z nim tylko możemy pokonać zło w nas i wokół nas.

Ks. Jerzy Banak

do góry

16. Hiroszima, cud Różańca

Odmawiali codziennie Różaniec i ocaleli podczas wybuchu bomby atomowej.

Hiroszima – ta nazwa na całe pokolenia będzie się kojarzyła ze zniszczeniem i cierpieniem nie do opisania po pierwszej w dziejach eksplozji bomby atomowej. 6 sierpnia 1945 r. o godz. 8.16 amerykański bombowiec B-29 zrzucił śmiercionośny ładunek o nazwie „Little Boy” („Chłopczyk”). Na wysokości 565 metrów spadająca bomba eksplodowała. Trzynaście kilometrów kwadratowych zabudowań spopieliło się i zniknęło. Po godzinie na konające miasto spadł ciężki, czarny, radioaktywny deszcz. Gigantyczny grzyb dymu i pyłu wyrósł na wysokość piętnastu kilometrów i przez wiele godzin był widziany z odległości sześciuset kilometrów.

W jednej chwili – według różnych rachub – zginęło od 80 do 90 tys. ludzi. Kolejne ćwierć miliona zmarło w straszliwych cierpieniach od ran i poparzeń w ciągu pięciu lat. Jednakże jest też inne – nieznane aż tak bardzo powszechnie – przesłanie z Hiroszimy, niosące pociechę i nadzieję. W tym potopie ognia i bólu Bóg pozostawił jednak znak swojej obecności i potęgi. Zawiesił wszystkie prawa fizyki.

Ocalał tylko jeden dom. W pierwszej strefie totalnego zniszczenia i ruin w promieniu dwóch kilometrów od miejsca wybuchu ostał się tylko jeden dom. Zamieszkiwała go nieliczna wspólnota licząca ośmiu jezuitów oraz cztery inne osoby zaangażowane w ewangelizację. Dom zakonny od centrum eksplozji dzieliło zaledwie nieco ponad tysiąc metrów i osiem innych budynków. W godzinie wybuchu w klasztorze było tylko czterech księży z przełożonym, Francuzem, ojcem Hugo Lasallem, który przybył do Japonii w 1929 r. Obecny był też jezuita, Polak, ojciec Hubert Cieślik oraz dwóch Niemców: Hubert Schiffer i Wilhelm Kleinsorge.

Budynek zakonny wraz z jezuitami ostał się w morzu ruin. Dom, w którym mieszkali katoliccy duchowni, cudownie ocalał, podczas gdy wszystko wokół się rozpadło. Każda osoba znajdująca się w odległości do półtora kilometra od centrum wybuchu natychmiast umierała. Zdumiewające, że ani wyzwolona podczas wybuchu zabójcza temperatura, która topi wszystko wokół, ani siła podmuchu niszcząca to, co napotka po drodze, ani nawet promieniowanie nie miały wpływu na późniejsze zdrowie i życie jezuitów. Badający później całe zdarzenie fizycy z Departamentu Obrony USA stwierdzili, że „siedziba jezuitów powinna być ponad wszelką wątpliwość zniszczona. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt w takiej odległości nie powinien zostać przy życiu”.

Relacja ojca Schiffera. Ojciec Hubert Schiffer, niemiecki jezuita, rankiem 6 sierpnia 1945 r. po odprawieniu Mszy św. udał się do zakonnego refektarza na śniadanie. Tak potem opisał tę chwilę: „Kiedy zanurzyłem łyżeczkę w świeżej połówce grejpfruta, coś nagle błysnęło. Początkowo pomyślałem, że pewnie eksplodował tankowiec w porcie. W końcu Hiroszima była głównym portem, w którym japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Potem nagle potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy. Upadłem na ziemię, otworzyłem oczy i zobaczyłem, że wokół naszego domu jest pustka, nie ma nic. Wszystko legło w gruzach. Tymczasem ja miałem zaledwie jakieś niewielkie zadrapania. Ze swoich cel wyszli cali i o własnych siłach zszokowani zakonnicy.

Po wyjściu z domu zobaczyliśmy na ganku siedzącego kota. Obok naszego domu nietknięty pozostał też zakonny ogródek z pomidorami i innymi warzywami oraz krzaki winogron. Nic nie zostało zniszczone. Z dachu nie spadła ani jedna dachówka. Nawet trawa wokół była taka sama”.

Ocaleni. Niepojęte jest, że wszyscy mieszkańcy domu: czterech obecnych na miejscu zakonników oraz pozostałych ośmiu nieobecnych domowników (czterech jezuitów i czterech świeckich współpracowników misji), którzy w momencie wybuchu znajdowali się akurat z różnych przyczyn w innych miejscach Hiroszimy, przeżyło wybuch. Wszyscy dalej bezpiecznie żyli, cieszyli się również dobrym zdrowiem przez następne długie lata. Rodzi się pytanie: w jaki sposób misjonarze mogli przeżyć wybuch atomowy, który spowodował śmierć wszystkich innych w promieniu dwóch kilometrów od epicentrum wybuchu, a katoliccy duchowni byli oddaleni od niego zaledwie o jeden kilometr? Jest to absolutnie niewytłumaczalne z żadnego, także naukowego, punktu widzenia.

Ocaleni jezuici zostali w Hiroszimie i zaangażowali się natychmiast w przywracanie życia umarłemu miastu i służbę żyjącym współwyznawcom.

Po wybuchu ojciec Schiffer przeżył jeszcze 33 lata. Opisywał po wielekroć to, co stało się jego udziałem, dawał świadectwo w telewizjach i wywiadach, obronił nawet doktorat i pracował naukowo na uniwersytecie Fordham w stanie Nowy Jork. Spotkał się też z obydwoma pilotami bombowca: w 1951 r. z drugim pilotem, Robertem Lewisem, a po ćwierćwieczu z pierwszym pilotem bombowca, Paulem Tibbetsem.

Ojciec Hubert Cieślik dożył 84 lat i zmarł w 1998 r. Jako historyk zajmował się głównie dziejami Kościoła w Japonii i uważany był za największego ich znawcę.

Z kolei ojciec Lasalle, który przeżył wybuch i był już w Japonii wtedy od 16 lat, wykładał m.in. socjologię na uniwersytecie w Tokio. W pierwszych latach po wojnie odbył szereg podróży, a u Piusa XII wyjednał zgodę na budowę tzw. Katedry Pokoju, która stała się katedrą nowoutworzonej z wikariatu apostolskiego diecezji Hiroszima. Uporczywie i skutecznie przyczyniał się – zwłaszcza poprzez kwestę w Brazylii – do odnowy i wsparcia tak boleśnie uszczuplonej wspólnoty katolickiej w wyniku atomowego holokaustu. Ojciec Lasalle zmarł 7 lipca 1990 r., przeżywszy 92 lata. Na jego pogrzebie ks. kard. Franz Hengsbach z Essen powiedział: „Znałem o. Lassalle’a jako kapłana bez mała zrośniętego z ołtarzem z niezwykłą wprost oczywistością, który codziennie odprawiał Świętą Ofiarę, nawet w najtrudniejszych warunkach”. W ostatnich dniach swego życia ojciec Lasalle często powtarzał słowa: „Nic nie jest niemożliwe, jeśli zwracamy się do Boga w modlitwie”.

Drugi dom jezuicki. Na przedmieściach Hiroszimy w dzielnicy Nagatsuka znajdował się też drugi dom jezuicki. Był w nim nowicjat. Ten dom ostał się również nietknięty, choć i wokół niego fala uderzeniowa poczyniła niemałe zniszczenia. Jednym z jezuitów zamieszkujących wówczas w tym domu był ojciec Pedro Arrupe (zm. w 1991r.), który po 20 latach od wybuchu bomby atomowej został wybrany generałem zakonu jezuitów i pełnił tę funkcję do 1983 r. W czasie eksplozji – jako mistrz nowicjatu, czyli postać w zakonie bardzo prestiżowa – od trzech lat pracował już w Japonii.

Gdy na miasto runęła bomba, w domu tym znajdowało się 18 ojców i nowicjuszy. Wszyscy natychmiast pospieszyli z pomocą rannym i umierającym, a nowicjat zamienili w szpital polowy. W chwili, gdy ojciec Aruppe organizował pomoc, zaczął padać groźny, błotnisty i radioaktywny deszcz, który – co też niepojęte – nie miał żadnego wpływu, choć powinien, na utratę zdrowia zakonników. W kilka miesięcy później, już po zakończeniu akcji ratowniczej – gdy opinia publiczna dowiedziała się o heroicznej postawie przełożonego i jego współbraci – rząd Japonii wystosował oficjalne i publiczne podziękowania dla ojca Arrupe i całego zakonu.

Specjaliści wobec cudu. Po kapitulacji Japończyków amerykańscy lekarze powiedzieli zakonnikom, że wkrótce zaczną odczuwać skutki promieniowania. Ku wielkiemu zdziwieniu świata nauki nic takiego się nie stało. Cudownie ocaleni – po wielekroć badani – nie wykazywali najmniejszych oznak napromieniowania, ani żadnych innych skutków ubocznych spowodowanych wybuchem bomby jądrowej.

Specjaliści amerykańscy przez miesiące i lata obserwowali i badali ten niezwykły fenomen, jakim było przeżycie wybuchu atomowego przez jezuitów w obydwu ich domach. Próbowali zrozumieć, w jaki sposób mieszkańcy i otaczające ich gospodarstwo mogło bez uszczerbku ocaleć. Już po jednym z pierwszych badań po wybuchu szef zespołu ekspertów wojskowych, fizyk, dr Stephen Rinehart stwierdził: „Z naukowego punktu widzenia to, co się przytrafiło tym jezuitom w Hiroszimie, wciąż przekracza wszelkie prawa fizyki. Trzeba przyznać, że musiała tam być obecna inna siła, której moc była w stanie przemienić energię i materię tak, by były one znośne dla ludzi. A to już przekracza nasze wyobrażenie”.

Kolejne bezradne grupy ekspertów, wysyłanych z najbardziej renomowanych ośrodków naukowych USA, bezradnie rozkładały ręce, potwierdzając, że to, co się przytrafiło jezuitom w Hiroszimie, jest wbrew prawom fizyki. Zakonnicy byli systematycznie badani – w sumie ponad 200 razy. Setki ekspertów przez trzydzieści lat studiowało problematykę – jak mówiono – „jezuickiego cudu”. I dociekano: czym mogłyby się różnić owe ocalałe domy zakonne od pozostałych kompletnie zburzonych? Nigdy nie znaleziono racjonalnego wytłumaczenia tego fenomenu.

Dom inny od wszystkich. Ojciec Schiffer i pozostali ocaleni w licznych wywiadach zawsze odpowiadali to samo: dom nasz różnił się od pozostałych tylko jednym. W tym domu posłuchano licznych wezwań Matki Bożej do codziennego odmawiania Różańca! Ocaleliśmy dzięki Maryi, której zawierzaliśmy siebie każdego dnia.

Jezuici doskonale zdawali sobie sprawę z tego, Kto był rzeczywistym Sprawcą cudu ich ocalenia. Przeżyli, ponieważ wzięli sobie do serca fatimskie przesłanie Maryi. „Żyliśmy – jak powiedział ojciec Schiffer – orędziem Maryi z Fatimy i codziennie wszyscy razem i głośno odmawialiśmy w naszym domu Różaniec”. Ocaleni całe życie byli przekonani i wszędzie o tym mówili, że uratowała ich Matka Boża, Królowa Różańca Świętego. Ona ochroniła ich też od wszystkich negatywnych konsekwencji wybuchu bomby atomowej. Ojciec Lasalle, który przeżył po eksplozji jeszcze 45 lat, odpowiadał pytającym krótko: „Matka Boża ocaliła nas z zagłady, byśmy byli świadkami mocy modlitwy różańcowej”.

O tym, jak wielką i cudowną moc ma pobożnie odmówiona, choćby jeden raz, modlitwa „Zdrowaś Maryjo”, niech świadczą słowa św. Jana Marii Vianneya (zm. w 1859 r.), który mówił: „Jedno pobożnie odmówione ’Zdrowaś Maryjo’ wstrząsa całym piekłem”. Z kolei św. Ludwik Maria Grignion de Montfort (zm. w 1716 r.) pisał: „’Zdrowaś Maryjo’ dobrze odmawiane, czyli uważnie, z nabożeństwem i pokorą, zmusza do ucieczki szatana. Jest młotem, który go miażdży, jest uświęceniem duszy, radością aniołów, śpiewem wybranych, radością Maryi i chwałą Trójcy Przenajświętszej. […] Błagam więc was usilnie, […] odmawiajcie codziennie, o ile wam czas pozwoli, cały Różaniec, a w chwili śmierci błogosławić będziecie dzień i godzinę, kiedyście mi uwierzyli”.

Dom jezuitów w Hiroszimie był inny od wszystkich. Różnił się tym, że odmawiano w nim codziennie Różaniec i brano sobie do serca orędzie fatimskie. Niech nasze domy będą jemu podobne. Żadna siła zła wtedy nas nie porazi.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 05.05.2020.

do góry

17. Nagasaki, ocalenie klasztoru

Nagasaki 9 sierpnia 1945 r.

Podczas wybuchu atomowego wyleciało tylko kilka szyb w klasztorze.

Trzy dni po ataku na Hiroszimę, 9 sierpnia 1945 roku, o godz. 11.02 amerykański bombowiec B-29 zrzucił prawie pięciotonowy ładunek atomowy, zwany Fat Man (Grubas), na Nagasaki. Celem właściwym miało być miasto Kokura, ale ze względu na zadymienie i zachmurzenie bombę zrzucono na cel alternatywny, czyli Nagasaki. Na dodatek okazało się, że zrzut śmiercionośnego ładunku nastąpił około czterech kilometrów od wyznaczonego punktu. Bomba eksplodowała nad Urakami, czyli na przedmieściach Nagasaki. W wyniku wybuchu i poparzeń zginęło 75 tysięcy ludzi, a więc dużo mniej niż w Hiroszimie. Większa część miasta jednak także legła w ruinach.

Znaki zapytania. Zbombardowanie Nagasaki w innym miejscu niż o tym mówił rozkaz wywołało w świecie zrozumiałą konsternację. Oto, walcząc z reżimem japońskim, unicestwiono akurat skupisko ludności uciskanej przez władze. Bowiem eksplozja bomby nad katedrą katolicką wydawała się podejrzana również i z tego powodu, że peryferyjne umiejscowienie dzielnicy Urakami znacznie pomniejszyło – co przecież było celem ataku – szkody zadane reszcie miasta. Stąd też ofiar w Nagasaki było prawie dwukrotnie mniej niż w Hiroszimie, chociaż w promieniu dwóch kilometrów wszystko wyparowało.

Czy stratedzy wybierający ewentualne miejsce na zrzucenie bomby nie zauważyliby wzgórz otaczających Dolinę Urakami, które przecież znacznie osłabiły zasięg rażenia bomby? Z wojskowego punktu widzenia byłby to atak średnio opłacalny, chyba że – horribile dictu – prawdziwym, choć ukrytym celem nalotu było unicestwienie jednego z najważniejszych ośrodków katolicyzmu na Dalekim Wschodzie. Z prawie piętnastu tysięcy katolików zamieszkałych w dzielnicy Urakami przeżyła zaledwie jedna czwarta.

Jeżeli wierzyć oficjalnym enuncjacjom strony amerykańskiej, uderzenie w Urakami było – jak solennie zaświadczano – efektem całej serii nieszczęśliwych „zbiegów okoliczności”. Odnotujmy fakt, że wielu w takie tłumaczenia powątpiewa. Zniszczenie Nagasaki również dla samych Japończyków miało przecież znaczenie symboliczne, gdyż w tym miejscu rodziła się Japonia.

Zrzut bomby miał pierwotnie nastąpić na port i śródmieście, wszelako jakimś sposobem ładunek spadł cztery kilometry dalej, akurat na dzielnicę zamieszkałą przez katolików. Bomba – jakby przesunięta szatańską mocą od wyznaczonego celu – eksplodowała dokładnie na wysokości 350 metrów, w odległości zaledwie 400 metrów od katedry pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, zbudowanej w 1895 roku w dzielnicy Urakami. Budowla miała 70 metrów długości i mieściła pięć tysięcy wiernych – co czyniło ją największą i najpiękniejszą wówczas katedrą w całej Azji. W jej pobliżu zaczęli się coraz częściej osiedlać katolicy japońscy, co spowodowało, że Urakami stało się oddzielną i prężną katolicką dzielnicą.

Podczas eksplozji w katedrze jeden ksiądz sprawował – jak zawsze o tej porze – codzienną Mszę św. Drugi był w konfesjonale. W świątyni znajdowało się około 30 wiernych. W promieniu dwóch kilometrów, w temperaturze sięgającej kilku tysięcy stopni Celsjusza, wszystko, co żywe, stopiło się. Z okazałej budowli pozostały gruzy i niewielkie resztki ścian. Fragmenty połamanych figur eksponowane są dzisiaj przed odbudowaną w 1959 roku nową świątynią. Obok pozostawiono ruiny zniszczonej katedry.

Ziemia męczeństwa. Chrześcijaństwo zostało zaszczepione w Japonii przez św. Franciszka Ksawerego (zm. 1552), który przybył do Nagasaki w 1549 roku. Już wtedy było to znaczące miasto portowe dla całej zachodniej części wyspy Kiusiu. Od rozpoczęcia ewangelizacji stało się też centrum lokalnego Kościoła katolickiego w Japonii. Krew dwudziestu sześciu męczenników na czele z Pawłem Miki, ukrzyżowanych w Nagasaki 5 lutego 1597 roku, wydała obfite żniwo na japońskiej ziemi. Tutaj w latach 1614-1632 – po wymyślnych i szatańskich torturach – ponieśli też męczeńską śmierć liczni późniejsi święci i błogosławieni, począwszy od bł. Melchiora od św. Augustyna, bł. Marcina od św. Mikołaja, św. Magdaleny z Nagasaki, czy później w latach 1633-1637 św. Wawrzyńca Ruiza wraz z 16 towarzyszami.

My, Polacy, nie możemy zapomnieć, że w 1634 roku, po sadystycznych torturach, zamordowano tu – zaledwie rok od przybycia – polskiego jezuitę Wojciecha Męcińskiego. Odrąbano mu kolejno różne części ciała, po czym je spalono.

Znalezienie u podejrzanych jakiegokolwiek znaku chrześcijańskiej wiary kończyło się srogimi karami, a potem śmiercią. Na Nishizaka – wzgórzu męczenników – urządzono miejsce zbiorowych ukrzyżowań. Przez 250 lat zdążali tam ukradkiem pielgrzymi z całego kraju, by na miejscu kaźni przodków umacniać swoją wierność Bogu i Kościołowi.

Misja ojca Kolbego. Na to historyczne i uświęcone ofiarą krwi niezliczonych męczenników miejsce przybył 24 kwietna 1930 roku z dalekiej Polski o. Maksymilian Maria Kolbe. Świadomie i z rozmysłem wybrał na swoją misję Nagasaki, wiedząc, że to nie tylko kolebka japońskiej cywilizacji, ale i serce Kościoła na tej ziemi.

Ojciec Kolbe z dwoma współbraćmi, Zenonem Żebrowskim (słynny później brat Zeno) i Hilarym Łysakowskim (dwóch innych, którzy razem z nim wyjechali z Polski, zostawił w Szanghaju), zaczął zdobywać Japonię dla Niepokalanej. Ekipa kolejnych 13 franciszkanów dotarła do Nagasaki kilka miesięcy później.

Po przybyciu przyszły święty – zgodnie z przyjętym zwyczajem – udał się od razu do miejscowego biskupa, prosząc o pozwolenie na działalność franciszkanów. Niezbyt przychylny przedstawionym planom ks. bp Januariusz Hayasaka dość oschle wysłuchał petenta z dalekiego świata, szybko jednak zmienił zdanie, gdy się dowiedział, że ojciec Kolbe jest po rzymskich studiach i z dwoma doktoratami z teologii i filozofii. Zobaczył wtedy w przybyszu zdatnego kandydata – jakiego mu akurat brakowało – na wykładowcę w swoim seminarium.

Ojciec Kolbe przystał na propozycję prowadzenia zajęć, pod warunkiem zezwolenia na działalność swojej placówki zakonnej i możliwość wydawania „Rycerza Niepokalanej”. Już dużo później biskup wyznał, że wyrażając zgodę, był przekonany, że z zapału przybysza z nieznanego kraju niewiele wyniknie. Stąd na wszystko się zgodził, ale – choć wątpił – pobłogosławił zamiary i misję Szaleńca Niepokalanej. Pierwsze mieszkanie trzej polscy misjonarze znaleźli u żarliwego katolika doktora Takasaki Nagai, u którego pozostali przez ponad rok. Od razu mieli nie tylko schronienie, opiekę, ale przede wszystkim lokum, gdzie można było redagować „Rycerza Niepokalanej”. Po miesiącu od przybycia do Japonii ojciec Kolbe dystrybuował już pierwszy majowy numer „Rycerza”, zwanego tutaj „Rycerzem bez Grzechu” (Seibo no Kishi).

Spadnie tu ognista kula. Rozwijając swą pracę apostolską w wydzierżawionych pomieszczeniach doktora Nagai, ojciec Kolbe szukał jednocześnie lokum na stałą siedzibę franciszkańskiej misji. Zainstalowanie się w niewielkiej odległości od katedry, wśród osiadłych tu od dawna katolików, wydawało się znakomitą i wymarzoną lokalizacją.

Ojciec Kolbe – posłuszny sugestiom biskupa – obejrzawszy kolejne działki w Urakami nadające się pod budowę, wszystkie kolejno odrzucał. Zdumieni współbracia nie mogli pojąć niezdecydowania przełożonego. W końcu usłyszeli: „W tym miejscu nie możemy budować klasztoru. Wkrótce spadnie tu ognista kula i wszystko spali”. Konfratrzy nie za bardzo rozumieli te groźne słowa, ale nie dociekali, co mogą znaczyć, gdyż wiedzieli, że o. Maksymilian stosował zasadę: com powiedział – powiedziałem. Zachowali jednak to dziwne stwierdzenie w pamięci. Zamieszkiwanie w dzielnicy katolickiej z przewagą cudzoziemców wydawało się im oczywiste i przeważające wszystkie inne argumenty.

Z Urakami udali się więc dalej od centrum, gdzie w dzielnicy Hongochi znaleźli duży teren położony w odległości około 20 minut drogi od miejskiej komunikacji, ale za to bliżej wzgórza Nishizaka. Miejsce było trudno dostępne, zarośnięte i zaniedbane, na dodatek położone na zboczu wzniesienia Hikosan, po stronie przeciwnej niż reszta miasta. Wymagało oczyszczenia i dużych prac przygotowawczych. Ojca Kolbego nie zraziło nawet to, że działka miała 16 właścicieli i formalności związane z zakupem mogły się znacznie przeciągnąć.

To miejsce – w proroczym natchnieniu, kierowany Bożą Opatrznością – wybrał zdecydowanie i stanowczo na siedzibę franciszkańskiej misji. A choć współbracia nabycie posesji na różne sposoby mu odradzali, postawił na swoim, wiedziony mądrością, która wyprzedzała przyszłość. 11 lutego 1931 roku, w dniu Matki Bożej z Lourdes, do której pielgrzymował przed udaniem się na statek do Marsylii, o. Kolbe podjął ostateczną decyzję zakupu, mając już wcześniej zgodę prowincjała z Polski. W zdumiewająco krótkim czasie został na tym miejscu wybudowany klasztor, który rozpoczął dynamiczną działalność apostolską i wydawniczą. Czterohektarowy teren ojciec Kolbe nazwał Ogrodem Niepokalanej – Mugenzai no Sono.

Ojciec Maksymilian uczył współbraci na misjach po rycersku cierpieć, pracować i umierać. Polscy misjonarze żyli w spartańskich warunkach, ale przetrzymali wszystko, bo jak mówił o św. Maksymilianie brat Eligiusz: „tylko łagodność, z jaką nas traktował, pozwalała znosić trudne warunki życia, ubogie pożywienie i niesprzyjający klimat”. Święty Maksymilian przyciągał do siebie nie tylko katolików i biednych Japończyków, ale ludzi i osoby z tamtejszego establishmentu, a nawet naukowców i buddyjskich mnichów. Imponował wszystkim spokojem i łatwością nawiązywania kontaktów.

Po sześciu latach, wobec zagrożenia chorobą, ale widząc już zakorzenienie japońskiego Niepokalanowa, Szaleniec Niepokalanej wrócił do Polski. Po 9 latach – tak jak zapowiedział – spadła na miasto ognista kula. Ogród Niepokalanej, osłonięty przez wzniesienie Hikosan, szczęśliwie ocalał. Kto wskazał ojcu Kolbemu tę działkę i tę właśnie stronę góry? Kto kazał mu oprzeć się zachętom biskupa? Kto przewidział, że tu usytuowany klasztor przetrwa tak niewyobrażalny kataklizm? Z okien klasztoru wyleciało tylko kilka szyb.

Madonna Hibakusha. Japońskie słowo „hibakusha” oznacza ofiarę wybuchu atomowego. Osoby mające prawnie przyznany ten tytuł cieszą się szczególnym szacunkiem w społeczeństwie, a także wsparciem swoich lokalnych władz. Takie miano przylgnęło też do szczątków drewnianej figury Maryi, a ściślej do pozostałej tylko głowy Matki Najświętszej z wypalonymi oczami, spalonym policzkiem i częścią włosów, którą wydobyto ze zgliszcz w zwałach katedralnych ruin. Rzeźba Maryi została w latach 30. ubiegłego stulecia wykonana we Włoszech. Jej twórca inspirował się siedemnastowiecznym obrazem Madonny Murilla. Dwumetrowa rzeźba miała kryształowe oczy i po instalacji w katedrze szybko zaczęła cieszyć się niezwykłą czcią wiernych.

Parę miesięcy po wybuchu bomby ojciec Kaemon Noguchi, trapista z opactwa na wyspie Hokkaido, przybył do Nagasaki, skąd pochodził. Błądził pośród ruin katedry, aż nagle przez łzy zobaczył jakiś detal. Matka Boża, przed którą wyprosił sobie powołanie, pozwoliła mu się odnaleźć. Odrzuciwszy cegły, wydobył jednak tylko samą głowę rzeźby. Z całej dwumetrowej figury tylko ona ocalała. Po odbudowie katedry głowę – jak ją się też czasem określa – Zbombardowanej Madonny pozostawiono przy głównym wejściu. W roku 2005, w 60. rocznicę eksplozji, została umieszczona w specjalnej kaplicy, do której nie wpuszcza się turystów, a jedynie katolików, którzy pragną się modlić. Obecny arcybiskup Nagasaki ks. abp Joseph Mitsuaki Takami, który w dniu wybuchu wojny miał trzy miesiące w łonie matki, odbył z Madonną Hibakusha w 2010 roku pielgrzymkę pokoju do Rzymu i niektórych miejsc w Europie oraz do ONZ.

Niezwykle duchowe, ale i wstrząsające wyjaśnienie dramatu Nagasaki przedstawił dr Takashi Nagai, pierwszy dobroczyńca ojca Kolbego, ocalały szczęśliwie z atomowej zagłady. Zauważył, że kiedy płonęła katedra, cesarz Hirohito podjął decyzję o zakończeniu wojny. Ujawnił ją publicznie dopiero sześć dni później, 15 sierpnia, zapewne nie wiedząc, że jest to dzień wielkiego katolickiego święta Wniebowzięcia Matki Bożej. Według doktora Nagai, katolicy z Urakami stali się – jak napisał – „całopalną ofiarą, barankiem złożonym na ołtarzu, na przebłaganie za grzechy wszystkich narodów popełnione podczas II wojny światowej”. Męczeństwo setek tysięcy ofiar atomowego ataku na Hiroszimę i Nagasaki nie mogło pójść na marne. Żaden polityk nie zdecydował się – jak dotąd – na użycie tej straszliwej broni.

Japoński Kościół – tak dogłębnie i dotkliwie zraniony w Nagasaki – przetrwał atomową apokalipsę. Przypieczętował stulecia demonicznych prześladowań porównywalnych tylko z wczesnochrześcijańskimi. Ojciec Mieczysław Mirochna (zm. 1989), który objął Ogród Niepokalanej po wyjeździe ojca Maksymiliana, był wiernym kontynuatorem swego mistrza. A już po ośmiu latach od męczeństwa Szaleńca Niepokalanej w Auschwitz powołał do życia zakon Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej. Zaś 8 grudnia 1949 roku w Konagai, 40 km od Nagasaki, założył Ogród Chwały (Misakae no Sono). Dziś jest to – znany w całej Japonii – wielki kompleks charytatywno-opiekuńczy dla kilkuset niepełnosprawnych dzieci.

Japoński Kościół – wzmocniony niebywale w 1973 roku objawieniem się Maryi w Akicie – ma już 16 diecezji i dynamicznie zdąża do miliona wiernych dzięki ofiarnej ewangelizacji misjonarzy z ponad 20 krajów, którzy dla poznania Chrystusa przez Japończyków poświęcają swoje życie. Tylko Bóg ze zła może wyprowadzić dobro.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 12.05.2020.

do góry

18. Filipiny ocalone przez Różaniec

Maryja wielokrotnie w historii odpowiadała na modlitwę Filipińczyków.

Od wieków w różnych czasach i miejscach przez Różaniec dokonywały się niepojęte i niewytłumaczalne cuda. Potęga i moc modlitwy różańcowej zmieniała bieg historii. Różaniec powstrzymywał najeźdźców, niweczył plany podbojów i podstępne zamysły możnych tego świata. Ocalał od wojen i zamętów całe narody.

Odkryte w 1520 roku przez Magellana Filipiny to jedyny kraj w Azji, w którym blisko 90 proc. ludności stanowią katolicy.

Od 2017 roku uroczystość Niepokalanego Poczęcia jest na Filipinach świętem narodowym. Od wieków 8 grudnia każdego roku ulice Manili i setek miast przemierzają procesje, których uczestnicy niosą szczególnie umiłowane w danym regionie wizerunki Matki Bożej.Swój łańcuch górski Filipińczycy nazwali Sierra Madre, a najwyższy szczyt Bogurodzica. Każda większa miejscowość musi mieć swój wizerunek, obraz czy statuę Maryi, swoją Señorę. Od 1588 roku znane są tu już bractwa różańcowe, które do dziś są w każdej parafii. Zaś Matka Boża Różańcowa zwana jest Wielką Panią Filipin (hiszp. La Gran Señora de Filipinas). Różaniec wrósł w codzienne, osobiste i wspólne życie rodzin filipińskich.

Pierwsze zwycięstwo różańcowe. Wojna osiemdziesięcioletnia, głównie między katolicką Hiszpanią i protestanckimi Niderlandami, która rozpoczęła się w Europie w 1568 roku, przeniosła się i na Filipiny. Dzięki piractwu i brutalnej sile Holendrzy zdobyli już wcześniej wyspy Indonezji. Kolejnym ich celem były Filipiny. Była to od 1542 roku najdalej na wschód wysunięta część imperium hiszpańskiego, której nadano nazwę na cześć Filipa II.

W 1646 roku niespodziewanie flota holenderska, złożona z 15 statków wojskowych – ku zdumieniu Filipińczyków – z armatami i kilkuset żołnierzami na pokładzie, przybyła do Manili z oczywistym zamiarem podbicia jej i wyspy. A czas był wtedy trudny. W kraju zniszczonym dopiero co przez kilka następujących po sobie erupcji wulkanicznych panowała bieda i brakowało już nawet żywności. Na dodatek od śmierci w 1641 roku arcybiskupa Hermanda Guerrera Manila pozostawała bez swojego pasterza. A gdy wreszcie mianowano elekta, ten niespodziewanie zmarł na pokładzie okrętu zdążającego do Manili.

Nadto miejscowe wojenne okręty – zaskoczone zupełnie nagłą inwazją – były niezdatne do natychmiastowej walki. Wtedy to na handlowych galeonach wypisano imiona: „Różaniec”, „Wcielenie” i „Święty Jakub”. Pospiesznie ustawiono na nich armaty i przystosowano je do obrony portu w Manili. Na pokładzie statków ustawiono wizerunki Matki Bożej, a ich załogi, klęcząc przed nimi z dominikanami i franciszkanami, prosiły o pomoc Bożą. Głośno odmawiając Różaniec, przystępowali do spowiedzi i przyjmowali Komunię św.

Kolejne próby wejścia agresorów na ziemię Maryi były odpierane przez Filipińczyków. Z okrzykami „Viva la Virgen Maria” (Niech żyje Dziewica Maryja) przez sześć miesięcy skutecznie powstrzymywali oblężenie, broniąc się Różańcem i armatami w czasie pięciokrotnych prób zdobycia wyspy. Po zatopieniu przez obrońców dwóch i uszkodzeniu trzech okrętów oraz stracie około pięciuset żołnierzy Holendrzy wycofali się do swojej bazy w Indonezji, aby już nigdy więcej nie zagrozić Filipinom. Filipińczycy ocalili nie tylko swój kraj i honor, ale nade wszystko wiarę, którą protestanccy najeźdźcy niderlandzcy chcieli zastąpić swoją na wyspach.

Obrońcy stracili zaledwie 15 wojowników. I wtedy – jak wcześniej przyrzekli Maryi – poszli boso w procesji do sanktuarium Różańcowej Matki Bożej Okrętowej (La Naval) w kościele św. Dominika w Manili. Przez wiele dni z całym miastem w modlitwach i procesjach dziękowali za cud ocalenia. Od tego czasu, a mija już 375 lat, co roku w każdą drugą niedzielę października przechodzi przez Manilę żywiołowa dziękczynna procesja.

Nad morzem głów płynie wtedy ta najcudowniejsza z najcudowniejszych dla Filipińczyków statua Różańcowej Matki Okrętowej. Tradycja głosi, że autorem figury Madonny na zamówienie hiszpańskiego gubernatora Luisa Dasmariñasa był Chińczyk. Po ukończeniu rzeźby w 1593 roku tak się nią zachwycił, że sam się nawrócił i został przed nią ochrzczony.

9 kwietnia 1662 roku, po 16 latach badań wszystkich świadectw, komisja kapituły manilskiej wydała uroczyste orzeczenie, że: „Zwycięstwo – dzięki naszej wierze w moc różańca świętego – zesłał nam miłosierny nasz Pan za wstawiennictwem Przenajświętszej Maryi Panny Różańcowej. Niech cud ten odtąd nieustannie podczas świąt maryjnych będzie przypominany wszystkim. A cudowna interwencja Maryi niech pobudza wiernych do jeszcze większego oddania się w opiekę Przenajświętszej Dziewicy i Różańcowi”. Odtąd Najświętsza Panna Okrętowa (dziś nowocześniej nazywana Matką Bożą Marynarki Wojennej) przez prawie cztery stulecia – do chwili zniszczenia świątyni w 1941 roku w czasie ostatniej wojny światowej – odbierała cześć w kościele Dominikanów w Manili. Dzisiaj cudowna figura znajduje się w nowym sanktuarium odbudowanym w 1954 roku w Quezon City pod Manilą.

Rewolucja różańcowa. Po wieloletnich rządach prezydenta Ferdynanda Marcosa na Filipinach od 1980 roku sytuacja gospodarcza kraju stawała się coraz gorsza. Jednocześnie narastały różnorakie konflikty i napięcia. Uaktywniła się też dawna partyzantka komunistyczna i muzułmańska. Marcos ogłosił stan wyjątkowy, rozwiązał parlament, wprowadził rządy wojskowe. Wszystkich podejrzanych o sprzeciw wobec dyktatury umieszczano w więzieniach. Absolutystyczne rządy spotkały się z oporem całego społeczeństwa. Doszło do zamieszek w całym kraju.

Była sobota, 22 lutego 1986 roku. Marcos zdecydował się na zbrojną rozprawę z dwoma generałami i częścią wojska odmawiającego mu posłuszeństwa. Przeciw secesjonistom skierował większą część wiernej mu ciągle armii. Sytuacja groziła wybuchem wojny domowej. Osoby publiczne zwróciły się o pomoc do cieszącego się powszechnym uznaniem kardynała Jaime’a Sina (zm. 2005). Kardynał Sin jako pasterz cieszył się wielkim poważaniem Filipińczyków. Kiedy mówił, wszyscy go słuchali. To dzięki jego wcześniejszym interwencjom Marcos ogłaszał przecież kolejne amnestie dla więźniów. Widząc, że krwawa konfrontacja wisi na włosku i wywoła wojnę wewnętrzną o nieprzewidywalnych skutkach, kardynał zwrócił się ufnie do Tego, który wszystko wie, i zamknął się na 1,5-godzinną modlitwę w swojej arcybiskupiej kaplicy. Gdy skończył się modlić, z właściwą sobie energią przystąpił do działania, bo już wiedział, co czynić. Należy zwrócić się najpierw do zakonów kontemplacyjnych, wzywając wszystkie filipińskie mniszki do ścisłego postu i modlitwy. Dodał też: „Tak długo pokutujcie, aż nie powiem wam, że możecie przestać”. Potem za pośrednictwem katolickiego Radia Veritas kardynał zwrócił się do mieszkańców stolicy: „Proszę! Wyjdźcie z waszych domów! Przyjdźcie na EDSA” (skrót od Epifanio de los Santos Avenue). Tak w skrócie określano główną arterię stolicy, Aleję Objawienia się Świętych.

Odzew manilczyków był spontaniczny i natychmiastowy. Kardynał zachęcał do modlitwy, a zarazem powstrzymywał od aktów przemocy, co doprowadziło do pokojowego ustąpienia dyktatora i do jego wyjazdu z kraju. W ciągu kilku godzin na centralną ośmiopasmową avenidę Manili wyległo ponad dwa i pół miliona ludzi trzymających w rękach różańce. Ludzi starych i młodych, intelektualistów i robotników, rodziców z małymi dziećmi oraz inwalidów na wózkach.

Przez cztery dni i noce na ulicy trwało niespotykane nigdy dotąd w historii świata wielomilionowe nabożeństwo różańcowe. Na przemian śpiewano pieśni maryjne i patriotyczne oraz odmawiano Różaniec. Rodziny, znajomi i sąsiedzi wymieniali się co parę godzin. Jedni odchodzili, by się przespać i posilić, zaś inni, kolejni ich zastępowali. Jedni drugim przynosili jedzenie i picie. Lud cztery doby nieustannie trwał na modlitwie różańcowej. Wszyscy błagali Najświętszą Matkę o pomoc. Kapłani przy prowizorycznie zainstalowanych na poboczach autostrady ołtarzach odprawiali Msze św., spowiadali i udzielali Komunii św., a wszystkiemu towarzyszyła płomienna wiara we wstawiennictwo Maryi i w oddalenie widma wojny bratobójczej. Trwających na ulicy wspomagali cierpieniem chorzy w szpitalach i domach opieki oraz ustawiczna modlitwa, leżących krzyżem zakonnic z kontemplacyjnych klasztorów.

Czwartego dnia nieustającego Różańca przeciwko umęczonym codzienną biedą i powszechnym bezrobociem rzeszom dyktator wysłał tysiące uzbrojonych i ciągle wiernych sobie żołnierzy. Kolejno wysyłał eskadry myśliwców, by zrzuciły bomby. Później kazał puścić gaz, a wreszcie strzelać z armat. Naprzeciw zebranym rzeszom wysłał w końcu czołgi. Na czele niezliczonego tłumu stanęły siostry zakonne i rodzice z małymi dziećmi z kwiatami w rękach. Zaś żołnierze, opuściwszy pojazdy opancerzone, zaczęli się witać i modlić razem z ludźmi.

Wszystkie formacje kolejno odmawiały posłuszeństwa rozkazom dyktatora. Stała się rzecz niewiarygodna. Gorąca, pełna ufności nieustanna modlitwa sprawiła, że Matka Boża zatrzymała czołgi, armaty i samoloty z bombami. Uzbrojoną armię pokonała armia modlących się na różańcu. Ze strony wojska nie padł ani jeden strzał.

Świadectwo kardynała Sina. Pokojowa filipińska rewolucja różańcowa wzbudziła zdumienie i podziw całego świata. Na temat tego, co się wydarzyło w Manili w lutym 1986 roku, kard. Jaime Sin mówił potem w licznych wywiadach. W jednym z nich powiedział: „Czołgi próbowały wjechać w tłum. Ludzie natomiast modlili się na różańcach, unosząc je w górę, wtedy kierujący bojowymi pojazdami – jak mi później sami opowiadali – zobaczyli na niebie obłoki, które uformowały się na kształt krzyża. Wcześniej byli zdecydowani wykonać rozkaz i rozjechać ludzi. To była kwestia kilku minut. Gdyby nacisnęli spusty karabinów maszynowych, za chwilę na EDSA byłyby tysiące martwych”. „Wtedy właśnie – ciągnął hierarcha – jak mi relacjonowali żołnierze, pojawiła się przed nimi Piękna Niewiasta. Zrazu myśleli, że to jakaś odważna zakonnica ubrana w błękitną szatę stała przed czołgiem. Była bardzo piękna, a jej oczy niezwykle błyszczały. Ta Piękna Pani przemówiła do nich: ’Drodzy żołnierze, zatrzymajcie się! Ani kroku dalej! Nie zabijajcie moich dzieci. Ja Jestem Królową tej Ziemi!’. Gdy usłyszeliśmy te słowa, opowiadali wojskowi, wyłączyliśmy silniki, zeszliśmy z czołgów i przyłączyliśmy się do ludzi”. „Do dziś nie wiem, kim byli ci żołnierze” – dodał kardynał. „Wiem tylko tyle, że przyszli do mnie i płakali. Nie powiedzieli mi, że była to Dziewica Maryja. Powiedzieli, że była to bardzo piękna zakonnica. Jeśli jednak pan chce wiedzieć – powiedział kardynał do dziennikarza – to powiem tak: znam wszystkie zakonnice w Manili i ani jedna z nich nie jest aż tak piękna. Musiała to więc być Maryja”.

Podczas wielu późniejszych wyjazdów do Rzymu i na ogólnoświatowe uroczystości kościelne kardynał Sin wielokrotnie, przy różnych okazjach, był pytany o to, jak w ogóle była możliwa ta bezkrwawa filipińska rewolucja. Kardynał niezmiennie wtedy wskazywał na Różaniec. I dodawał: „Nie ma odpowiedzi. To był cud”.

Odbierając zaś doktorat honoris causa w Boston College, publicznie i oficjalnie wobec zebranych wyraził swoje przekonanie w następujących słowach: „Myślę, że cały scenariusz tamtych wydarzeń był pisany przez samego Boga. Myślę, że całością akcji kierowała Najświętsza Maryja Panna. Byliśmy tylko aktorami. Nasza moc pochodziła od Boga. Jestem przekonany, że cała cześć, całe uznanie i cała wdzięczność powinny być oddane Najświętszej Maryi Pannie, a przez Nią Jej Synowi i z Nim Ojcu w Niebie, bo Bóg naprawdę patrzył na nas łaskawym okiem, naprawdę błogosławił Filipiny i wszystkich nas dotknął swoją łaską”. Dziś, po latach, rozumiemy, że Pan Bóg dokonał tego cudu za pośrednictwem Matki Najświętszej, gdyż miliony Filipińczyków jednocześnie i nieustannie modliły się na różańcu, otwierając swoje serca na działanie Jego wszechmocnej miłości. Uwierzmy, że podobne zwycięstwa w walce z siłami zła, grzechem, nałogami oraz wszelkimi słabościami będą się dokonywać również w naszym osobistym życiu, w rodzinach, w zakładach pracy, w naszej Ojczyźnie, gdy będziemy bardziej wierni modlitwie różańcowej, tak jak nas o to nieustannie i cierpliwie prosi Przenajświętsza Matka we wszystkich swoich objawieniach.

Nie wolno też zapomnieć, że kardynał Sin – po odważnych pertraktacjach – powstrzymał też komunistyczne bojówki, które chciały dokonać samosądu na Marcosie i jego bliskich. Skłonił amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana do udzielenia dyktatorowi azylu w USA. I wtedy w ciągu trzydziestu minut amerykańskie helikoptery przetransportowały Marcosa i jego otoczenie do bazy Clark, a stamtąd samolot zawiózł go na Hawaje. Władzę w kraju ostatecznie objęła pani Corazon Aquino.

Trzecie zwycięstwo. Szesnaście lat później, 20 stycznia 2001 r., Filipińczycy w identyczny sposób – za pomocą Różańca – odsunęli z urzędu kolejnego prezydenta Josepha Estradę, który okazał się tylko marionetką w rękach zakulisowych światowych graczy. Pogrążył kraj w zapaści gospodarczej, doprowadzając znowu do biedy i beznadziei miliony obywateli. Naród nie mógł się już dłużej godzić na korupcyjne rządy. Ten sam kardynał Sin, wtedy już ciężko chory, wraz z byłą prezydent Corazon Aquino ponownie zachęcili ludzi do wyjścia na ulice i przeprowadzenia różańcowego szturmu do nieba oraz pokojowego protestu. I wtedy na EDSA znowu wyszło milion ludzi. Tym razem nie tylko z różańcami – ale z okazji obchodzonego akurat właśnie zawsze z wielkim entuzjazmem dorocznego święta Santo Niño – również z figurkami Dzieciątka Jezus. I podobnie jak za Marcosa – wojsko, policja i służby specjalne – również Estradzie odmówiły poparcia. Młodzi i starzy, biedni i bogaci, stanowczo sprzeciwili się opresyjnej władzy. Gremialnie wyszli na tę samą arterię, a blokując ją i przez wiele godzin trwając na różańcowej modlitwie, odnieśli upragnione zwycięstwo. Nazajutrz ze wszystkich 59 diecezji filipińskich przybyli pasterze, by wyśpiewać dziękczynne „Te Deum” przed Wielką Panią Filipin. Zaś w całym kraju z radością we wszystkich sanktuariach maryjnych dziękowano za trzecie, kolejne zwycięstwo różańcowe. Corazon Aquino w wywiadzie telewizyjnym powiedziała zaś: „To wszystko dzieje się tak dlatego, że my, Filipińczycy, nie zapomnieliśmy jeszcze się modlić”. Na Filipinach żyje dziś ponad 92 mln mieszkańców. Tylko 0,1 proc. deklaruje się jako niewierzący.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 19.05.2020.

do góry

19. Akita, wielkie ostrzeżenie

W Akicie Maryja płacze i wzywa ludzi do nawrócenia.

Objawienia płaczącej Maryi w Akicie ciągle są za mało znane. Czasem nawet lekceważone, bo nie do wszystkich dotarła informacja o ich zatwierdzeniu przez Kościół. Czyż dzieci Maryi mogą być nieczułe na łzy Matki?

Wizjonerka. Katsuko Sasagawa urodziła się jako wcześniak w maju 1931 roku. Stąd zawsze była dzieckiem słabym i wątłym. Wymagała wsparcia i opieki ze strony najbliższych. Jako 19-latka – wskutek błędów lekarskich podczas operacji – została sparaliżowana. Przez kolejnych 16 lat przebywała na leczeniu w wielu szpitalach, jednak bez rezultatu. W jednym ze szpitali spotkała pielęgniarkę, bezhabitową siostrę zakonną ze zgromadzenia Sióstr Służebnic Eucharystii w Akicie, która przyniosła jej dostarczoną z Nagasaki cudowną wodę z Lourdes. Po jej spożyciu Katsuko nagle wyzdrowiała. W wyniku cudu wyrzekła się buddyzmu i w 1969 r., mając 33 lata, przyjęła – wraz z też nawróconą swoją matką – chrzest oraz nowe imię Agnieszka.

Z wielkim zapałem poznawała wiarę i zasady życia chrześcijańskiego. Przez kilka lat była nawet katechetką. Nagle w wieku 42 lat straciła słuch i całkowicie ogłuchła. W takim stanie wstąpiła do założonego w 1962 r. Instytutu Służebnic Eucharystii. Nowicjuszka szybko nauczyła się porozumiewania ze współsiostrami, z łatwością odczytując słowa z ruchu ust.

Początek duchowych doświadczeń. Po zaledwie miesięcznym pobycie w klasztorze siostrę Agnieszkę 12 czerwca 1973 r., podczas adoracji Najświętszego Sakramentu w zakonnej kaplicy, ogarnęło niezwykłe kojące światło. Jego źródłem było tabernakulum, przy którym zobaczyła mnóstwo adorujących aniołów. Przez następne dwa dni adoracji Agnieszkę spowijało to samo przedziwne nieziemskie światło.

28 czerwca, w wigilię uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa, siostra podczas modlitwy w zakonnej kaplicy otrzymała dar stygmatu. Na jej lewej ręce pojawiła się rana w kształcie krzyża (3 x 2 cm), która spowodowała bardzo silny ból i dużą utratę krwi. Rana obficie krwawiła i przynosiła siostrze wielki ból w kolejne piątki lipca. Cierpienie zaczynało się już we czwartek, apogeum osiągało w piątek, a w sobotę zanikało. Wostatni piątek, 28 lipca, Anioł Stróż oznajmił siostrze w kaplicy: „Dziś skończą się twe cierpienia”.

Pierwsze widzenie Maryi. W nocy 6 lipca 1973 r. w celi siostry Agnieszki pojawił się po raz pierwszy jej Anioł Stróż, który potem wielokrotnie stawał przy niej w ciągu następnych sześciu lat. W duchu usłyszała słowa Bożego posłańca: „Nie lękaj się! Módl się żarliwie nie tylko za swoje grzechy, lecz wynagradzaj także za grzechy wszystkich ludzi. Dzisiaj świat rani Najświętsze Serce naszego Pana przez niewdzięczności i krzywdy”. Po tych słowach anioł zaprowadził ją przed jaśniejącą niezwykłym blaskiem drewnianą figurę Maryi stojącą w kaplicy z prawej strony ołtarza. Agnieszka nagle ujrzała, że postać Maryi ożywa, porusza się i emanuje światłem. „Wtedy w moich głuchych uszach – jak później zeznała – usłyszałam głos: ’Moja córko, moja nowicjuszko, dowiodłaś posłuszeństwa poprzez opuszczenie wszystkiego, aby mnie naśladować. Twoja głuchota jest ciężka do zniesienia? Niebawem zostaniesz uzdrowiona, bądź pewna tego. Zachowaj cierpliwość także w tym doświadczeniu. Wszystkie córki ze wspólnoty są mi szczególnie drogie, każdej z nich strzegę jak źrenicy oka. Czy dobrze odmawiasz modlitwę Służebniczek Eucharystii? Pomódlmy się razem’”. Wtedy Maryja odmówiła razem z siostrą znaną modlitwę – ułożoną dla sióstr przez biskupa założyciela – którą w klasztorze odmawiano po wielekroć każdego dnia. Oto ona:

„Najświętsze Serce Jezusa, PRAWDZIWIE obecne w Przenajświętszej Eucharystii, poświęcam moje ciało i duszę moją, aby stać się całkowicie zjednoczoną z Twoim Sercem, które w każdej chwili ofiarowane jest na wszystkich ołtarzach świata, oddając chwałę Ojcu i błagając o przyjście Jego Królestwa. Proszę Cię, przyjmij moją pokorną ofiarę z siebie. Użyj mnie wedle swej woli ku chwale Ojca i na zbawienie dusz. Przenajświętsza Matko Boża, nie pozwól mi odłączyć się od Twego Boskiego Syna.

Proszę Cię, broń mnie i ochraniaj jako swą ukochaną córkę. Amen”.

W modlitwie Maryja dwukrotnie podkreśliła słowo „prawdziwie”. Niewątpliwie dodanie go przez Bogurodzicę było odpowiedzią na szerzące się już wtedy powątpiewania w rzeczywistą obecność Pana Jezusa w konsekrowanej Hostii. Po wspólnym odmówieniu zakonnej modlitwy Maryja dodała: „Módl się bardzo za Papieża, biskupów i kapłanów. Módl się za nich najgorliwiej, jak tylko potrafisz. I po raz trzeci: proszę, byś się gorliwie modliła. Od chwili przyjęcia chrztu zawsze z oddaniem modliłaś się za nich. Nadal módl się bardzo mocno… bardzo mocno”.

Drugie widzenie. Ponowne objawienie Maryi siostrze Agnieszce miało miejsce 3 sierpnia, w pierwszy piątek miesiąca. O godz. 14.30 zaczęła odmawiać Różaniec ze swoim Aniołem Stróżem. Nagle Maryja przemówiła do niej z figury: „Wielu ludzi na świecie zadaje Panu cierpienia. Dla złagodzenia gniewu Ojca Niebieskiego potrzeba tych, którzy będą Go pocieszać. Pragnę wraz z moim Synem zgromadzić tych, którzy przez cierpienia i ubóstwo wynagradzać będą za grzeszników i niewdzięczników. Ojciec Niebieski przygotowuje wielką karę dla całej ludzkości, by świat mógł poznać Jego gniew. Dla złagodzenia gniewu Ojca wielokrotnie interweniowałam razem z Synem. Zapobiegłam nieszczęściom, składając w ofierze cierpienia Syna na Krzyżu, Jego drogocenną Krew i ukochane dusze, które pocieszają Go, tworząc zastęp ofiarnych wynagrodzicieli. Modlitwy, pokuta i odważne ofiary mogą złagodzić gniew Ojca”. W powyższych słowach Maryi widzimy, jak ważne i decydujące są dla całego świata nasze nawet drobne uczynki pokutne i zadośćuczynne. Nie lekceważmy nawet małych wyrzeczeń i ofiar jako wynagrodzenia za bunt świata przeciw Bogu.

Trzecie i ostatnie widzenie. Po raz trzeci i ostatni Maryja zwróciła się do siostry Agnieszki z przesłaniem w sobotę, 13 października 1973 r., a więc w rocznicę wielkiego cudu słońca w Fatimie. I tym razem stał się mały, ale niepojęty cud. Cały klasztor napełnił się na wiele godzin intensywnym, niezwykłym i wspaniałym rajskim zapachem wychodzącym z figury Maryi. Za rok, 13 października 1974 r., nastąpił kolejny cud. Agnieszka nagle i niespodziewanie zaczęła słyszeć, choć tylko na pół roku. Całkowicie i definitywnie uleczona została z głuchoty dopiero po ośmiu latach, 30 maja 1982r. w święto Zesłania Ducha Świętego. Podczas Mszy św., w chwili konsekracji, siostra Agnieszka odzyskała słuch. Lekarze, którzy wcześniej po wielekroć stwierdzali u siostry całkowitą głuchotę, byli zszokowani tym faktem.

W trzecim i ostatnim objawieniu Agnieszka znowu usłyszała o karze, którą Bóg będzie zmuszony wymierzyć grzesznej ludzkości: „Jeśli ludzie nie będą pokutować i nie poprawią się – mówiła Maryja – Ojciec ześle straszną karę na całą ludzkość. Będzie to kara większa niż potop, taka jakiej nikt nigdy przedtem nie widział. Ogień spadnie z Nieba i zmiecie z powierzchni ziemi wielką część ludzkości, zarówno dobrych, jak i złych, nie oszczędzając ani kapłanów, ani świeckich. Ci, którzy przeżyją, poczują się tak opuszczeni, że będą zazdrościć umarłym. Jedyną bronią, jaka wam pozostaje, są Różaniec oraz Krzyż – znak mojego Syna. Każdego dnia odmawiajcie Różaniec. Działanie szatana przeniknie nawet do Kościoła w taki sposób, że kardynałowie wystąpią przeciwko kardynałom, biskupi przeciwko biskupom. Kapłani, którzy Mnie czczą, będą pogardzani i wystąpią przeciwko nim ich współbracia. Kościoły i ołtarze będą sprofanowane, Kościół będzie pełen tych, którzy akceptują kompromisy. Szatan popchnie wielu kapłanów i wiele osób konsekrowanych do porzucenia swego powołania. Szatan będzie nieprzejednany wobec poświęconych Bogu. Myśl o utracie tak wielu dusz jest przyczyną Mojego smutku”.

Jednak kara, o której mówi Maryja, jest przez Nią samą uwarunkowana: „Jeśli ludzie nie okażą skruchy i nie poprawią się, jeśli ciężkie grzechy nie ustaną, nie będzie już przebaczenia. Mów o tym odważnie!”. Po tych słowach Maryja powiedziała do Agnieszki: „Dziś ostatni raz do ciebie przemawiam. Módl się dużo na różańcu. Ja jestem jeszcze w stanie uchronić was przed zbliżającymi się nieszczęściami. Ci, którzy Mi zaufają, zostaną ocaleni”.

Choć słowa Maryi brzmią groźnie, a nawet depresyjnie, nie możemy odrzucić tego ostrzeżenia. Przez wiele lat je marginalizowano. Objawienia miały – tak jak u nas w przypadku Siostry Faustyny – potężnych oponentów w samym Kościele. Przez lata je wyciszano. Agnieszce zabroniono nawet kontaktu ze światem zewnętrznym.

Trzecie i ostatnie widzenie. Po raz trzeci i ostatni Maryja zwróciła się do siostry Agnieszki z przesłaniem w sobotę, 13 października 1973 r., a więc w rocznicę wielkiego cudu słońca w Fatimie. I tym razem stał się mały, ale niepojęty cud. Cały klasztor napełnił się na wiele godzin intensywnym, niezwykłym i wspaniałym rajskim zapachem wychodzącym z figury Maryi. Za rok, 13 października 1974 r., nastąpił kolejny cud. Agnieszka nagle i niespodziewanie zaczęła słyszeć, choć tylko na pół roku. Całkowicie i definitywnie uleczona została z głuchoty dopiero po ośmiu latach, 30 maja 1982r. w święto Zesłania Ducha Świętego. Podczas Mszy św., w chwili konsekracji, siostra Agnieszka odzyskała słuch. Lekarze, którzy wcześniej po wielekroć stwierdzali u siostry całkowitą głuchotę, byli zszokowani tym faktem.

Cudowna figura. Cudowna figura, w której 6 lipca 1973r. Matka Boża objawiła się s. Agnieszce, do dziś w tym samym miejscu znajduje się w zakonnej kaplicy. W 1963 r. została wyrzeźbiona z drzewa o nazwie katsura (tzw. drzewo judaszowe) przez japońskiego artystę Saburo Wakasa. Maryja stoi na ziemskim globie. Z tyłu zaś za figurą znajduje się krzyż. Postać Maryi ma zaledwie 70 cm wysokości. Jest wierną rzeźbiarską kopią cudownego obrazu Matki Bożej – Pani Wszystkich Narodów z Amsterdamu, gdzie Maryja 56 razy w latach 1945-1959 ukazywała się Idzie Peederman. Maryja z figury w Akicie w 1973 r. przemówiła do s. Agnieszki tylko trzy razy. Zaś same wydarzenia związane z objawieniami trwały ponad dziewięć lat do 1982 roku.

6 lipca na prawej dłoni Maryi pojawił się krwawiący stygmat w kształcie krzyża (15 x 13 mm). Był podobny do większego stygmatu, jaki dziewięć dni wcześniej otrzymała Agnieszka. Stygmat na ręce Maryi trwał przez 21 dni. Z rany, w obecności świadków, sączyła się krew, która zawsze zastygała na dłoni. Żadna kropla nie spłynęła dalej. Sam znak po stygmacie pozostał jednak do 29 września, by ostatecznie zniknąć w święto św. Michała i archaniołów. Od tej daty figura zaczęła się pocić, szczególnie na czole, twarzy i szyi.

Łzy Maryi. 4 stycznia 1975 r. figura Maryi po raz pierwszy zaczęła łzawić. Łzy zbierały się w kącikach obu oczu i spływały po policzkach. Zjawisko to pojawiało się nieregularnie przez osiem lat i zdarzyło się aż 101 razy. Po raz ostatni – w obecności 65 osób – miało miejsce przed godz. 15.00, 15 września 1982r., w kościelne święto Matki Bożej Bolesnej. Łzy, które spływały po policzkach figurki Matki Bożej, widziało z bliska w różnym czasie ponad dwa tysiące wiernych. Za każdym razem otarty płyn był sprawdzany laboratoryjnie i we wszystkich przypadkach orzeczenia lekarskie jednoznacznie stwierdzały, że są to łzy pochodzenia ludzkiego. Cztery łzawienia widział też miejscowy biskup i założyciel wspólnoty Sióstr Eucharystek Jan Shojiro Ito. On też dwukrotnie osobiście próbował ciecz wydzielającą się z posągu i stwierdził, że jest ona słonawa i podobna do ludzkich łez. Zjawisko poddawano wielu badaniom. Jako pierwszy w 1976 r. łzy, pot i krew badał prof. Eiji Okuhara, katolik z wydziału biochemii uniwersytetu w Akicie. Stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że otrzymany materiał badawczy należy do człowieka.

W końcu 1982 r. powołano odrębny zespół naukowy pod przewodnictwem buddysty prof. Kaoru Sagisaki – specjalisty od medycyny sądowej z uniwersytetu w Akicie. Wynikiem badań była konkluzja: „Krew, pot i łzy są pochodzenia ludzkiego”. Do dziś w gablotce za ołtarzem kaplicy wystawione są cztery waciki, którymi otarta była krwawiąca dłoń Matki Bożej. Tuż obok znajduje się 101 nieco mniejszych wacików z datami oraz godzinami „potu” od 12 czerwca 1973 r. do 15 września 1981 r. Maryja, Matka Kościoła cierpiała pod krzyżem i cierpi dalej razem ze swoim Synem, do końca świata. Znakiem tego cierpienia są m.in. Jej łzy, które nam ukazuje nie tylko w Akicie, ale i w innych objawieniach (np. La Salette – Francja; Syrakuzy – Włochy; Naju – Korea; Heede – Niemcy). Nie brak dziś głosów, że tak jak objawienia w Lourdes przyspieszyły ogłoszenie dogmatu Niepokalanego Poczęcia, tak przesłanie z Akity prowadzi do sformułowania piątego dogmatu maryjnego ogłaszającego, że Maryja razem z Chrystusem jest Współodkupicielką i ma moc zatrzymać nadchodzącą apokalipsę. W Akicie powiedziała przecież: „Jedynie Ja jestem jeszcze w stanie uchronić was przed zbliżającymi się nieszczęściami. Ci, którzy mi zaufają, zostaną ocaleni”. Warunkiem ratunku dla świata jest objawione w Fatimie i powtórzone w Akicie z nowym naciskiem – by nie powiedzieć z krzykiem – wołanie Maryi do nawrócenia, pokuty i modlitwy, zwłaszcza różańcowej.

Zatwierdzenie przez Kościół. Od samego początku objawień – przez wstawiennictwo Matki Bożej z Akity – działy się niezwykłe cuda. Przede wszystkim były to liczne nawrócenia i zaangażowanie nowo ochrzczonych w pracę ewangelizacyjną.

W 1984 r. – po trzyletnich wnikliwych i gruntownych badaniach siedmioosobowej kanonicznej komisji kościelnej – biskup Jan Shojiro Ito, ordynariusz diecezji Niigata, oświadczył, że objawienia i łzy Maryi Panny należy uznać za zdarzenia nadprzyrodzone, i zezwolił w całej diecezji na kult Matki Bożej z Akity. Biskup wyraził też w liście przekonanie, że przesłanie z Akity jest tożsame z przesłaniem ogłoszonym przez Matkę Bożą w Fatimie. Cztery lata później, 6 czerwca 1988 r., ks. kard. Józef Ratzinger jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary wydał ostateczny osąd: orędzia z Fatimy i z Akity są zasadniczo takie same. Ostateczną i niepodważalną pieczęć położył Papież Franciszek. W 2013 r. wybrał Akitę – jako jedno z dziesięciu sanktuariów maryjnych świata – którym powierzył szczególną misję modlitwy o pokój i nieustanne zawierzanie świata Jej Niepokalanemu Sercu.

89-letnia już dziś siostra Agnieszka Sasagawa od ponad 30 lat całkowicie zamilkła. Pogrążyła się wyłącznie w modlitwie i ofierze za grzechy ludzi. Odmawia kontaktu ze światem.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 07.04.2020.

do góry

20. Medjugorie, Królowa pokoju

Wezwanie z nieba - Miejsca, w których objawiała się Maryja: Medjugorie, 1981-2020 r.

Ludzie, po latach oddalenia od Boga i Kościoła, znajdują tu ukojenie, uzdrowienie i pociechę.

Jeszcze na początku czerwca 1981 r. Medjugorie było niewielką wioską – jak sama jej nazwa wskazuje – pomiędzy górami (Międzygórze). Dziś każdego roku nawiedzane jest przez miliony pielgrzymów, wchłonęło okoliczne przysiółki i stało się sporym miasteczkiem z bogatą infrastrukturą turystyczno-pielgrzymkową.

Do zubożałej hercegowińskiej wioski, z której wielu już wyjechało do pracy do Niemiec, w środę, 24 czerwca 1981 r., około godziny 18.00 zstąpiła z nieba Gospa – Pani. Rozpoczął się wielki rozdział w historii Kościoła i świata.

Pierwszych siedem dni objawień. Przez siedem dni, aż do 30 czerwca, Maryja ukazywała się dzieciom codziennie w tym samym miejscu w wiosce Bijakovići, na górskim wzniesieniu-przysiółku zwanym Podbrdo (parafia Medjugorie). Wizjonerów było sześcioro: Vicka Ivanković (lat 17), Mirjana Dragičewić (lat 16), Marija Pavlović (lat 16), Ivanka Ivanković (lat 15), oraz dwóch chłopców: Ivan Dragičewić (lat 16) i Jakov Čolo (lat 10).

Piękna, pogodna i uśmiechnięta Gospa – Pani, codziennie rozmawiała z dziećmi przyjaźnie, a także razem z nimi się modliła. Przy rozstaniach – odchodząc – żegnała się zawsze słowami: „Z Bogiem, moje anioły”. W piątek, podczas trzeciego widzenia, Mirjana zapytała: „Pani, jak masz na imię?”. W odpowiedzi usłyszała: „Jestem błogosławiona Dziewica Maryja”. Tego dnia Maryja dużo mówiła o pokoju. Płacząc, wołała: „Pokój, pokój, pokój. Pokój musi zapanować między Bogiem a człowiekiem, a także między ludźmi!”.

W sobotę, 27 czerwca, Mirjana i Jakov prosili Maryję, aby zostawiła jakiś znak, ponieważ policja zaczęła rozgłaszać, że dzieci udają, są kłamcami i narkomanami. Pani odpowiedziała tylko: „Niczego się nie bójcie”.

Każdego dnia Gospa po wielekroć prosiła, by dzieci oraz wszyscy modlili się coraz goręcej, a księża strzegli wiary ludu i ją umacniali.

Szóstego dnia, w poniedziałek, 29 czerwca, rankiem dzieci zostały przez policję zawiezione do odległego 25 km Mostaru na przymusowe badania psychiatryczne. Niewierząca lekarka oświadczyła, że dzieci są normalne. Tego samego dnia jednak i ona sama – wiedziona ciekawością – znalazła się wśród tłumu podczas wieczornych objawień. Poprosiła dzieci, by mogła podejść i dotknąć się ramienia Maryi. Podprowadzona, nie widząc Matki Bożej, wyciągnęła swoją rękę, a ta zawisła w powietrzu, opierając się o ramię Maryi. Wtedy upadła na kolana i uwierzyła. Był to pierwszy z niezliczonych tysięcy cudów medjugorskich. Tego dnia został też – na błaganie rodziców – uzdrowiony mały chłopiec Daniel Setko.

Dzień siódmy i ostatni, 30 czerwca, wtorek. Dzieci zostały podstępnie zatrzymane i wywiezione daleko od Medjugorie, dopóki nie minie codzienny przedwieczorny czas objawień. Maryja o zwykłej porze przybyła jednak do nich na spotkanie z Góry Objawień oddalonej o wiele kilometrów. Długo z nimi rozmawiała i zgodnie z odwieczną chorwacką tradycją odmówiła z dziećmi koronkę, zwaną dziś Koronką Pokoju.

15 stycznia 1982 r. komunistyczne władze, pod groźbą uwięzienia i wywózki rodziców oraz ich bliskich, zakazały wizjonerom przychodzenia na miejsce objawień na Podbrdo. Odtąd Matka Boża ukazywała się w salce przykościelnej, gdy przychodzili do kościoła na Eucharystię i Różaniec. Wszystko, o czym Maryja rozmawiała z dziećmi przez te pierwsze siedem dni, było później przez Maryję powtarzane, wyjaśniane i umacniane.

Ze względu na dalszą naukę szkolną poza Medjugorie wspólne spotkania z Maryją odbywały się już rzadziej. Gospa jednak często przybywała do domów wizjonerów albo objawiała się im nieoczekiwanie w różnych miejscach. Można powiedzieć, że Maryja osobiście i z osobna katechizowała każdego z widzących, umacniając do odważnego dawania świadectwa o Jej orędziu.

W pierwszych latach Maryja z naciskiem podkreślała swoje imię „Królowa Pokoju” (Kraljica Mira). I ciągle wszystkich wzywała przez dzieci do nieustannej modlitwy o pokój. Dopiero bratobójcza wojna, która pogrążyła Bałkany w morzu krwi, z całą oczywistością pokazała, jaką wartość miało wołanie Maryi.

Objawienia u każdego z widzących miały różną częstotliwość, miejsce i czas. 25 grudnia 1982 r. ustały codzienne objawienia dla Mirjany. Później przez pewien czas Mirjana modliła się z Maryją każdego drugiego dnia miesiąca oraz 18 marca, w rocznicę swoich urodzin. W bieżącym roku, 18 marca, Maryja powiedziała Mirjanie, że odtąd będzie do niej przychodzić do końca jej życia tylko 18 marca. Do Ivanki Ivanković-Elez Maryja przychodzi już też tylko jeden raz w roku, 25 czerwca, w rocznicę objawień. Podobnie Jakov Čolo widzi Maryję tylko raz w roku, w Boże Narodzenie, 25 grudnia. Troje widzących, którzy nie otrzymali jeszcze dziesiątej tajemnicy: Vicka Ivanković-Mijatović, Ivan Dragičević (obecnie mieszka w USA) i Marija Pavlović-Lunetti (mieszka we Włoszech), spotyka się z Maryją dalej codziennie.

Maryja jawi się nam w Medjugorie jako Wielka Misjonarka i Katechetka współczesnego świata. Jest czułą Matką troszczącą się o prawdziwe dobro swych dzieci, o ich godne i piękne życie doczesne, ale przede wszystkim wieczne. Wielu komentatorów odczytuje Medjugorie jako rozwinięcie i dopowiedzenie do orędzia fatimskiego.

Wszystkie przesłania medjugorskie sprowadzają się ostatecznie – jak się je nazywa – do pięciu podstawowych tzw. kamieni: 1. modlitwa, 2. post, 3. Biblia, 4. spowiedź, 5. Eucharystia. Oto, co Maryja mówiła o tych najważniejszych kamieniach – fundamentach życia chrześcijańskiego.

Pierwszy kamień to modlitwa: „Bez modlitwy nie ma pokoju!”, „Modlitwa jest lekarstwem, które uzdrawia”, „Przez modlitwę i post zatrzymać można wojny i katastrofy naturalne”.

Kamień drugi: post. Tak wyjaśniała go Maryja: „W ciągu ostatniego ćwierćwiecza zapomniano w Kościele o poście”, „W środy i piątki – jeśli to możliwe – pośćcie o chlebie i wodzie”, „Post w środę jest modlitwą, która ma nam lepiej pomóc przyjąć Jezusa podczas Mszy Świętej”, „Post w piątek to dziękczynienie za dar Eucharystii”.

Kamień trzeci: Pismo Święte. Maryja płakała z powodu naszego zaniedbania Biblii: „Umieszczajcie ją w domu na widocznym miejscu”, „Nie okazujecie Biblii uczucia”, „Już przez samo jej całowanie otrzymuje się wiele łask”, „Każdego ranka przeczytajcie kilka zdań Biblii i rozważajcie je w ciągu dnia”.

Kamień czwarty: spowiedź. „Koniecznie trzeba przystępować do comiesięcznej spowiedzi”, „Spowiedź powinna być impulsem dla waszej wiary”, „Powinna zbliżać was do Jezusa”.

Kamień piąty: Eucharystia. „Niech Msza Święta będzie dla was życiem”, „Świadomie żyjcie Mszą Świętą i przychodźcie na nią pełni radości i z miłością”.

Siódmy widzący – o. Jozo Zovko. Proboszcz parafii św. Jakuba Apostoła w Medjugorie, o. Jozo Zovko, na początku sceptycznie podchodził do relacji o objawieniach. Było tak do momentu, kiedy Matka Boża ukazała się jemu samemu podczas nabożeństwa w kościele.

Pewnego razu podczas odmawiania z wiernymi Różańca i on sam zobaczył Gospę. Przerwał modlitwę i spontanicznie zaczął śpiewać: „Piękna jesteś, piękna, Dziewico Maryjo”. Cały kościół zauważył, że z proboszczem dzieje się coś niezwykłego, i podjął wspólny śpiew. Ojciec Jozo potwierdził, że zobaczył na obłoku Matkę Bożą. On, który do tej pory był nie tylko sceptyczny, ale i przeciwny rozgłaszaniu objawień, od tej chwili stał się ich prawdziwym apostołem i gorliwym orędownikiem.

Objawiając się o. Jozo, Maryja przygotowała go na całe lata fizycznego i psychicznego maltretowania. Charyzmatyczny sługa Maryi był wielokrotnie zastraszany przez tutejsze służby bezpieczństwa, bity, a w końcu skazany na trzy i pół roku więzienia przez komunistyczne władze Jugosławii. W czasie przesłuchań wybito mu wszystkie zęby. Po wyjściu z więzienia spotkał się z oszczerczymi oskarżeniami i został opuszczony nawet przez tych, którzy powinni go bronić. Sędziwy już, blisko osiemdziesięcioletni o. Jozo, dożywa swoich dni we franciszkańskim klasztorze w Zagrzebiu. Pamięć o nim trwa w Medjugorie. Słusznie uważany jest za najodważniejszego obrońcę parafii i świadka zjawień Królowej Pokoju podczas komunistycznego terroru.

Kiedyś zapytano o. Jozo, jak ocenia sytuację wiary w Polsce. Odpowiedział: „Dlaczego wraca u was w różnych formach i pod różnymi postaciami komunizm? Dlatego, że się za mało modlicie. Odwracanie się od Boga, od wiary, od Matki Bożej niesie nieobliczalne konsekwencje. Choćby kolejnym papieżem był również Polak, sytuacja nie zmieni się, jeżeli nie zmienią się sami Polacy”.

Stanowisko Kościoła. Póki objawienia trwają, Kościół nie może wydać ostatecznego werdyktu. Kolejne komisje pochylają się nad nimi i badają. Nigdy – jak dotąd – Kościół nie wypowiedział się o medjugorskich objawieniach negatywnie, pomimo podnoszonych czasem wątpliwości. Co więcej, największe autorytety teologiczne, jak ks. René Laurentin czy ks. kard. Hans Urs von Balthasar, stanęły w obronie orędzia z Medjugorie. Podobnie też z otwartym sercem przybywali do Medjugorie o. Gabriel Amorth, o. Daniel Ange czy Matka Teresa.

Dla niektórych do dziś przeszkodą jest długość objawień. Zapominają, że na zatwierdzenie objawień w Champion czekano aż 151 lat, a w Laus prawie 300 lat. Również i długość objawień w Medjugorie nie jest wcale rekordowa, bo w tymże Laus objawienia trwały codziennie przez 54 lata, począwszy od 1647 roku.

Konfesjonał Europy. Ksiądz kard. Vinko Puljić, metropolita Sarajewa, nazwał Medjugorie największym konfesjonałem Europy. I rzeczywiście: sercem tego miejsca są dziesiątki konfesjonałów. Ludzie, często z krańców świata i po latach oddalenia od Boga i Kościoła, znajdują ukojenie, uzdrowienie i pociechę.

Przypomnijmy jedno z niezliczonych nawróceń, jakie się tu dokonały. W 53. roku życia przybywa do Medjugorie Paolo Brosio, znany włoski dziennikarz i prezenter telewizyjny. „Przybyłem tu – jak zapisał – po 37 latach i 7 miesiącach życia spędzonego totalnie daleko od Boga i Kościoła. Moja kariera i udane programy telewizyjne były moimi idolami i bożkami. W Medjugorie odnalazłem […] Boga. Jego słowo, które było ode mnie tak daleko […] tu dokonał się cud mojego nawrócenia. Ulgę dla duszy przyniosła mi spowiedź”.

Jim Caviezel stał się sławny na cały świat poprzez rolę Chrystusa w filmie „Pasja”. W jednym z wywiadów powiedział: „Bez Medjugorie nigdy nie zagrałbym ’Pasji’, bez tego, czego doświadczyłem w Medjugorie, nigdy nie przyjąłbym tej roli”.

Niezwykłe owoce Medjugorie. Rozliczne są dzieła, które wyrosły z ducha Medjugorie. W 1988 r. sir Vince Owen z Anglii w Medjugorie przy krzyżu na wzniesieniu Križevac odnalazł Boga i siebie. Tu zmienił całkowicie swoje życie. Postanowił dać temu świadectwo: w Malawi, w jednym z najuboższych rejonów Afryki, na wzgórzu Michiru, obok miasta Chilomani, wzniósł krzyż identyczny jak ten w Medjugorie. Odtąd tysiące ludzi zaczęło – również pieszo – przybywać na to miejsce, by się tu modlić. Nagle miejscowy kościół stał się zbyt mały. Wybudowano więc nowy, taki sam jak w Medjugorie. Potem zrodził się pomysł wybudowania też medjugorskiej drogi krzyżowej w 14 krajach Afryki. Drugi Križevac powstał w Rwandzie. W Afryce planuje się też kolejne centra pokoju, modlitwy i duchowej odnowy na wzór Medjugorie.

W Medjugorie nawrócił się też Magnus MacFarlane-Barrow, w 2016 r. jeden ze stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. On z kolei powołał organizację charytatywną Posiłki Maryi. W kilkunastu krajach Afryki, ale też w Indiach i na Haiti, fundacja ta zapewnia ponad milion posiłków dla najbiedniejszych dzieci przynjmniej raz dziennie.

W Medjugorie narodził się też pierwszy Wieczernik, zwany z włoska Cenacolo, prawdziwy oddział ratunkowy dla dusz. Na jego wzór w różnych krajach świata, również w Polsce, powstają następne. Są to oazy, w których uzależnieni od różnych nałogów odnajdują Boga, a z Nim sens życia.

Owocem Medjugorie są też prężnie działające i ciągle tworzące się na całym świecie, z pielgrzymów medjugorskich, nowe grupy ewangelizacyjno-modlitewno-apostolskie. Imponującym zjawiskiem jest Festiwal Młodych (Mladifest), gromadzący dziesiątki tysięcy uczestników z Europy i całego świata. W Medjugorie nadano też światowy impet apostolatowi Margaretka i tylko Bóg sam jeden wie, ilu kapłanów zostało dzięki temu uratowanych.

Medjugorie – miejsce łaski i mocy. Niezwykła Boża lecznica. Szpital dla ducha. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie. Stamtąd już nikt nie wraca taki sam.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 14.04.2020.

do góry

21. Kibeho, orędzia Matki Słowa

Obudźcie się! Nawróćcie się, póki jeszcze jest czas! – wzywała Maryja w Kibeho.

W Kibeho Maryja ukazuje tragiczną kondycję współczesnego świata pogrążonego w grzechu. Mówi o wielkim odstępstwie ludzi od Boga i buncie przeciw Niemu. Matka woła do swych dzieci: „Obudźcie się! Nawróćcie się, póki jeszcze jest czas!”.

Maryja w Kibeho przychodzi do ludzi pogrążonych w zabobonach i plemiennych waśniach. Przybywa z orędziem pojednania do tych, którzy żyją w niezgodzie, nienawiści, gniewie, zazdrości i lęku. Matka Słowa przychodzi do uczennic jako Nauczycielka, Katechetka i cierpliwie tłumaczy im i wyjaśnia, jak żyć, żeby podobać się Bogu. Długie są te matczyne lekcje, czasami dochodzą nawet do ośmiu godzin. W żadnych z wcześniejszych objawień Maryja nie katechizowała widzących tak szczegółowo jak w Kibeho.

Początek objawień. Objawienia w Kibeho są pierwszymi mariofaniami na kontynencie afrykańskim. Zaczęły się w żeńskiej szkole prowadzonej przez Zgromadzenie Sióstr Córek Dziewicy (Benebikira). 120 dziewcząt podzielonych na trzy grupy przygotowywało się do zawodu nauczycielek i sekretarek. Wizjonerkami były kolejno trzy uczennice.

Jako pierwsza 28 listopada 1981 roku ujrzała Maryję szesnastoletnia Alphonsine Mumureke. Stojąc na korytarzu obok szkolnej stołówki, dziewczyna usłyszała głos: „Moja córko, chodź tutaj”. Jednocześnie Alphonsine ujrzała niewiastę ubraną w białą suknię z błękitną chustą na głowie, spływającą aż do stóp. Uczennica zapytała: „Kim Pani jest?”. Zjawa odpowiedziała w miejscowym języku kinyarwanda: „Nyina wa Jambo – Jestem Matką Słowa”. Alphonsine nie odczuwała żadnego lęku. Dialog trwał około kwadransa. Maryja bolała nad brakiem wiary i pobożności u dziewcząt edukujących się w szkole sióstr i powiedziała do Alphonsiny: „Naucz swoje koleżanki prawdziwej modlitwy, by miały głębszą wiarę”. Ta odpowiedziała: „Matko Zbawiciela, jeśli to naprawdę jesteś Ty, jeśli przyszłaś powiedzieć nam, że tu, w szkole, mamy za mało wiary, to znaczy, że nas kochasz! To dla mnie wielkie szczęście widzieć Cię na własne oczy”. I nagle widzenie ustało. Alphonsine – przekonana, że została nawiedzona przez Maryję – odmówiła trzy razy „Zdrowaś Maryjo” oraz modlitwę do Ducha Świętego.

Inne dziewczęta dostrzegły z oddali, że Alphonsine stoi, rozmawia i gestykuluje na korytarzu „sama z sobą”. A gdy usłyszały prawdę o tym, co się wydarzyło, zaczęły z niej drwić, prześmiewać się i przy lada okazji jej dokuczać. Alphonsine prosiła więc gorąco Maryję, by ukazała się też dziewczętom. I nagle wieczorem 12 stycznia 1982 roku Maryja objawiła się siedemnastoletniej Natalii Mukamazimpaka.

Widząca usłyszała, że świat jest chory, trzeba się więcej modlić i żałować za grzechy. Jednak po tym zdarzeniu dziewczęta pozostawały ciągle sceptyczne i podejrzliwe wobec tego, co usłyszały. Wszystko się zmieniło, gdy 2 marca 1982 roku Matkę Bożą ujrzała też dwudziestojednoletnia Maria Klara Mukangango, która – jako już starsza – należała w szkole do grona liderek mających wpływ na młodsze uczennice, a jednocześnie była też osobą najbardziej drwiąco i nieufnie nastawioną do rzekomo urojonych objawień. Dopiero wtedy otoczenie uznało jej świadectwo za wiarygodne i przyczyniło się do rozgłoszenia objawień w całej Rwandzie.

Do Kibeho zaczęły zewsząd nadciągać tłumy wiernych, ale też i ciekawskich, zwłaszcza z różnych agencji medialnych.

Orędzia do całego świata. 28 listopada – dzień rozpoczęcia w 1981 roku, a jednocześnie i zakończenia orędzi – 28 listopada 1989 roku jest dziś w całej Afryce, a w Rwandzie, w regionie Wielkich Jezior szczególnie, wielkim świętem Matki Bożej z Kibeho. Matka Najświętsza zawsze przychodzi z orędziami w konkretnym czasie i miejscu, ale to, co mówi, odnosi się do całego Bożego Ludu. Jest przecież Matką Kościoła i cierpi, że to, co dotąd mówiła, jest tak lekceważone.

Widzący po wielekroć podkreślają, że orędzie Maryi w Kibeho „nie było skierowane tylko do Rwandyjczyków, ale do wszystkich ludzi, do całego świata”. Maria Klara usłyszała od Maryi następujące słowa: „Gdy objawiam się komuś i rozmawiam z nim, zwracam się tym samym do całego świata. Jeśli teraz zwracam się do was w parafii Kibeho, nie znaczy to, że zwracam się do samego tylko Kibeho albo do diecezji Butare [nowa diecezja Gikongoro powstała dopiero w 1992 roku], do Rwandy i do całej Afryki. Myślę o całym świecie i zwracam się od was do niego”. Z kolei Natalia słyszy wyrzuty bolejącej Maryi: „Mówię do was, ale nie słuchacie. Pragnę was podźwignąć, a wy wciąż nie chcecie powstać. Wołam do was, a wy pozostajecie głusi. Kiedy zaczniecie czynić to, o co was proszę? Jesteście obojętni na wszystkie moje wezwania. Kiedy zaczniecie interesować się tym, co wam powiedziałam? Daję wam ciągle tak wiele znaków, a wy nie wierzycie. Jak długo jeszcze będziecie głusi na moje wezwania?”.

W Kibeho Maryja nie udziela żadnych nowych pouczeń, lecz przypomina to, o czym zapomnieliśmy. Maryja budzi nas z letargu. Wstrząsa naszymi sumieniami, przestrzega i wzywa nas – swoje dzieci – do zawracania z dróg nieprawości i grzechu. Zachęca do naprawy życia i odnowy sumień. Podnosi z duchowego lenistwa i odrętwienia. Ukazuje piękno życia z Bogiem według głosu sumienia. Woła do nas: „Nie zapominajcie o modlitwie i życiu wiecznym. Rozwijajcie w sobie cnoty wiary, nadziei i miłości, oddania i pokory. Przyszłam wam o tym przypomnieć, szczególnie tu, w Rwandzie, gdyż znajduję tu jeszcze ludzi pokory, którzy nie są przywiązani do bogactw ani pieniędzy”.

Grzech wszedł na świat (Rz 5, 12). Już podczas pierwszego objawienia 2 marca 1982 roku Maryja aż trzykrotnie powiedziała do Marii Klary: „Żałuj za grzechy! Żałuj za grzechy! Żałuj za grzechy! Nie zwracam się tylko do ciebie, lecz do wszystkich. Ludzie współcześni nie czują już zła, które czynią. Kiedy ktoś popełni grzech, wcale się nie przyznaje, że źle postąpił, i tego nie żałuje. Ci, którzy po występkach nie budzą w sobie żalu za grzechy, znów krzyżują Syna Bożego”.

Maryja mówi wprost: „Proszę was, żałujcie za grzechy. Grzech jest śmiercią”. Napomnienia Matki Słowa współbrzmią z nauczaniem św. Pawła, który pisze, że „śmierć przyszła na świat” (1 Kor 15,21) i „ogarnęła wszystkich ludzi” (Rz 5,12). Kibeho jest wielkim wołaniem Maryi, byśmy już na tym świecie – pokonując grzech i zło – przechodzili ze śmierci grzechu do życia w łasce.

Wizjonerki stwierdzają, że w czasie objawień Matka Boża była bardzo smutna. O smutku Maryi mówią widzący i w innych objawieniach. Przypomnijmy choćby smutek Maryi z 6., 8., 10. i 11. objawienia w Lourdes. Maryję zasmuca zaślepienie i zatwardziałość ludzkich serc. W Kibeho Matka Słowa jest bardzo zasmucona – jak sama powiedziała – z powodu niedowiarstwa i zatwardziałości ludzi pozostających w grzechach. Skarży się na nasze złe zachowanie i postępowanie, które charakteryzuje upadek obyczajów, upodobanie w złu, stały brak posłuszeństwa Słowu Bożemu i lekceważenie Bożych przykazań. W największe swoje święto, 15 sierpnia 1982 roku, Maryja płakała, mówiąc, że świat jest w stanie buntu przeciw Bogu, a ludzie znów krzyżują Syna Bożego.

Diagnoza sytuacji moralnej świata w Kibeho jest alarmująca: „Świat jest w bardzo złym stanie, idzie ku swemu zniszczeniu, pogrąża się w licznych i niekończących się nieszczęściach. Ludzie popełniają zbyt wiele grzechów i nie ma pomiędzy nimi miłości ani pokoju. „Jeśli nie okażecie żalu i nie nawrócicie się, wpadniecie w przepaść”. Brak żalu za grzechy to podstawowy i powszechny dziś defekt ludzkich sumień. Stąd jak refren Maryja powtarza po wielekroć: „Obudźcie się! Wstańcie! Rozejrzyjcie się! Bądźcie czujni!”.

Cierpienie. Dziś świat boi się cierpienia, a gdy ono przyjdzie, ucieka od niego. Woli wygodną, choć szatańską eutanazję. Ludzie marnują cierpienie, nie jednocząc się z cierpiącym Chrystusem. Z braku wiary człowiek odrzuca cierpienie, zamiast przemieniać je w ofiarę i zasługę przed Bogiem. Jakże daleko nam do Katarzyny Sieneńskiej, która wołała: cierpieć i nie umierać. Albo do Prymasa Tysiąclecia, który z taką ufnością oddawał swoje cierpienia Bogu u kresu swego życia.

Objawienia w Kibeho są dla wszystkich chrześcijan wielkim przypomnieniem zbawczej wartości krzyża, cierpienia, umartwienia i ascezy w życiu chrześcijanina i Kościoła. Przypominają podstawową zasadę życia duchowego: przez krzyż do chwały. Ufne, wytrwałe, cierpliwe i dobrowolne podejmowanie wyrzeczeń, ograniczeń i cierpień – w duchu zadośćuczynienia Bogu za popełnione zło – to wiodący temat objawień Maryi w Kibeho. Tak o tym mówiła Maryja do wizjonerki Natalii: „Dla chrześcijanina cierpienie tu, na ziemi, jest nieuniknione i konieczne, jest bowiem drogą, jaką musimy pokonać, aby wejść do wiecznej chwały”.

15 maja 1982 roku Matka Słowa powiedziała do Natalii: „Nikt nie wejdzie do nieba bez cierpienia”, oraz: „Dziecko Maryi nie rozstaje się z cierpieniem”. Po wtóre – pouczała Maryja – cierpienie jest również zaproszeniem do wynagradzania za grzechy innych, za bunt przeciwko Bogu. Przez tragiczne i bolesne doświadczenia – często dla nas niepojęte i niezrozumiałe – uczestniczymy w zbawczej męce i krzyżu samego Jezusa oraz boleściach Maryi dla zbawienia świata.

Matka Najświętsza zachęcała widzące do ufnego przyjmowania i odważnego akceptowania cierpienia z wiarą, radością i ufnością. Tłumaczyła im, że każde dobrowolne cierpienie, wyrzeczenie i umartwienie ma ogromną wartość w oczach Bożych. Maryja pouczała widzące o wielkiej i wiecznej wartości dobrowolnego umartwiania się, zachęcała do odmawiania sobie nawet drobnej przyjemności w intencji nawrócenia grzeszników oraz tych, którzy Boga nie znają i znać nie chcą. Zjednoczeni z krzyżem Chrystusa wszystkie nasze krzyże mamy ofiarowywać za grzechy nasze i całego świata. W tym jest nasza szansa.

Modlitwa. W swoich orędziach Maryja kładła ciągły nacisk na modlitwę. „Ludzie – skarży się Matka Słowa – za mało się modlą, a nawet wśród tych, którzy się modlą, wielu modli się nie tak, jak trzeba”. Maryja prosi widzących, po pierwsze, o modlitwę za świat, po wtóre, by uczyli innych dobrze się modlić, po trzecie wreszcie, by modlili się niejako w zastępstwie tych, którzy wcale się nie modlą. Matka Boża prosi też o większą gorliwość w modlitwie i o modlitwę bez obłudy. Wielokrotnie podkreślała też stałość i szczerość w odmawianiu Różańca.

6 marca 1982 roku przypomniała Marii Klarze o Koronce do Siedmiu Boleści Najświętszej Maryi Panny, która kiedyś znana była w Rwandzie i odmawiana przez niektóre zgromadzenia zakonne, ale niestety popadła w zapomnienie. Maryja wyraziła pragnienie, aby do tej koronki na nowo powrócono, a nawet rozszerzano ją w całym Kościele.

Ważne jest też przypomnienie Maryi, że tradycyjna Koronka do Siedmiu Boleści, o której wznowienie prosi, nie zastępuje samego Różańca. „Przez odmawianie Różańca oraz koronki – usłyszała Natalia – otrzymuje się łaskę żalu za grzechy. Jeśli będziecie odmawiać tę koronkę, rozważając ją, będziecie mieli siłę do wzbudzania w sobie żalu i skruchy za swoje złe postępowanie. Dzisiaj ludzie – dodała Maryja – nie chcą i nie potrafią już prosić o przebaczenie”.

Przerażająca wizja. W 1983 roku Matka Boża w przerażającej wizji ukazała dziewczętom rzeki pełne krwi, mordujących się ludzi, porozrzucane i pozbawione głów zmasakrowane ciała, których nie miał kto pochować. Ta straszna przepowiednia sprawdziła się w 1994 roku podczas bratobójczych walk między plemionami Hutu i Tutsi. Zginęło ponad milion ludzi. Później walki przeniosły się do Kongo, gdzie zginęły kolejne dwa miliony.

Wyrzynali się wzajemnie sąsiedzi, krewni i znajomi, ścinali sobie głowy i okaleczali maczetami albo spalali się żywcem. W samym Kibeho i okolicy zginęło ponad dziesięć tysięcy osób.

Objawienia miały powstrzymać ludobójstwo. Niestety, Kibeho stało się kolejnym ostrzeżeniem dla świata. Jeśli ludzie nie posłuchają ostrzeżeń Maryi z trzech ostatnich objawień: w Kibeho, Akicie i Medjugorie, to cały świat może czekać to, co wydarzyło się w Rwandzie i byłej Jugosławii.

Uznanie objawień. Już w trakcie objawień do Kibeho ciągnęły rzesze wiernych nawet z krajów ościennych, jak: Tanzania, Burundi czy Uganda. Jan Chrzciciel Gahamanyi, biskup diecezji Butare, na której terenie na początku objawień leżało Kibeho, zezwolił na żywiołowy kult Maryi, który zrodził się po objawieniach. Na ich miejscu kazał zbudować oddzielną kaplicę. Po erygowaniu w 1992 roku nowej diecezji Gikongoro, Kibeho znalazło się na jej terytorium. Pierwszy biskup nowej diecezji, Augustyn Misago (zm. 2012) – wcześniej prowadzący pielgrzymki do Kibeho – powołał wnet po objęciu urzędu równocześnie dwie komisje: kościelną – złożoną z teologów, do zbadania treści objawień, oraz medyczną – do wykazania ich nadzwyczajności.

Komisja medyczna orzekła bezradność nauki wobec zaistniałych zjawisk. Kościelna komisja teologiczna zaś nie znalazła w objawieniach żadnych niezgodności z nauką Kościoła. Stąd biskup Augustyn Misago w dekrecie z 29 czerwca 2001 roku uznał autentyczność oraz nadnaturalność objawień w Kibeho.

Losy widzących. Alphonsine Mumureke – urodzona w 1965 roku, pierwsza z widzących, najdłużej spotykała się z Maryją. Po raz ostatni 28 listopada 1989 roku – w ósmą rocznicę pierwszego objawienia. Skończyła studia i pracowała w biurach nowo powstałej w 1992 roku diecezji Gikongoro. Zmuszona w czasie ludobójstwa do ucieczki, znalazła się w Zairze, a potem na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie ukończyła teologię i wstąpiła do zakonu św. Klary, przyjąwszy imię zakonne Alphonsine od Krzyża Świętego. Od 2007 roku przebywa w klasztorze Sióstr Klarysek w Beninie (kiedyś Dahomej).

Natalia Mukamazimpaka – urodzona w 1964 roku, druga z widzących, miała objawienia przez prawie dwa lata: od 12 stycznia 1982 roku do 3 grudnia 1983 roku. Matka Słowa 24 czerwca 1982 roku poprosiła ją, by na zawsze pozostała w Kibeho i poświęciła się modlitwie i umartwieniu „za świat, który zdąża ku przepaści”. To Natalii Matka Boża kazała nazywać się Mamusią. Dziś w Kibeho ofiarnie służy pielgrzymom.

Maria Klara Mukangango – urodzona w 1961 roku, miała objawienia tylko przez ponad pół roku. Maryja wyznaczyła Marię Klarę do kontemplacji męki i krzyża Chrystusa oraz swoich siedmiu boleści. Osiem lat później zginęła wraz z mężem podczas ludobójstwa. Ich ciał nie znaleziono.

W ciągu zaledwie ośmiu lat Matka Boża objawiła się kolejno na trzech kontynentach. Za każdym razem płakała. Nie bądźmy nieczuli na łzy Bożej Matki.

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 21.04.2020.

do góry

22. Vailankanni, MB Uzdrowicielka

Cudowne ocalenie przed tsunami. Potężne fale ominęły bazyliki Matki Bożej Uzdrowicielki i św. Tomasza w Indiach. Vailankanni to od prawie pięciuset lat miejsce święte dla katolików indyjskich. Przybywa do niego rocznie ponad 20 milionów pielgrzymów.

Bazylika Matki Bożej Dobrego Zdrowia jest największą katolicką świątynią w całej Azji. Jan Paweł II Wielki w orędziu na X Światowy Dzień Chorego w 2002 roku nazwał ją bazyliką Matki Bożej Uzdrowicielki, a samo Vailankanni – „Lourdes Wschodu”. Świątynia położona jest sto metrów od oceanu, tuż przy plaży. Jest to właściwie wielki kompleks sakralny, w którego skład wchodzą liczne obiekty związane z objawieniami i historią tego miejsca.

Niezwykła jest tzw. Droga Siedmiu Sakramentów. Maryja jest czczona w Vailankanni w niespotykany sposób, a mianowicie jako Matka Chrystusa przychodzącego do nas w siedmiu sakramentach. Znajdują się tam również stacje procesji różańcowych. Najwięcej wiernych gromadzi cotygodniowa procesja sobotnia. Natomiast w pierwsze piątki eucharystyczna procesja okrąża cały kompleks sanktuarium. Nieustannie oblegana jest kaplica tzw. Cysterny Naszej Pani. Została zbudowana w miejscu sadzawki, przy której Matka Najświętsza ukazała się dwóm biednym chłopcom. Woda z tego zbiornika – po 500 latach – nada jest dostępna. Chorzy – podobnie jak w Lourdes – doznają tu umocnienia wiary oraz cudownych uzdrowień.

Pierwszy cud. Początek kultu Matki Najświętszej w Vailankanni sięga połowy XVI wieku. Przyczyniły się do tego dwa cuda, które wydarzyły się w odstępie prawie pół wieku i oba miały miejsce 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny.

Pierwszy cud zdarzył się około 1550 roku. Maryja z Dzieciątkiem ukazała się pastuszkowi, który roznosząc mleko i serwatkę swoim bogatym klientom, w upalny dzień przysnął ze zmęczenia obok sadzawki, w cieniu drzewa banyan. Obudzony podmuchem wiatru, ujrzał nagle promienną Niewiastę z Dzieckiem na ręku, a nad Ich głowami świetliste aureole. Pani poprosiła go o mleko dla swojego dziecka. Po spełnieniu prośby młody mleczarz odczuł radość ducha, widząc uśmiech na twarzyczce dziecka. Kiedy dotarł do Nagapattinam, przeprosił swojego klienta za spóźnienie i mniejszą ilość mleka. Gospodarz zauważył jednak, że odstawione na bok mleko zaczyna przybierać, a po chwili wylewa się z przepełnionego naczynia. Pan uwierzył chłopcu, a przybywszy na miejsce objawienia, padł na twarz, uznając tę ziemię za świętą. Od tej pory miejsce to zaczęto nazywać Mata Kulam (Zbiornikiem Matki Bożej). Dziś stoi tam wielka bazylika.

Drugi cud. Kolejny cud nastąpił pod koniec XVI wieku. Maryja w pobliżu tej samej sadzawki uzdrowiła chłopca z niedowładem nóg, przydrożnego sprzedawcę mleka i mlecznych przetworów. Pani z Dzieckiem objawiła się, prosząc o mleko dla swojego niemowlęcia. Młody sprzedawca spełnił życzenie. Od Pięknej Pani usłyszał polecenie, że ma udać się do pewnego katolika mieszkającego w Nagapattinam i przekazać mu, że Ona życzy sobie kaplicy w miejscu, w którym właśnie mu się ukazuje. Chłopiec był kaleką, obie nogi miał powykręcane i nie mógł chodzić. Gdy Maryja mówiła te słowa, chłopiec ze zdumieniem ujrzał, że jego obie nogi są proste. Rozradowany pobiegł pod wskazany adres. Zamożny katolik zbudował w wyznaczonym miejscu kaplicę – dziś jest to teren sanktuarium – w której umieścił figurę Madonny i Dzieciątka.

Do kaplicy zaczęli przybywać chorzy, modląc się o łaskę uzdrowienia. Odtąd też zaczęto Maryję nazywać Matką Bożą Dobrego Zdrowia z Vailankanni.

Trzeci cud. Był 1700 rok. Portugalski statek handlowy płynący z Makau w Chinach na Cejlon (dziś Sri Lanka) w Zatoce Bengalskiej wpadł w sam środek rozszalałego żywiołu. Okręt zaczynał tonąć. Bezradni marynarze, którzy uczynili już wszystko, by uratować statek, wpadli w przerażenie, widząc zbliżającą się niechybną śmierć. Wtedy z wiarą i nadzieją poczęli całym sercem wzywać na ratunek Maryję, Gwiazdę Morza – ich Opiekunkę. Byli pewni, że bez Bożej pomocy, bez interwencji Matki Bożej grozi im zatonięcie. Złożyli więc ślubowanie, że jeśli ocaleją, to wtedy tam, gdzie przybiją do brzegu, wzniosą na cześć Maryi wotywny kościół. Przypomnieli sobie, jak dwieście lat wcześniej Gwiazda Morza wysłuchała modlitw Krzysztofa Kolumba i podmuchem wiatru ruszyła ku zachodowi statek „Santa Maria” uwięziony od wielu dni w ciszy morskiej. Portugalscy żeglarze w Bogu i Maryi znaleźli ratunek i ocalenie, ich modlitwa została wysłuchana. Żywioł zaczął słabnąć, a wicher się uciszył.

Statek bezpiecznie przybił do brzegu w Vailankanni. Już po raz trzeci, 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Matki Bożej wydarzył się cud – 150 marynarzy zostało uratowanych. Ocaleni po wyjściu na brzeg zobaczyli niewielką skromną kapliczkę z figurką Maryi w środku, a przed nią czekających na wejście pielgrzymów. Zrozumieli, że Maryja sama przyprowadziła ich do tego miejsca, aby rozbudowali istniejącą kaplicę. Co też uczynili, wznieśli większy i solidniejszy, bo kamienny kościół.

Żeglarze, przewożąc tą drogą swoje towary, zawsze zatrzymywali się w Vailankanni. Podczas kolejnych wizyt wystawili okazały ołtarz i ozdobili go przywiezionymi z Portugalii biało-niebieskimi płytkami (tzw. azulejos) przedstawiającymi sceny biblijne. Do dziś możemy je oglądać, otaczają bowiem tron cudownej figury Matki Bożej Uzdrowicielki, umieszczonej nad głównym ołtarzem obecnej świątyni. A ilekroć przybywali ponownie w te strony, dokonywali koniecznych napraw w domu Matki, która ich ocaliła. Sprawili też nową okazałą figurę, która cieszy się czcią do dziś.

Coraz liczniejsza rzesza pielgrzymów sprawiała, że świątynię wciąż rozbudowywano. Zaczęli się tu też osiedlać katolicy hinduscy prześladowani przez protestanckich Holendrów. Liczne uzdrowienia sprawiły, że sanktuarium Matki Bożej Uzdrowicielki od ponad dwustu lat jest najważniejszym miejscem dla katolików na południu Indii.

Cud podczas tsunami. W naszych czasach Matka Boża z Vailankanni kolejny raz okazała swą niezwykłą moc. Teraz już – dzięki mass mediom – zobaczył Ją cały świat. Był to drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 2004 roku, które francuski parlament parę miesięcy wcześniej przemianował na… święta końca roku. Przez trzęsienie ziemi dno Oceanu Indyjskiego przesunęło się o 15 metrów na długości 1200 km i podniosło – nieznaną dotąd w historii – falę tsunami.

Żywioł uderzył w wybrzeża państw Azji Południowo-Wschodniej, zabijając ponad 300 tysięcy ludzi. O godz. 9.30 fala tsunami dotarła także do południowych Indii na wybrzeże półwyspu Coromandel, a na nim do bazyliki w Vailankanni. I stał się niepojęty cud. Maryjna świątynia, wybudowana 100 metrów od plaży, była jedynym miejscem, które dwunastometrowa ściana wody ominęła i popłynęła dalej, kilometr w głąb lądu, niszcząc bloki mieszkalne, hotele i inne obiekty. Woda zdewastowała doszczętnie m.in. wielką zajezdnię autobusów, znajdującą się 400 metrów za sanktuarium. Zatrzymała się zaś na stopniach świątyni, w której modliło się dwa tysiące wiernych. Jest rzeczą niewytłumaczalną z naukowego punktu widzenia, dlaczego fala tsunami, która popłynęła w głąb lądu i daleko za bazylikę, nie zniszczyła świątyni.

W niewielkim pięciotysięcznym Vailankanni podczas kataklizmu zginęło ponad tysiąc osób. Natomiast przeszło 2 tysiące pielgrzymów uczestniczących w tym czasie we Mszy św. nawet nie zdawało sobie sprawy z tego, co się działo poza murami świątyni. Biskup tamtejszej diecezji ks. Thanjore Devadass Ambrose powiedział po kataklizmie, że miała miejsce nadzwyczajna interwencja Boga, że to był niesamowity cud. W komunikacie z 27 stycznia 2005 roku biskup Devadass jednoznacznie stwierdził: „Mieliśmy do czynienia z wielkim cudem. Fala zatrzymała się przed wejściem do świątyni. Któż może zaprzeczyć, że to był cud? Błogosławieństwo Matki Bożej z Vailankanni ocaliło życie dwóch tysięcy ludzi. Osoby, które przebywały wewnątrz bazyliki, absolutnie nic nie ucierpiały od zabójczych fal”. Ten cud to znak, że Matka Boża Uzdrowicielka wciąż jest obecna pośród swego ludu.

W kolejnej wypowiedzi z 11 lutego 2005 roku czytamy: „W tej wielkiej tragedii pojawiło się niepojęte zdarzenie. Wzburzone morze dotarło do głównego wejścia bazyliki, w której umieszczona jest cudowna figura Matki Bożej Uzdrowicielki, a potem cofnęło się, dotknąwszy zaledwie pierwszych schodów prowadzących do głównego wejścia”.

Dodajmy, że trzystuletnia rzeźba Matki Bożej wykonana została z drewna. Maryja stoi majestatycznie na kuli ziemskiej. Na lewej ręce trzyma Dzieciątko. Co roku 28 sierpnia w nocy, na rozpoczynające się nazajutrz doroczne święto Maryi Uzdrowicielki, figura jest przebierana w nowe sari wykonane z najszlachetniejszego, niezwykle bogato haftowanego jedwabiu. Stare sari tnie się na maleńkie kawałki. Zabierają je potem pielgrzymi, którzy doświadczyli cudu.

Bazylika św. Tomasza. W tym samym czasie rozszalałe tsunami Boża moc zatrzymała w położonym 350 km na północ od Vailankanni blisko pięciomilionowym mieście Ćennaj (dawniej Madras). I tutaj jak w Vailankanni w cudowny sposób została uratowana bazylika św. Tomasza, apostoła Indii. Wszystkie budynki wokół niej zostały całkowicie zdewastowane przez 15-metrową oceaniczną falę, która nie tknęła jednak samej bazyliki. Ta ogromna i wspaniała budowla, wzniesiona przez Portugalczyków, a dokończona w 1893 roku przez Anglików, znajduje się w tym samym miejscu, w którym św. Tomasz apostoł – po swojej 20-letniej misji ewangelizacyjnej w Indiach – został po swojej męczeńskiej śmierci pochowany w 72 roku.

Tradycja głosi, że św. Tomasz na krótko śmiercią wbił przed schodami prowadzącymi do miejsca modlitw pierwszych chrześcijan (dziś naprzeciw plaży Marina Beach) pal i powiedział, że woda morska nigdy nie przekroczy tej granicy i nigdy nie zagrozi temu miejscu. Kolejne tzw. słupy św. Tomasza niszczały i były zastępowane nowymi. Obecny, zwieńczony krzyżem – wyglądający niczym ścięte kilkumetrowe drzewo palmowe – osadzony jest od dziesiątek lat na cementowym cokole, przypominając obietnicę apostoła. Jakże dosłownie – i w jakich dramatycznych okolicznościach – proroctwo wątpiącego Tomasza spełniło się w naszych czasach.

Setki okolicznych mieszkańców, uciekając przed falą tsunami, w ostatniej chwili zdołało schronić się w świątyni i dzięki temu przeżyło tę straszliwą katastrofę. Niszczycielskie fale – podobnie jak w Vailankanni – w niepojęty sposób rozdzieliły się tuż przed dotarciem do tylnej części świątyni, opłynęły ją i rozlały się dalej w głąb lądu, pozostawiając bazylikę nietkniętą. Święty Tomasz powstrzymał fale tsunami, oszczędzając dopiero co wyremontowaną i odnowioną bazylikę.

Gdy masy wód spłynęły do morza, z przerażeniem i niedowierzaniem patrzono na spustoszone wybrzeże i na górującą nad nim nietkniętą bazylikę św. Tomasza. Przez wiele tygodni po kataklizmie ludzie przybywali nawet z dalekich stron, by oglądać cudownie ocaloną przed żywiołem świątynię. Trudno było zaprzeczyć, że stał się cud. Ojciec Lawrence Raj, proboszcz bazyliki, powiedział: „Wszyscy patrzyliśmy na cud. To cudowny posterunek św. Tomasza uniemożliwił wejście wodom morskim do kościoła”.

W miejscu, gdzie rozpoczęła się ewangelizacja Indii, dokonał się ewidentny znak dla całego świata. 26 grudnia 2004 roku cudowny słup św. Tomasza – zgodnie z tym, co zapowiedział apostoł – postawił tamę rozszalałym falom tsunami, a grób z relikwiami apostoła został nietknięty.

W górnej bazylice Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Nazarecie wśród wizerunków Maryi z całego świata znajduje się niezwykłe wotum. Jest to kilkukilogramowa złota figura Matki Bożej Uzdrowicielki o wysokości około 70 cm. Umieszczona została w (specjalnie zaaranżowanej) kapliczce osłoniętej pancerną szybą. Jest to dar katolików hinduskich z Ćennaj za ocalenie bazylik Matki Bożej Uzdrowicielki i św. Tomasza.

Wokół nas rozlewa się dziś i potężnieje tsunami zła. Przeciwstawiajmy się mu przez codzienny Różaniec i Koronkę, przez częstszą niż tylko niedzielna Eucharystię, przez czytanie Biblii, post, adorację. Przez soboty fatimskie i przez trwanie w łasce uświęcającej. Z psalmistą śpiewajmy Panu, który czyni cuda (Ps 98,1).

Ks. Jerzy Banak, Nasz Dziennik, 09.06.2020.

do góry

23. Nigeria. Różańcowe zwycięstwo

Z JE ks. Oliverem Dashe Doeme, biskupem Maiduguri w Nigerii, rozmawia Piotr Falkowski

* Ksiądz Biskup w listopadzie 2015 roku przeżył niezwykłe spotkanie z Jezusem i Maryją. Pan Jezus podał Księdzu Biskupowi różaniec i powiedział, że Boko Haram „już nie ma”. Jakie są obecnie owoce tego niezwykłego wydarzenia?

– To nie ja powinienem mówić o owocach mojej wizji, lecz raczej lud Boży, dla którego jest ona przeznaczona. Ale chcę powiedzieć jedno. Kiedy ta wizja przyszła, prawie całe terytorium mojej diecezji znajdowało się pod kontrolą bojowników Boko Haram. A obecnie siły bezpieczeństwa całkowicie się z nimi uporały prawie na całym obszarze. Nie mówię tego jednak po to, żeby bronić autentyczności mojej wizji. Jezus i Matka Boża sami to uczynią.

* Ale wciąż dochodzą informacje o nowych zamachach dokonywanych przez Boko Haram i inne organizacje terrorystyczne w Nigerii. Czyżby bezpieczna miała być tylko jedna diecezja? A może modlitwa jest zbyt słaba?

– Chodzi o coś innego. Rzeczywiście Boko Haram atakowało wiele miejscowości, zwłaszcza podkładając bomby. Ale już nie ma sytuacji, w której oni mają kontrolę nad jakimś określonym obszarem. I zwróćmy uwagę, że w tej wizji Jezus nie podał żadnego konkretnego czasu, kiedy Boko Haram zniknie. Powiedział tylko: „Boko Haram nie ma”. I ja nie mam żadnych wątpliwości, że Boko Haram zniknie, czy teraz, czy później. Jezus wskazał nam na modlitwę różańcową. Nie mnie oceniać, czy jest ona wystarczająco gorliwa. Ale każdemu życzę, żeby tu przyjechał i zobaczył życie modlitewne naszego ludu, zwłaszcza nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Nasz lud jest pogrążony w modlitwie. A czas, który wyznacza nasz Pan, jest zawsze najwłaściwszy.

* Wiara katolików w diecezji Księdza Biskupa hartuje się w ogniu prześladowań i męczeństwa. To może jakoś umacniać? Wiemy, że liczba chrześcijan w Nigerii wzrasta.

– To, co zgotowało nam Boko Haram, spowodowało, że nasz lud stał się silniejszy w wierze. Zamiast odpływu wiernych nasze kościoły teraz co niedzielę wypełniają się wiernymi, zwłaszcza w wioskach, ale nawet w miastach. Coraz więcej ludzi zaczyna traktować sakramenty naprawdę poważnie. Myślę, że to jest lekcja, której Kościół na Zachodzie może się od nas nauczyć. Gdy liczebność chrześcijan w krajach Zachodu spada, u nas ma miejsce sytuacja odwrotna. Jak już powiedziałem, jako diecezja czy nawet jako poszczególne jednostki jesteśmy głęboko przywiązani do pobożności maryjnej. Co roku ponawiamy poświęcenie diecezji Niepokalanemu Sercu Maryi, corocznie na poziomie diecezjalnym jest uroczyście obchodzone święto Wniebowzięcia, odbywają się procesje różańcowe parafii i rodzin, trwa nieustanny kult w naszym maryjnym sanktuarium. Zachód powinien zwrócić się ponownie do Matki Bożej, a wiele chorób, na które cierpi, zniknie.

* Wypróbowanym wskaźnikiem żywotności Kościoła są powołania.

– W naszej diecezji doświadczamy stałego wzrostu powołań kapłańskich i zakonnych. Na przykład w ubiegłym roku przyjęliśmy 9 kandydatów do wyższego seminarium duchownego, a z Bożej łaski w tym roku wyświęcę sześciu mężczyzn na kapłanów. Mamy też wiele młodych dziewcząt w zgromadzeniach żeńskich. Wszystko na chwałę Bożą!

* Jakie są skutki tego, co w diecezji Księdza Biskupa zrobiło Boko Haram?

– Pod względem zniszczeń dokonanych przez powstanie Boko Haram diecezja Maiduguri jest najbardziej dotknięta. Obecnie to nasz lud jest najsilniej zraniony i zszokowany. W 2014 roku ponad 80 tys. katolików zostało wygnanych ze swoich domów rodzinnych, ponad 25 księży usunięto, podobnie więcej niż 35 zakonnic musiało opuścić swoje klasztory i ponad 200 katechetów zostało zmuszonych do odejścia ze swoich placówek apostolskich. Poza tym ponad 5 tys. katolików uciekło do sąsiedniego Kamerunu i są tam uchodźcami. Osławiona szkoła w Chibok, skąd porwano uczennice, także leży w naszej diecezji. Teraz jest w diecezji Maiduguri ponad 5 tys. wdów, których mężów zabiło Boko Haram, mamy też ponad 15 tys. sierot, także ofiar tej terrorystycznej organizacji.

* Kim właściwie są terroryści z Boko Haram?

– Radykalne grupy islamskie w Nigerii są bardzo podobne do dżihadystów z Bliskiego Wschodu. To z tego powodu dwa lata temu Boko Haram przysięgło wierność Państwu Islamskiemu i uznało jego zwierzchnictwo. Ich programem jest przymusowa islamizacja całego świata. Usiłują narzucić swoje przekonania wszystkim ludziom poprzez terroryzm i przemoc.

* Czy Boko Haram posiada duże poparcie wśród zwykłych muzułmanów w Nigerii?

– Sekta Boko Haram otrzymywała bardzo dużo pomocy, tak ludzkiej, jak i finansowej. Pewni potężni ludzie, zarówno w Nigerii, jak i z zagranicy, byli głównymi sponsorami Boko Haram. Ale obecnie już tej pomocy nie otrzymują. Dlaczego? Ponieważ sekta stała się dzikim lwem, który nie ma żadnego właściciela. Jej członkowie nie oglądają się już na swoich dawnych dobroczyńców, zabijają wszystkich: chrześcijan i muzułmanów. Więc sponsoring ze strony zamożnych islamistów się skończył. Jest to jedna z przyczyn postępującego osłabienia Boko Haram. Między Boko Haram a Państwem Islamskim były pewne kanały współpracy i pomocy, ale służby bezpieczeństwa są bardzo wyczulone na te kontakty i dość skutecznie im przeciwdziałają.

* Władze mają wiarygodny plan walki z terroryzmem w Nigerii?

– I w tej dziedzinie zaszła pozytywna zmiana. Obecny rząd jest zdeterminowany, żeby Boko Haram całkowicie rozbić. Widać to doskonale po tym, jakie osoby zostały postawione na czele wojska i organów bezpieczeństwa. To są bardzo poważni i rozumni oficerowie. Ale wciąż występują niedostatki w uzbrojeniu i zaopatrzeniu naszych żołnierzy.

* akie poza Boko Haram są największe problemy Nigerii?

– Nigeria obecnie przede wszystkim doświadcza ogromnej przemocy. Mamy plagę porwań. Na południu kraju dochodzi do kradzieży i niszczenia rurociągów ropy naftowej. Wioski na środkowych nizinach i częściowo na południu cierpią z powodu ataków koczowników z plemienia Fulbe. W końcu Boko Haram jest aktywne głównie na północnym wschodzie. Poza tym w kraju panuje głód wywołany recesją gospodarczą. Przyczyny przestępczości nie są wcale nadzwyczajne. Chciwość i egoizm zrodziły korupcję, która jest głównym źródłem dalszych nadużyć. Dlatego nasz kraj potrzebuje duchowej rewolucji.

* Mimo swoich problemów i olbrzymiego natężenia terroru Nigeria nie jest w centrum uwagi zachodnich mediów, jak na przykład Syria. Co chciałby Ksiądz Biskup powiedzieć opinii publicznej w Europie, w katolickiej Polsce?

– Jako Kościół cierpiący potrzebujemy pomocy finansowej od ludzi dobrej woli na Zachodzie. Kolosalne zniszczenia dotknęły tak osoby, jak i majątek. Gdy teraz zaczyna powracać pokój, musimy odbudować Kościół fizycznie i duchowo. Dlatego zwracam się do rządów, instytucji kościelnych, rodzin i osób indywidualnych na Zachodzie o wsparcie w odbudowie naszego Kościoła. W odpowiedzi będziemy się za was modlić, by Bóg pomógł wam stawić czoła waszym wyzwaniom.

* Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik, 07.01.2017.

do góry

Legendy Różańcowe

początek

Spis treści

1. Legenda o rycerzu, który został mnichem.
2. Legenda o pierwszych męczennicach i różach.
3. Legenda o bogobojnej Eulalii.
4. Legenda znaleziona w szkockim manuskrypcie.
5. Legenda o tancerzu z opactwa w Clairvaux.

Wincenty Łaszewski, Różaniec 7-8\1997 (dziękujemy)

W czasach starożytnych i średniowiecznych rolę upowszechniania prawd religijnych i moralnych pełniły legendy, krążące z ust do ust i przepisywane przez pracowitych kopistów. Kształtowały one postawy rycerskie, tworzyły obraz sprawiedliwego króla, miłosiernej niewiasty, pokornego i bogobojnego chłopa. One też były przyczyną popularności ruchów religijnych. To w dużej mierze dzięki rozpowszechnieniu stworzonej przez bł. Alana de la Roche legendy o św. Dominiku Różaniec w XV w podbił Europę.

Istnieje wiele pięknych legend różańcowych. Czy należy uważać je za opowiadania wprawdzie budujące, ale nieprawdziwe? Nie, bo chociaż opisanych w nich wydarzeń me można traktować jako faktów historycznych, to jednak zawarte są w nich pewnego rodzaju prawdy, które świadczą o rzeczywistości innej niż historyczna, które mówią o prawach ludzkiej duszy…

Przytoczone niżej opowiadania zawierają w sobie religijne prawdy oczywiste dla człowieka wierzącego. Może warto przypomnieć różańcowe legendy i dzisiaj? Może wielu sercom powiedzą one więcej niż uczone wywody teologów?

do góry

1. Legenda o rycerzu, który został mnichem

Żył w średniowieczu rycerz, który bardzo kochał Matkę Najświętszą. Miał w zwyczaju codziennie pleść wianki z kwiatów i koronować nimi napotykane na swych drogach maryjne figury. Wielka miłość do Matki Bożej zaprowadziła go w końcu przed bramę klasztorną, szlachetny rycerz został mnichem. Musiał ciężko pracować i nie miał ani czasu, ani możliwości, by dalej trwać w swoim pobożnym zwyczaju zbierania kwiatów dla swojej Madonny.

Duszę rycerza wypełnił smutek i gorycz. Wtedy stary zakonnik poradził mu, aby zaczął odmawiać pięćdziesiąt "Zdrowaś, Maryjo" i w ten sposób z "Pozdrowień Anielskich" układał mistyczne wieńce róż dla Matki Najświętszej.

Mnich nadal jednak przeżywał rozterki, dręczyła go nawet pokusa, by wystąpić z klasztoru i powrócić do świata, by na łąkach zbierać najpiękniejsze kwiaty dla Tej, którą bezgranicznie umiłował.

I oto zdarzyło się, że przełożony wyprawił go w drogę. Utrudzony całodzienną podróżą zsiadł z osła, aby odmówić pięćdziesiąt "Zdrowaś, Maryjo". Kiedy trwał pogrążony w modlitwie, nadszedł złoczyńca. Ujrzawszy mnicha, postanowił go zabić i okraść. Już zbliżał się, by napaść go znienacka. Już podnosił rękę do ciosu, kiedy między nim a mnichem stanęła jakaś nadzwyczajnej piękności pani. Przerażony ujrzał, jak nieznajoma układa wieniec z róż zdejmowanych z ust modlącego się mnicha. Kiedy wplotła ostatnią, pięćdziesiątą różę, włożyła sobie wieniec na głowę.

Była to Matka Najświętsza, która objawiła się złemu człowiekowi i uratowała życie swego czciciela. Rabuś padł na kolana i cały drżąc, opowiedział wszystko mnichowi. I tak oto bandyta się nawrócił, a mnich został utwierdzony w odmawianiu swoich modlitw.

Opowiedziane wydarzenie przekazuje nam ważną prawdę - modlitwa różańcowa jest piękna, ma wielką wartość, podoba się Maryi. Legenda ta przez wieki pobudzała ludzi do odmawiania koronki składającej się z pięćdziesięciu "Zdrowaś, Maryjo". Ona też leży u źródeł dwóch nazw naszego nabożeństwa maryjnego - Różańca oraz koronki.

do góry

2. Legenda o pierwszych męczennicach i różach

Kiedy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa młode dziewczęta z radością szły na spotkanie z dzikimi zwierzętami, by ponieść śmierć męczeńską, wszystkie one ubierały się w świąteczne suknie, a na głowy wkładały wieńce uplecione z róż. Szły na wielkie święto - na spotkanie z Królem królów, Jezusem Chrystusem, dla którego imienia miały za chwilę oddać życie. Szły na spotkanie swego Oblubieńca. Szły na swoje wieczne wesele. I choć ich słabe ciała drżały z przerażenia, promieniowała z nich radość. Bez wahania wychodziły naprzeciw dzikim zwierzętom.

Kiedy zapadał zmrok, chrześcijanie przychodzili do Koloseum i zbierali z cyrkowej areny róże. Trzymając je w dłoniach, zanosili do Boga tyle modlitw, ile znaleźli róż rozsypanych na placu męczeństwa.

Ta ciekawa legenda tłumaczy pochodzenie nazwy Różańca, przekonuje, że w pierwszych wiekach Kościół łączył modlitwy z różami. Tak było w okresie prześladowań, w czasach pierwszych męczenników. Dziś łączymy modlitwę do Maryi z Różańcem, a odmawiane "Zdrowaś" liczymy na jego paciorkach.

do góry

3. Legenda o bogobojnej Eulalii

W średniowieczu rozpowszechniona była legenda o pewnej mniszce imieniem Eulalia. Siostra ta, chcąc, aby jej modlitwy były milsze Matce Bożej, a dla niej samej bardziej pożyteczne, miała w zwyczaju każdego dnia z miłości do Matki Najświętszej powtarzać Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum tyle razy, ile jest Psalmów w psałterzu. Aby odmówić je wszystkie, musiała wypowiadać słowa Pozdrowienia Anielskiego bardzo szybko.

Tej to Eulalii ukazała się Matka Najświętsza, która przemówiła do niej następującymi słowami: Nie lękaj się, moja córko, spotkania z Matką, której w każdą sobotę oddajesz cześć całym sercem. Upominam cię jednak, że jeśli chcesz, aby twoje nabożeństwo do Mnie przynosiło ci korzyść, a przeze Mnie było chętniej przyjmowane, nie wymawiaj w przyszłości słów Ave, Maria tak pospiesznie. Pozwól, że powiem ci, iż kiedy witasz mnie słowami Anielskiego Pozdrowienia, moje serce napełnia się radością, szczególnie wtedy, gdy spokojnie i powoli wypowiadasz słowa Dominus tecum. Przyjemność, jaką w nich znajduję, jest większa, niż mogę to wyrazić słowami. Wydaje mi się, że znowu czuję w sobie mojego Syna, który zechciał łaskawie stać się człowiekiem i narodzić się ze Mnie dla zbawienia grzeszników. Jak wtedy przeżywałam niewypowiedzianą radość, tak samo czuję ją i teraz, kiedy w Anielskim Pozdrowieniu mówisz do Mnie słowa Dominus tecum.

Słysząc to, służebnica Chrystusowa została napełniona niewypowiedzianą radością i w zamian za to miłosne pocieszenie i pełne łagodności napomnienie ofiarowała swej najsłodszej Matce wielorakie modlitwy. A Matka wszelkiego stworzenia, odszedłszy od niej, powróciła do chwały nieba, gdzie pozostaje z Synem na wieki. Zaś Eulalia, napomniana przez Matkę naszego Pana, zrezygnowała z dwóch trzecich odmawianych dotychczas modlitw, a pozostałe mówiła z wielką uwagą.

Nauka płynąca z tego przekazu jest prosta: powinniśmy modlić się w skupieniu i uważnie, tak aby nasze słowa wyrażały miłość i przekazywały prawdę serc. Nasza modlitwa winna być podobna do modlitwy anioła. Wówczas będzie ona największą radością Matki Bożej.

do góry

4. Legenda znaleziona w szkockim manuskrypcie

Związana jest ona z tradycją zapoczątkowaną w Anglii przez św. Anzelma, arcybiskupa Canterbury, który ułożył modlitwę do Matki Bożej opartą na Psalmach i składającą się ze stu pięćdziesięciu wierszy (każdy zaczynał się od słowa "Zdrowaś"). Modlitwę tę napisał św. Anzelm dla mnichów z Canterbury i polecił odmawiać ją codziennie. Nazwał ją "Psałterzem Najświętszej Maryi Panny".

Jedna z legend związanych z tym wydarzeniem pochodzi ze szkockiego manuskryptu. Opowiada ona o młodym człowieku, który odmawiał pięćdziesiąt "Zdrowaś" dziennie. Pewnego dnia ukazała mu się Maryja. Była nędznie ubrana. Kiedy młody człowiek zaczął dopytywać się, dlaczego ubrana jest w ubogie szaty, Matka Najświętsza odpowiedziała, że to z powodu jego skąpych modlitw. Więcej ich bowiem potrzebuje...

Jakie wspaniałe uzupełnienie treści poprzedniej legendy! Nie szukajmy łatwych argumentów, które usprawiedliwią skracanie odmawianych modlitw. Umiejmy oddać Maryi całe swoje serce i cały swój czas. Ona potrzebuje naszej modlitwy...

do góry

5. Legenda o tancerzu z opactwa w Clairvaux

Bardzo popularna w średniowieczu legenda o tancerzu Matki Bożej mówi o znaczeniu rytmu i śpiewności modlitwy różańcowej.

Był sobie sławny tancerz, który schronił się do opactwa benedyktyńskiego w Clairvaux, aby szukać świętości. Człowiek ten, kochający ruch, miał poważne trudności ze skupieniem się podczas cichych modlitw odmawianych w nieruchomej pozycji i nie potrafił skoncentrować się tak, jak czynili to jego współbracia. Pewnego dnia, kiedy znalazł się sam w kościele, otworzył swoje serce przed Bogiem i, powodowany wewnętrznym impulsem, poddał się temu, za czym tęskniło serce: zaczął tańczyć i radośnie skakać. Kilku mnichów ukrytych za filarami świątyni ujrzało w najwyższym zdumieniu, jak Matka Boża w otoczeniu aniołów zstępuje z głównego ołtarza, by z wielką radością zbliżyć się do swego czciciela. Do końca swoich dni mnich ten tańczył w czasie modlitwy i był wielce kochany przez wszystkich współbraci.

Odczucie rytmu jest istotną częścią Różańca, powtarzanie słów tworzy bowiem melodyjny podkład dla najważniejszego elementu tej modlitwy - przejścia do modlitwy serca, które zatopione w morzu kontemplacji, nie bacząc na to, co mówią ludzie, otwiera się całe na Boga i we własny, niepowtarzalny sposób wypowiada się przed Panem. Każdy z nas jest w głębi swego serca tancerzem Matki Bożej.

do góry

Polska zwycięży Różańcem

Wypowiedzi o Matce Bożej i Polsce na podstawie odręcznych zapisków Prymasa Augusta Hlonda (+ 1948):

1. Przyjdą czasy, kiedy Bóg w ręce Swej Matki na pewien czas złoży atrybut Swej wszechpotęgi.

2. Obecne czasy oddał Bóg w opiekę Matce Najświętszej.

3. Dzięki wstawiennictwu Maryi zlituje się Bóg nad nieszczęśliwą ludzkością i zwiąże rozpętaną na ziemi moc szatańską.

4. Polska jest Narodem wybranym Najświętszej Maryi Panny.

5. Polska nie opuści sztandaru Królowej Nieba - spełni swe zadania, będzie znowu Matką świętych.

6. Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem.

7. Polska ma stanąć na czele Maryjnego zjednoczenia narodów.

8. Polska będzie przewodniczką narodów.

9. Zachód oczyszczający się ze zgnilizny z podziwem na nas patrzeć będzie.

10. Maryja obroni Naród od zagłady zupełnej.

11. Nastąpi wielki triumf Serca Matki Bożej, po którym dopiero zakróluje Zbawiciel nad światem przez Polskę.

12. Trzeba ufać i modlić się. Jedyną bronią, której Polska używając odniesie zwycięstwo - jest Różaniec. On tylko uratuje Polskę od tych strasznych chwil, jakimi może narody będą karane za swą niewierność względem Boga. Polska będzie pierwsza, która dozna opieki Matki Bożej. Maryja obroni świat od zagłady zupełnej. Całym sercem wszyscy niech się zwracają z prośbą do Matki Najświętszej o pomoc i opiekę pod Jej płaszczem.

13. Szliśmy z Różańcem, bo z Matką Boską idziemy w przyszłość.

do góry